Wszystkiego o katastrofie smoleńskiej jeszcze nie wiemy, natomiast wiemy coraz więcej. Przede wszystkim, że wersja oficjalnie przedstawiona przez Rosjan jest całkowicie fałszywa. Przeczy jej wiele faktów. Okazuje się, że Rosjanie ogłosili swoje tezy bez uzasadnienia, oparli je na wybiórczych i nieobiektywnie dobranych dowodach, pominęli wszystko, co przeczyło ich tezom, słowem było to pseudośledztwo, które miało jedynie propagandowo uzasadnić i rozpropagować w mediach z góry określoną tezę o polskiej winie.
To, że rząd Tuska oddał im bezwarunkowo śledztwo można określić najłagodniej jako ogromny błąd polityczny, ale wielu uważa, że właściwsze byłoby słowo zdrada. Polska straciła bowiem w rezultacie, być może bezpowrotnie, dostęp do kluczowych dowodów, z których wiele zostało po prostu zniszczonych, uszkodzonych lub być może sfałszowanych. Nie zabezpieczono np. wraku samolotu, który od dwóch lat niszczeje w Smoleńsku. Co więcej, był on niszczony już na miejscu katastrofy. Polscy dziennikarze dotarli do filmów, prawdopodobnie zrobionych prywatnie przez rosyjskich żołnierzy, pracujących przy przewożeniu wraku. Widać na nich, jak wybijają oni okna w kadłubie, tną go piłami tarczowymi i rozrywają maszynami budowlanymi!
Natomiast polska prokuratura prowadzi wewnętrzne śledztwo w Polsce, które jednak ma ograniczone znaczenie, gdyż opiera się jedynie na dowodach, które Rosjanie zechcą nam udostępnić. A współpraca z nimi daleka jest od wzorowej, gdyż przekazali oni do Polski jedynie małą część dowodów, a to co przekazali często budzi wątpliwości. Choćby tak podstawowe dokumenty jak opisy sekcji zwłok. Właśnie przeprowadzono ekshumacje ciał dwóch ofiar i okazało się, że sekcje prowadzone w Moskwie były pozorowane: nie badano w rzeczywistości organów wewnętrznych, nie przeprowadzono żadnych szczegółowych analiz, które mogłyby przybliżyć odpowiedź na pytanie o przebieg katastrofy.
Wszystko wskazuje na to, że polskiemu rządowi nie zależy na ujawnieniu prawdy, a wręcz przeciwnie – na uniemożliwieniu dotarcia do niej . To smutne, ale rząd Donalda Tuska zachowuje się jak rząd kolonialny, pracujący bardziej na rzecz metropolii, a nie swojego narodu. Dlatego postępuje w sposób w normalnych warunkach kompletnie niezrozumiały: oddaje śledztwo w ręce najważniejszego podejrzanego, czyli władz rosyjskich, a nie zwraca się w ogóle do sojuszników, czyli NATO, o udział i pomoc.
Rosjanie postępują w sposób całkowicie racjonalny: mają wiele do ukrycia, gdyż prawdopodobnie to oni doprowadzili do katastrofy, toteż wykorzystują słabość rządu w Warszawie i rozgrywają sprawę śledztwa na swoich warunkach.
Wiele wskazuje na to, że władze polskie wzięły udział, być może nie do końca świadomie, w planie, który doprowadził do tragedii. Podstawowe znaczenie miało bowiem doprowadzenie do rozbicia narodowych obchodów 70 rocznicy zamordowania 20 tys. polskich jeńców wojennych . Chodziło o wyodrębnienie prezydenta Kaczyńskiego i grona jego najbliższych współpracowników. Władze polskie, współdziałając z Rosjanami zorganizowały 7 kwietnia osobne uroczystości z udziałem premierów Tuska i Putina, na które nie dopuściły prezydenta Kaczyńskiego.
Dlatego, kiedy poleciał on tam 10 kwietnia, wśród 96 osób na pokładzie, byli z nim wszyscy jego najważniejsi dawni i obecni współpracownicy – elita polskiej opozycji i prawicy, dowództwo armii (szefowie wszystkich rodzajów sił zbrojnych – zginęło tam 7 generałów, więcej niż Polska straciła podczas II wojny światowej), szefowie instytucji państwowych nominowani przez prezydenta (m.in. Banku Narodowego)… i tym ludziom polski rząd nie zapewnił żadnej ochrony. To zapewne trudno będzie zrozumieć czytelnikowi francuskiemu, ale na samolot, którym leciała elita państwa, na lotnisku w Smoleńsku nie czekał ani jeden członek Biura Ochrony Rządu!
