Do góry

Roman Żółtowski – „nadworny” grawer turnieju Wimbledon

Kiedy przychodziła z Londynu prośba o przyjazd, ruszał ze swojego domu pod Poznaniem w długą podróż samochodem. Sprawdzał dokładnie swój ukochany, ale nieco już wysłużony kabriolet MG i upychał do bagażnika cały sprzęt.

Zabierał specjalne lampy, szkła powiększające, dłuta, pasty do czyszczenia metalowych powierzchni i inne przedmioty. I tak było co roku przez ponad trzy dekady.

„Nadworny” grawer Wimbledonu

O spóźnieniu nie było mowy, bo Roman Żółtowski był „nadwornym” grawerem wimbledońskiego turnieju tenisowego. Nagrodą dla panów w tej najbardziej prestiżowej imprezie na świecie, która rozpoczęła się w 1877 r., był puchar pozłacanego srebra z inskrypcją: „All England Lawn Tennis Club Single Handed Championship of the World”, a dla pań srebrna taca (Venus Rosewater Dish) z wyrzeźbionymi na niej postaciami.

Podróż zajmowała Żółtowskiemu kilkanaście godzin z przerwą na wypoczynek w Brugii. Nocował u przyjaciół, by rankiem następnego dnia ruszyć do Londynu. Gdy dojechał, zapraszał go na herbatę i pogawędki przyjaciel z dawnych lat, neurochirurg Henry Marsh.

Fot. Daily Mail/Facebook

Mieli łzy w oczach

Polak nigdy się nie spóźnił, nie nawalił i kiedy odchodził w roku 2015 ze „służby”, jego brytyjscy koledzy i współpracownicy mieli łzy w oczach, że nikt tak sprawnie nie wykona już pracy jak on.

A Żółtowski musiał wygrawerować nazwiska zwycięzców turnieju wimbledońskiego. Miał w swojej pracowni włączony telewizor i oglądał pojedynki tenisistów. Zaraz po tym, jak zawodnik dostał na korcie puchar trafiał on do jego pokoju, gdzie Żółtowski umieszczał nazwisko zwycięzcy, by ten mógł później ze swoim kompletnym trofeum brylować publicznie.

W ciągu jednego weekendu z pomocą brytyjskiego asystenta, pracując w wielkim pośpiechu i ogromnym stresie Żółtowski grawerował nazwiska na 48 wimbledońskich trofeach. Czasu miał na to niewiele, mniej niż 20 minut na puchar, a pracę rozpoczynał tuż po ogłoszeniu zwycięzcy w kolejnej kategorii Wimbledonu. I tak od roku 1979.

Pod lożą Royal Box

Pracował w siedzibie All England Club, który kieruje turniejem wimbledońskim, konkretnie w niewielkich pomieszczeniach pod lożą Royal Box w pobliży centralnego kortu. W jednym z pokojów było miejsce dla niego i jego brytyjskiego asystenta, do którego trafiały trofea zwycięzców turnieju.

Żółtowski wyjaśniał brytyjskim dziennikarzom, że nie miał trudności z prawidłowym grawerowaniem, bo jest dwujęzyczny, a że język polski jest fonetyczny, to pomagało mu bezbłędnie pisać ich nazwiska i nigdy się nie mylił.

Jak znalazł to nietypowe zajęcie? To długa, skomplikowana historia, która zaczyna się w 1939 roku. Sowieci zdradziecko uderzyli na Polskę i wywieźli go wraz z rodziną na Sybir.

Sybir, Polska, Wielka Brytania

Jego ojca prawdopodobnie zamordowali funkcjonariusze radzieckiej bezpieki, on zaś z mamą, bratem i siostrą przebywali na Syberii do roku 1942, kiedy generał Władysław Anders zaczął tworzyć polskie wojsko i wówczas pozwolono im wyjechać. Szukając spokojnego miejsca na ziemi osiedlili się w Jerozolimie. Nie zagrzali tam długo miejsca. Postanowili wrócić do Polski, ale już w roku 1947 wyjechali do Wielkiej Brytanii. Wtedy było to jeszcze możliwe, gdyż komuniści nie dość dokładnie pilnowali granic. Ich pierwszym przystankiem był Liverpool, w końcu przenieśli się do Wimbledonu.

Żółtowski nie od razu został grawerem. Zaczynał w Merseyside, która produkowała biżuterię. Spodobało mu się, a przygodę z Wimbledonem zaczął od umieszczania przeróżnych znaków i wzorów na sztućcach dostarczanych uczestnikom i gościom tenisowego turnieju.

Z czasem stał się w tym zajęciu prawdziwym mistrzem i w roku 1979 zaczął grawerować nazwiska na tenisowych trofeach. Nie zaprzestał pracy nawet po tym, jak po raz kolejny wrócił do Polski w połowie lat 90. Walczył z siostrą i bratem o zagrabiony im przez komunistów majątek. Po wielu bojach odkupili odebrany im bezprawnie dom. Dziś Roman Żółtowski mieszka pod Poznaniem razem z żoną i synem.

Zakochany w Wimbledonie

Mógł prowadzić spokojne życie, ale ciągnęło go do Wimbledonu i jeszcze kilka lat temu co roku ruszał do Wielkiej Brytanii. Śmiał się, że jego życie dzieliło się na czas przed i po Wimbledonie.

W miarę upływu lat zajęcie, które tak bardzo kochał stawało się coraz bardziej męczące. Najbardziej jednak obawiał się awarii samochodu, dlatego wraz ze sprzętem grawerskim zabierał też w drogę zapas części do swojego auta. Wiedział, że gdyby popsuł mu się w drodze, nie zdążyłby dojechać na turniej i doszłoby do blamażu. Na szczęście nic takiego się nigdy nie stało.

Pytany, dlaczego nie korzystał z drogi lotniczej, Żółtowski odpowiadał: Nie wchodziło to w rachubę, żadna ochrona lotniska nie wpuściłaby mnie na pokład samolotu z moim sprzętem, który można uznać za niebezpieczne narzędzia.

Komentarze 4

zbytnik
14 824
zbytnik 14 824
#203.12.2019, 18:48

Ja widzialem jak na korcie grawerowali zwyciezce, ale to juz bylo po kadencji pana Romana...