Maciej Bielawski 16:18, 18.11.2008

Nie jest łatwo nosić, przenosić, wynosić, czyli być pomocnikiem w firmie przeprowadzkowej, nawet wtedy, kiedy wypłata jest w funtach. Polak na ziemi obiecanej „przeprowadzał” w firmie miłego pana, z miłym psem i miłym samochodem. Przeprowadzał i ledwo zarabiał.
Kiedy przyleciałem do Londynu, obiecana praca nie czekała na brytyjskiej ziemi (obiecanej). Po dwóch tygodniach bezowocnego chodzenia do osławionego Job Centre w nadmorskim Brighton oraz agencji pośrednictwa pracy, odezwał się Mike, znajomy znajomego, Liverpoolczyk. To z nim nie spotkałem się w dniu przyjazdu, i to u niego pracy wówczas nie było.
Miły van, Mike & Shamboo
Removals. Very Nice Man & Very Nice Van. Przeprowadzki. Bardzo miły człowiek i bardzo miły samochód - tak się reklamuje firma, gdzie miałem pracować. Nice van to duża, stara furgonetka w kolorze czerwonym. Tylne drzwi działają jak spadająca gilotyna. Ma z tyłu dwie osie, z jednego koła uszło powietrze, „dobija” na zakrętach. Do tego jedno lusterko, które w trakcie pierwszych wspólnych podróży odpada.
Nieodłączną częścią załogi jest pies Mike’a, Shamboo. Wciśnięty między „pana” a mnie, zasypia szybko w czasie jazdy. Na desce rozdzielczej walają się papiery, gazety, wizerunki hinduskich bóstw, na podłodze sporo innych „niezbędnych przedmiotów”. Pas od strony pasażera nie działa. Trzymam go w ręce w czasie jazdy. Przy ostrym hamowaniu ma mnie chronić podobno masa psa. Shamboo kilkakrotnie w czasie jazdy łapą zmienia radiowe stacje. Widać, że każdy w tym gronie ma jakieś zadania.
Debiut przeprowadzacza
Pierwsza przeprowadzka. Lokalnie, w Brighton, nastolatka przeprowadza się z mieszkanka na trzecim piętrze. Noszenie przez wąskie korytarze. Ale nie to było najgorsze. Ledwo weszliśmy na górę, przy aucie wyrósł parkingowy i za szybą ląduje karteczka: 60 funtów! Mike ryczy do niego przez okno, ale tamten jakby nie słyszał.
Louise, „przeprowadzana”, zabawia nas rozmową o hiszpańskim domu swej matki. Przeprowadzka idzie sprawnie, po kilku godzinach wszystko jest w aucie. Siedzę na „pace”, trzymając się ścian i reszty przedmiotów. Nowe mieszkanie Louise na szczęście ma być na parterze.
Zaczyna padać drobny deszcz, a to nie pomaga w pracy. Przenosząc meble potknąłem się i poślizgnąłem, przygniatając Mike’a ciężką szafką. Starałem się uważać, ale kilkoma sprzętami poszorowałem po ziemi. Nowa lokatorka i tak jest zadowolona, gawędzi kurtuazyjnie o muzyce, próbuje ustawiać cały swój dobytek, który zajmuje już większość przestrzeni na podłodze. Przedstawia wspólokatorkę, wymienia z bossem numery telefonów. W kuchni dostajemy herbatę, i po wszystkim.
Wieczorem szef zaprosił mnie na późny obiad do restauracji, choć nie było kiedy się umyć ani przebrać po robocie. Gadaliśmy jak starzy kumple. Mike opowiadał o Azji i swych exgirlfriends, obok eleganccy Brytyjczycy pałaszowali swoje dania. Tak minął pierwszy dzień.
Robota na wyjeździe
Następnym razem „na robotę” trafiliśmy do pobliskiej miejscowości Lewes, stolicy hrabstwa. Słynie m.in. z domu Anne of Cleves, czwartej żony króla Henryka VIII.
Niewiele z uroczego miasteczka udało się zobaczyć, bo przypadło mi odpowiedzialne zadanie wypakowania całej zawartości szczelnie wypełnionej przestrzeni w przechowalni mebli, a potem przewiezienie tego wózkami z podziemi i przytarganie do vana. Mike w tym czasie zwija się z bólu w szoferce i rozmawia przez komórkę, czule wylizywany przez Shamboo. Boss przeciążył kręgosłup. Będzie więcej pracy dla pomocnika: "My pain, your gain" - mówi szef. "Cóż, jego ból, mój zysk…" - powtarzam sobie.
Na brak doświadczenia „w zawodzie” skazuje namokła garderoba kobiety, do której cały ten dobytek należy. W ulewnym deszczu nie należało wyciągać rzeczy na dwór, choć było bliżej do auta.
Nazajutrz jazda pełnym po brzegi vanem do Londynu, by wyładować się w Chelsea.
Jedyna okazja, by zwiedzić sklep Chelsea Football Club, usytuowany na koronie słynnego stadionu. Mike kupuje prezenty. Dalej jazda do nowego mieszkania właścicielki ładunku, Hiszpanki w średnim wieku.
Szare, stare kamienice, ciasna zabudowa, ponuro i tłoczno. To ma być stolica? Kolorowe i raczej uśmiechnięte twarze na ulicach odbierają jednak szarości szarość.
Mike znika gdzieś, wraca z Polką, znajomą z Krakowa, której mam nic nie mówić o jego narzeczonej z Bhutanu. Zacząłem rozładowywać furgonetkę, nosząc kolejne przedmioty do sutereny pośród rusztowań, ciągnących się rur, kręcących się robotników. Lepiej trafić nie mogliśmy. Wydawało się, że załadowanego sprzętu jest tyle, że braknie dnia na wyładunek. I wtedy wychynęły czysto polskie myśli: „Co ja tu, k… robię, w kraju mam samochód, mieszkanie, a tu jak dziad rozładowuję grata w pocie czoła”.