Jednym z kluczowych momentów katastrofy było sprowadzenie TU-154 na wysokość 100 metrów przez rosyjską kontrolę lotu. Było to prawdopodobnie niezbędne, aby mógł nastąpić ciąg zdarzeń zakończony zniszczeniem samolotu. Wszystkie dane wskazują bowiem niezbicie, że właśnie od wysokości 100 metrów samolot zaczął zachowywać się tak, jak gdyby załoga straciła nad nim kontrolę.
Rozkaz sprowadzenia samolotu był o tyle dziwny, że wcześniej zarówno obecni na wieży kontroli w Smoleńsku, jak i inne osoby zaangażowane w naprowadzane polskiego samolotu byli przekonani, że wobec pogorszenia warunków atmosferycznych lądowanie jest niemożliwe. Uzgodniono nawet, że najlepszym lotniskiem zapasowym w tej sytuacji będzie podmoskiewskie Wnukowo.
Nieoczekiwanie jednak dowodzący operacją generał Bienediktow polecił sprowadzenie polskiego TU-154. Ten rozkaz wywołał nawet opór kontrolerów lotu, ale ich krótki spór z dowództwem został szybko przecięty rozkazem, zachowanym w nagraniu z czarnej skrzynki: „Doprowadzamy do 100 metrów, 100 metrów i koniec rozmowy!”
A co stało się później, już mniej więcej wiadomo. Najpierw samolot nieoczekiwanie zaczął nurkować, aż znalazł się kilka metrów nad ziemią. Nie wiemy jedynie co ściągnęło go tak nisko. Najbardziej prawdopodobne wydaje się zdalne przejecie kontroli nad systemem sterowniczym lub autopilotem.
Jednak dowódca, kpt. Protasiuk, zdołał go po mistrzowsku wyprowadzić z doliny przed lotniskiem, ale wtedy, ok. 300 m przed początkiem pasa startowego tupolew eksplodował tuż nad drzewami. Czy dosięgła go naprowadzana radiowo rakieta z głowicą paliwową, czy może ładunek był ukryty wewnątrz konstrukcji, kiedyś się być może tego dowiemy…
Czy istniały motywy, dla których Putinowi mogło zależeć na śmierci prezydenta Polski? To obszerny temat, ale nie wdając się w szczegóły – tak, gdyż prezydent Kaczyński stanowił jedyną przeszkodę na drodze do dominacji Rosji w Europie Środkowej. Prowadził aktywną politykę w celu zbudowania sojuszu państw regionu – od Bałtyku po Morze Czarne. Dlatego widoczna była, okazywana nawet publicznie, niechęć władz Rosji wobec Lecha Kaczyńskiego.
Było rzeczą wiadomą, że jego polityka dążąca do podkreślania niezależności Polski i troski o nasze interesy budziła w Moskwie nieprzyjazne reakcje. A już zorganizowanie wyprawy prezydentów 4 krajów Unii Europejskiej do Gruzji w sierpniu 2008 roku, które uratowało ten kraj przed bliskim zajęciem przez Armię Rosyjską, było dla Kremla kamieniem obrazy i wywołało nieskrywaną wrogość Putina.
W tej sytuacji fakt, iż lotnisko w Smoleńsku miały zabezpieczać wyłącznie służby rosyjskie, jest skandaliczny. Używając języka znanego z literatury kryminalnej oznaczało to po prostu „wystawienie” Lecha Kaczyńskiego i całej polskiej delegacji.
W Waszyngtonie znają prawdziwy przebieg katastrofy. Jednak w sytuacji, gdy Obama prowadził politykę „resetu” z Rosją, ujawnianie tego nie byłoby mu na rękę. A dodatkowo jeszcze strona, która teoretycznie powinna być najbardziej zainteresowana, czyli polski rząd, w ogóle nie zwróciła się o pomoc do sojuszników.
Co więcej, wojskowy prokurator, prowadzący śledztwo został od niego odsunięty i ukarany za kontakty z władzami amerykańskimi. A prokuratura nie dopuściła do udziału w sekcji zwłok dwóch ekshumowanych ofiar najwybitniejszego na świecie patologa, prof. Michaela Badena, którego specjalnie w tym celu zaprosiły do Polski rodziny ofiar. Kuriozalnie zabrzmiały słowa jednego z prokuratorów, który odmawiając rodzinom zgody użył argumentu, że: „Rosja to wielkie mocarstwo”. I tłumaczył się dosyć histerycznie:„ja wiem, że wy myślicie, że jestem na usługach obcego mocarstwa, ale to nieprawda".
