Do dziś pamiętam ten obraz...nigdy go nie zapomnę. Wyrył się gdzieś głęboko, bruzdę na sercu pozostawiając. Nie wiem kto go namalował, kto geniuszu swego użyczył, kto pędzel zaczarował i moc magiczną barwom przydzielił, bo obraz zwykły to nie był na pewno...
Galerie i muzea, to miejsca gdzie rumor cywilizacyjny dostaje zakaz wstępu, przynajmniej czasowo. Są jednak takie chwile, gdzie miejsca owe wypełniają się gadatliwym tłumem, znawcami rzeczy, powiernikami sztuki uzurpującymi sobie prawo do definiowania: rewelacja, arcydzieło, mistrz, klasyka, bezguście, tandeta, szmira, kicz. Żonglując pustymi słowami, poruszają wargami tak naprawdę nic nie mówiąc, ich się wystrzegam. Dobrze, że znajdują się wtedy tacy, jak owy sławny, co skusił ich swych talentem. Przybyli, patrzyli, wzdychali w zachwycie, komplementom nie było końca, miód przelewał się w recenzjach i ocenach, byli zauroczeni...do czasu kiedy On wyjaśnił im, że obraz ten namalowała małpa...
Przypadek gotuje czasami wielkie niespodzianki: te miłe i te, o których chciałoby się jak najprędzej zapomnieć. Tak jak wtedy, gdy Go dostrzegłem. Zajrzałem, bo miałem chwile wolnego czasu. I właśnie wtedy to się stało...
Na skalistym brzegu stała ona, boso...jakby przybiegła tu w ostatniej chwili zapominając o swoich stopach. Twarzy nie widać, jest odwrócona, patrzy przed siebie. W oddali okręt, który właśnie opuszcza port. I ta niesamowita perspektywa, która nie daje wyjaśnia jaki to moment, pełne morze czy wyjście z portu? Pełny żagiel, wiatr swym oddechem nie daje wątpliwości, tak jak u niej buszując wśród loków czerni, tak na okręcie biel żagli nadyma. Fale tłuką się o burtę, niepokój swój wyrażając. Na pokładzie sylwetka mężczyzny, nie ma wątpliwości gdzie wzrok jego sięga. Gdyby oboje wyciągnęli ręce, być może ich dłonie spotkałyby się w czułym dotyku, ale to tylko złudzenie patrzącego, który życzy im, by żadne z nich nie musiało być tam, gdzie jest. Stoi i patrzy, taki rzeczywisty, jego twarz jest wyraźna, przepełniona szczerym bólem, smutkiem prawdziwym. Opiera się o burtę, lekko przechylony, jakby rozważał: skoczyć? Popłynąć wpław? Wrócić...do niej...? Zaciśnięte usta, a jednak drżą, oczy załzawione, wiatr? Jest człowiekiem morza, twardym, zahartowanym, nie może sobie pozwolić na wzruszenie, przecież "prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze.." Oczy są jednak zwierciadłem duszy, tej co niepokorną jest, nieprzewidywalną, nie poddającą się obróbce, wolnej. A łzy? Łzy to "znak, że bije serce, a to przecież żaden wstyd..."
Ona, taka krucha, stoi zastygła, jakby pogodzona z rozstania koniecznością. Gdyby wiatr przybrał na sile mógłby ją unieść i w ramiona jego rzucić ale on tylko rozwiewa je czarne pukle w drogę przeznaczeniu nie wchodząc.