Hiszpanka pomaga aktywnie w odbiorze mebli, widzi, jak szklana płyta małego stolika tłucze się przy wyciąganiu z auta. Kolejny problem, z garderobą, kilkoma innymi sprzętami. Seniora się rozjusza, zaczyna dawać do zrozumienia, że zapłaci mniej z powodu uszkodzeń.
Mike się nakręca, „miły pan” z reklamy firmy krzyczy swoje, ona swoje. Na to wszystko pojawia się Hindus i wlepia mandat za nieprawidłowe parkowanie furgonetki, jakby jeszcze było mało… Boss wściekły. Próbuję ich uspokoić. Trzeba ruszać autem, bo parkingowy jest nieubłagany. Taką ma pracę.
„Przeprowadzona” Hiszpanka nie chce zapłacić umówionej kwoty, może w ogóle nie zapłaci. Nawet Shamboo, pies bossa, traci humor. Ja też, te dwa dni pracowałem za darmo.
Po kilku minutach kolejny parkingowy chce załodze „miłego vana” dać mandat. Po akcencie poznaję, że to Polak i proszę, by darował, bo „szef ma kłopoty”. Jako że Polak z Polakiem może się dogadać, to i się dogadaliśmy. Seniora jest winna ponad 100 funtów, jak stwierdza boss z liverpoolskim akcentem. Wyklina na to zlecenie.
Wegetariańskie żarcie, pain killers, i po pracy
Zaczynam poważnie kwestionować, na razie po cichu, sens takiej pracy z niepewną wypłatą. Mike, boss, obiecał, że zabierze swojego pomocnika do świetnej wegetariańskiej restauracji „Govinda” na londyńskim Soho, z hinduskimi potrawami. Słowa dotrzymuje, mimo opłaty za wjazd do zatłoczonego centrum, stary van wtacza się na Piccadilly Circus. To był mój pierwszy raz tam, euforia. To jak centrum europejskiego świata, Londyn banków, finansjery, giełdy i dziennikarzy. W tym wszystkim stary, czerwony gruchot bez lusterek, z szalonym psem Shamboo. Przygniatał mnie jak zwykle pas, trzymany w ręce. Czułem się w tej zdezelowanej furgonetce na ulicach metropolii jak kurier w ubłoconym płaszczu, który wślizgnął się na eleganckie przyjęcie i stoi pośrodku sali z wyfrakowanymi dżentelmenami. Szczęśliwie udaje nam się zaparkować, Mike zarządza bieg do ubikacji, która okazuje się sikaniem pod murem.
Potem lunch, czyli udany obiadek w wegerestauracyjce „Govinda”. Błądzenie do vana, błądzenie po centrum, jakby o jedno kółko za dużo. Mike ma problemy ze znalezieniem drogi na południe, na Brighton…
Praca daje się we znaki: po drodze musimy przystanąć w aptece - Mike ma straszliwe bóle kręgosłupa. Nadźwigał się przy przeprowadzkach, już prawie nie może jechać. Ratują go painkillers; ból został znokautowany. W aptece duże obwieszczenia informują o bezpłatnych testach na chlamydię. Aptekarka poważnie mówi, że ta bakteria jest nie tylko w Wielkiej Brytanii, pewnie wszędzie.
Miałem zarobić w te dwa dni ponad 150 funtów, mam 60. Czy dalej pracować u „miłego pana z miłym samochodem”?
| Wyślij link Zgłoś błąd | Lubię toNie lubięŚledź(6) |
| Więcej Dodaj do:Nasza-KlasaFacebookGadu GaduWykop | |
#1 | 18.11.08, 16:52
to fragment blogu czy artykul?
#2 | 18.11.08, 19:36
To blog. Coz pisac kazdy moze, w emito nie wybieraja tylko wkladaja wszystko co im podesla. A zdaje sie ze ta historia jest mi dziwnie znana, i tylko bardziej opowiedziana z fantazja.
11533
#3 | 18.11.08, 20:09
Urzekła mnie Twoja historia.
#4 | 18.11.08, 23:36
jozef, ty mi oddaj moj obrazek pajaka wart $233.95!!
#5 | 19.11.08, 03:46
ciekawy artykuł, szkoda tylko ze taki krótki.... ;)
11533
#6 | 19.11.08, 07:57
Kamil :D
#7 | 20.11.08, 21:07
dziekuje za komentarze. To NIE jest blog,szanowne Drzewo herbaciane...a fragment mojego ponad 30 stronicowego artykulu-pamietnika "This is England".
Maciek B. ,East Midlands
#8 | 21.11.08, 11:15
Przesympatyczny tekst. Przypomnial mi moje poczatki w UK i mimo, ze ja mialem start lepszy, chociazby dlatego, ze nie chodzilem za praca dwa tygodnie, to doswiadczenia na poczatku mialem podobne. Wspominam z usmiechem. Pozdrawiam Autora.
#9 | 22.11.08, 21:50
Maciek a czy pamietnik zawiera jakies notki z obecnych czasow? Fajnie byloby sie dowiedziec jak sie przygoda emigracyjna potoczyla.
#10 | 22.11.08, 22:50
Notki takowe zawiera równiez gdyz przygoda emigracyjna toczy sie ponownie od 4 miesiécy...Northants i East Midlands.Fragmenty moze ukaza sié m.in. w "Polish Observerze" i lokalnym przezabawnym magazynie satyrycznym "K.A.C." .Z wegetarianskim pozdrowieniem.