Dawne służby komunistyczne zachowały duże wpływy w Polsce. Wystarczy zauważyć, że za organizację wizyty w Smoleńsku odpowiadał niejaki Tomasz Turowski, wiceambasador polski w Moskwie. Był on w latach 80 jednym z najcenniejszych komunistycznych agentów w Watykanie. Ten człowiek jest prawdopodobnie w posiadaniu jednych z największych tajemnic naszych czasów, gdyż jest jedynym, który był w samym centrum dwóch najważniejszych zamachów ostatnich dekad: 19 lat przed katastrofą w Smoleńsku, 13 maja 1981, znajdował się na Placu św. Piotra w Rzymie w chwili, gdy Ali Agca próbował zabić Jana Pawła II.
Pry_zmat: tu masz moją odpowiedź, którą wkleję we wszystkie założone przez Ciebie ostatnio wątki.
Do moderacji: proszę nie traktować tego jako spam, po prostu ta odpowiedź jest uniwersalna w swojej treści na tyle, iż uważam, że z powodzeniem można zamieszczać ją we wszystkich SPAMERSKICH wątkach Pry_mata.
--------------------------
Nie kloace
"Przez cały piątek nie miałem czasu śledzić tego, co działo się w kraju. Jak się okazuje sporo mnie ominęło. A jednocześnie nic mnie nie ominęło. Nic, czego warto byłoby żałować.
Po powrocie dowiedziałem się z portali i telewizji, co obrzydliwego działo się w sejmie i wokół niego. O okrzyku "Zadzwoń do Lecha", do którego to hasła nikt nie ma odwagi cywilnej się przyznać. O wypowiedziach Jarosława Kaczyńskiego i jego porównywaniu do Hitlera. O wypowiedzi Janusza Palikota o posyłaniu brata na śmierć do Smoleńska. Aż trudno określać, który z wybryków był bardziej obrzydliwy. Dowiedziałem się też o związkowej blokadzie Sejmu i pobiciu posła. Dowiedziałem się również, że według przewodniczącego NSZZ "Solidarność" poseł sam sobie jest winien, bo po co się pchał?
Zawsze interesowałem się życiem politycznym. Oglądałem serwisy informacyjne, potem telewizje informacyjne, czytałem gazety, śledziłem informacje w portalach. Przejmowałem się tym, co kto powiedział. I w końcu do mnie dotarło, że tak naprawdę większość newsów politycznych sprowadza się do informacji o tym, że "prezes Jarosław pierdnął, a przewodniczacy Palikot mu odpierdnął, poseł Macierewicz oznajmił, iż katastrofa to wynik działania tajnej broni Marsjan działających z podpuszczenia posła Niesiołowskiego, a poseł Niesiołowski oświadczył, iż poseł Macierewicz to wypierdek mamuta będący wynikiem eksperymentów genetycznych". I tak w kółko.
Panowie politycy i panie polityczki (czy ta forma satysfakcjonuje feministki?) obrzucają się łajnem niczym szympansy w klatce. Tyle że to ma niewielki lub zerowy wpływ na moje życie. Czy ich plebejskie zabawy łajnem zmieniają cokolwiek w działaniu mojej fundacji, mojej firmy, w mojej działalności muzycznej albo w moim życiu prywatnym? Nic.
Przestałem liczyć na to, że ci państwo zmienią coś na lepsze. Na gorsze też wiele nie zmienią. Świat będzie istniał i życie będzie toczyło się dalej bez względu na to, co posłanka Kempa powie o premierze Tusku, nawet jeśli mówi udowadniając, iż kiepska z niej patriotka, skoro nie umie posługiwać się poprawnie językiem ojczystym (np. zdanie "Jak bardzo trzeba nienawidzić swój naród?")
Problem w tym, że państwo dziennikarze z kolei ekscytują się tymi bzdurami. Każda błazeńska wypowiedź staje się newsem wałkowanym przez cały dzień. Analitycy dopatrują się śladów dalekosiężnej strategii w tym, że prezes Kaczyński dokuczył orezesowi Ziobro. A to tylko szczeniackie wybryki, które nie są warte ani jednego słowa. Im więcej media o tym mówią, tym bardziej politycy to robią. Prędzej czy później zaczną tłuc się w Sejmie po gębach. Gorzej, jeśli ich agresja, przekazywana przez media do zwolenników i przeciwników, czyli do wyborców, udzieli się zwykłym ludziom. Próbkę mieliśmy w Łodzi. Jedyne, co jest w stanie sprawić, że coś się zmieni, to brak zainteresowania mediów.
Ale tu mamy problem. Żeby analizować to, co poważne, trzeba się wysilić. Trzeba przeczytać projekt ustawy, przeanalizować problemy. Prościej zrobić materiał o tym, że jeden palnął, a drugi odpalnął.