I nagle zaczyna się dziać coś dziwnego, coś czego do tej pory nie rozumiałem. Pojawiają się szczegóły, małe, niewyraźne ale z każdą chwilą na mocy przybierające. Biel jej sukni, długiej, sięgającej kostek, lekko drgającej, to kolor identyczny jak żagli barwa! Obraz jakby się powiększał, wzbogacał o nowe elementy których wcześniej nie było. Obok Niej drzewo, było wcześniej? Musiało być, wtopionego w tło nie zauważam od razu...ale pod drzewem jakaś sylwetka...niewyraźna. Przyglądam się uważnie, podchodzę bliżej obrazu, dopiero teraz dostrzegam wielkość płótna...ale ta postać, wytężam wzrok....to mężczyzna, który przyklęknąwszy na jedno kolano, z pochyloną głową na coś czeka. Nie mogę uwierzyć, jest tak blisko Niej, jak mogłem nie zauważyć go wcześniej? Jego skulona postać zarysowana jest niewyraźnie, przeźroczyście, niczym portret ducha. Oddalam się od obrazu, postać stapia się z drzewem. Zaintrygowany zbliżam się ponownie, przyglądam się bardziej uważnie...Nagle odkrywam ze zdumieniem, że znam tą twarz! Skąd?! Wracam do postaci mężczyzny na okręcie i...zamarłem. Dreszcze przenikają całe ciało, on i klęcząca postać to ta sama osoba ale to co mną wstrząsnęło to sylwetka kobiety, która nagle pojawiła się obok niego! To kobieta z brzegu, w bieli, z czarnymi lokami, widoczna z przodu! Stanęła za nim, kładąc rękę na jego prawym ramieniu, jakby chciała go uspokoić, delikatnie odciągnąć od burty...Zaczynam się pocić, już nie oddalam się by sprawdzić czy postać jest widoczna, boję się wyniku. Ona także istnieje niematerialnie, niczym zjawa. Patrzę na jej twarz, która staje się coraz bardziej wyraźna. Jej piękno mnie zachwyca i onieśmiela jednocześnie. Zaczynam czuć bijące od niej ciepło i spokój, który wręcz emanuje. Dostrzegam lekki uśmiech, który gości pomimo łez płynących po policzkach. Zaczynam czuć się nieswojo, jak intruz naruszający ich intymność. Tysiące myśli przelatuje w mgnieniu oka, o co chodzi? Skąd tu tyle smutku, bólu i cierpienia? I jakby prośba o wybaczenie, i jakby zrozumienia i wybaczenia dar... To tylko obraz...Wracam na brzeg, znów przyglądam się Jemu...uspakajam się, klęczy nadal...Boże! Poruszył ustami! Krzycząc odskakuję jak oparzony. Kilka osób przygląda mi się podejrzliwie, pani kustosz już mnie namierzyła, kilka niepewnych kroków w moją stronę...Drżącą ręką wyciągam chusteczkę, ocieram spocone czoło. Co się tu dzieje?! Spokojnie, wszystko ok. Jestem przecież normalnym, zrównoważonym facetem po 30-ce, mam dom, trawę i drzewo. Mam samochód i komputer, do pracy zakładam krawat i zjadam odpowiednią ilość tostów na śniadanie. Sypiam osiem godzin dziennie, mój psychoanalityk jest bezrobotny. Wszystko mam poukładane, niczego nie szukam, o niczym nie zapominam, o spuszczaniu deski w wc włącznie. Nie mam nadwagi, kompleksy są mi obce, oglądam tv, czytam gazety, jestem dobrze poinformowany. Nie wierzę w wróżki, krasnoludki, duchy, egzorcyzmy a zwłaszcza w gadające obrazy...
To było silniejsze, znów się przybliżyłem...
Poruszał ustami bardzo wolno, wytężyłem słuch chcąc odgadnąć co szepta. I nagle słyszę muzykę, niepokojącą, przejmującą, pełną bólu... Głowa w lewo, głowa w prawo - cisza, nic nie gra; pani kustosz interesuje się tylko mną, jakby bała się, że zaraz zrobię coś głupiego. Znów na obraz, znów muzyka...poznaje to... dlaczego teraz? dlaczego tu? Melodia przybiera na sile i są słowa, takie, których nie da się zapomnieć:
"Być może jest taka wyspa, na jakimś oceanie,
która ma jedną przystań i jeden jacht w tej przystani.
I wody jednej rzeki, przecinają ją w poprzek
I jeden strażnik rekin, pilnuje wyspy dobrze
I pojedyncze się łamią, o skałę samotne fale
I jeden samotny namiot stoi na owej skale
Nad palma jedną, jedyną, błyszczy jedyna gwiazda
A gdy się chce tam dopłynąć, jest tylko jedna jazda
Gdyż jeden jest kierunek i jeden mały bilet
Więc po swój biedny pakunek, niebawem się pochylę
I opuszczę swą izbę, bez słów i powrotu
By popłynąć na wyspę do czarnego namiotu
I będzie coraz ciemniej, ciepło, smutno i mglisto
Psy kiedy wyją w pełni, też tęsknią za tą wyspą...
Być może jest taka wyspa, na jakimś oceanie,
która ma jedną przystań i jeden jacht w tej przystani...
Być może...być może.." (R. Rynkowski, A. Waligórski)
Wstrząśnięty, staram się przełknąć ślinę ale daremne, w gardle pustynia. Postać przy drzewie, już nie klęczy, skulona na ziemi, drga w konwulsji rozpaczy. Chcę uciekać, dla mnie to za dużo, ale coś mnie trzyma, nie pozwala się oderwać. Wracam na okręt, nadal stoją ona nadal go pociesza? Powstrzymuje? I znów muzyka, inna, pełna życia:
"Odkryjemy miłość nieznaną, przegonimy wiatr wesoły co po fali gna,oznaczymy kraj zakochanych długość ta, szerokość ta...
Miłowania głodni jak wilcy, nauczymy się w tym kraju od pierwszego dnia...
Odkryjemy miłość nieznaną, na szczęśliwy ląd zawiozą mnie pewnego dnia
Twe ramiona łódź Magellana
Serce twe, busola ma...
Znów będę czuć, ze jestem zakochana
Póki niesie mnie łódź, łódź Magellana..."
(W. Korcz, W. Młynarski)
Muzyka się kończy, jakby gwałtownie przerwana. Niedopowiedziane słowa milkną zagłuszone rykiem wzburzonych fal. I wtedy przychodzi zrozumienie...Dreszcze, niczym sztorm targają całym moim ciałem. Obrałem złą kolejność, powinienem wysłuchać Jej, potem Jego, by wiedzieć co zaszło. Poczułem się słabo, usiadłem. Patrzę na obraz z daleka, on na okręcie ona na brzegu...
- Dobrze się pan czuje?
Pani kustosz przywróciła mnie światu.
- Nie najlepiej...mógłbym prosić o szklankę wody?
Mogłem, okazała się bardzo uczynną kobietą.
- Ten obraz namalował, nieznany nikomu młody artysta. Wiedział pan? Wisi tutaj aby zapełnić wolne miejsce, ekspozycja pozostawiła nam taką możliwość. To smutne, wie pan? Taki młody człowiek. Taka cudowna kobieta. Kochali się bardzo. Była w siódmym miesiącu, kiedy to się stało...
Zamarłem po raz kolejny, szklankę z wodą musiałem przytrzymać drugą ręką.
- Jak to: kiedy to się stało..., co się takiego stało?
- Ech, wie pan, drobnostka, prawie, że głupstwo...Któregoś dnia pokłócili się, wie pan jak to jest w małżeństwie, takie tam...Ona bardzo się przejęła, łzy, wie pan jak u kobiety...Ubrała się i wyszła...Nie zatrzymał jej, pozwolił wyjść, nie przeprosił, nie zdążył....chciał ale nie zdążył.. Ona też nie zdążyła...wie pan, ci dzisiejsi kierowcy...przechodziła na zielonym świetle, prawidłowo, miała rozmazane oczy...duża ciężarówka...
Ostatnią rzeczą jaką usłyszałem był odgłos tłuczonej szklanki...
Są obrazy, które żyją własnym życiem i ludzie, którzy je malują...
Jak okazujecie sobie miłośc? jak chcielibyście widziec siebie w miłości?
Czasem gdy idę zatłoczoną ulicą przedzierając się przez tłum ludzi,przez zatłoczone i tętniące życiem miasto,gdy widzę ludzi biegnących przed siebie by zdązyc przed następnym dniem niezwracajac uwagi na innych czuję się strasznie samotna.Czy wogóle istnieje prawdziwa miłosc miedzy dwojgiem ludzi? Mnie się wydaje,że tak tylko trzeba ją odnalesc wśród tego ogromnego tłumu.Odnalesc tą osóbkę,która również w tym tłumie wypatruje i Ciebie.Ja nadal szukam.A wy ? czy znaleźliście już swoją drugą połówkę ? Czy wierzycie w miłośc?