Przedstawiciele mediów tłumaczą, że my, czytelnicy, chcemy takiej tabloidyzacji. Gdybyśmy chcieli, żeby newsy były podawane w serwisach przez dziennikarzy występujących nago, to państwo dziennikarze gremialnie pozbędą się ubrań?
Nie chce mi się już oglądać tej kloaki. Telewizje informacyjne, portale straciły we mnie klienta. Nie. Moje życie jest zbyt fajne, by wpuszczać do niego ten smród."
- Polacy muszą poznać prawdę o smoleńskiej tragedii - nie prawdę rosyjską czy tzw. międzynarodowej komisji. Muszą poznać polską prawdę na ten temat - taką, która będzie ustalona, zrozumiana i przyjęta przez Polaków. Nie widzę różnicy między taką prawdą a prawdą obiektywną o tym wydarzeniu.
- A jeżeli ta prawda będzie gorzka?
- Nie wiem, jaka będzie. Teraz ważniejsze jest miejsce tego wydarzenia w dziejach Polski.
- Pośród jakich wydarzeń pan je sytuuje?
- W jednym szeregu z konfederacją barską, z bitwą pod Maciejowicami, z rzezią Pragi kończącą insurekcję kościuszkowską, z atakiem belwederczyków na siedzibę wielkiego księcia Konstantego i próbą zabicia go, z przyjazdem do Warszawy komendanta Piłsudskiego 11 listopada 1918 r. i rozbrajaniem Niemców na ulicach stolicy...
- Mówi pan o wydarzeniach kryjących w sobie zalążek tragedii albo nadziei.
- I tak też widzę to, co się wydarzyło zaledwie pół roku temu, 10 kwietnia. To nie jest wyłącznie tragiczne wydarzenie.
- Mógł pan teraz, panie profesorze, zranić i oburzyć wielu Polaków...
[...]
- 10 kwietnia zamyka okres komunizmu w Polsce. To jest powód do nadziei.
- Walczymy o to, aby świat uznał, że mur berliński upadł dzięki nam. Obaliliśmy komunę u sąsiadów, a u nas upadła dopiero w 2010 r.?
- Komunizm nie skończył się ani przy Okrągłym Stole, ani w Magdalence, ani w pierwszych ćwierć wolnych wyborach. Jego strzępy - ta ohydna maź - oblepiały nas i zatruwały nasze życie przez ostatnie 20 lat. A 10 kwietnia to jest początek nowej epoki w dziejach Polski - dziejach Polski wolnej.
- Wśród 96 ofiar były osoby o różnym rodowodzie politycznym...
- Nie kładłbym nacisku na różnice polityczne dzielące tych ludzi, którzy zginęli. Stało się coś, co obudziło Polaków. Uwidoczniło się to pod Pałacem. Polacy nagle zrozumieli, że mogą być wolni - że mogą mieć całość swojej wolności. Teraz ukształtowane wtedy poczucie wolności jest fałszowane, chowane, zatajane.
- Przez kogo?
- Przez wielkie media, zwłaszcza przez telewizję. Teraz będziemy zrzucać łachy komunizmu.
- My - podzielony naród?
- Nie wierzę w podział narodu w tej sprawie. Jeśli jest tu jakiś podział, to tylko między narodem, który dostrzegł szansę na wolność, a nielicznymi ludźmi, którzy - trzeba tę smutną prawdę powiedzieć - są na służbie rosyjskiej. Ale oni przegrają. Bo odradzanie się polskiej wolności to sprawa zbyt poważna.
[...]
- Ale przecież Polska jest wolna. I to nie od pół roku...
- O mnie piszą historycy literatury, że jestem pisarzem postkolonialnym. Czyli wychowałem się w koloniach. Polska była w sytuacji podrzędnej, kolonialnej przez ostatnie kilkadziesiąt lat - Polacy zostali zepchnięci do roli narodu kolonialnego rządzonego przez inne narody.
- Ostatnie 20 lat to chyba triumf polskości. II RP sąsiedzi zniszczyli w ciągu miesiąca. Dziś nie widzę takiego zagrożenia.
- Ostatnie dwadzieścia lat pokazały naszą bezsilność, jeśli chodzi o całkowite wyzwolenie się z komunizmu.
- Pan widzi komunę, ktoś widzi supermarkety i cieszy się z bezwizowego paszportu w kieszeni. A niektórzy nawet tęsknią za komuną - za bezpieczeństwem socjalnym, które, ich zdaniem, zostało uszczuplone.
- Wolność nie polega na konsumpcji. Nie jestem od kogoś lepszy czy gorszy, bo posiadam stopnie naukowe. Na targu w Milanówku rozmawiam z ludźmi, którzy sprzedają kartofle i pomidory - i oni widzą to, co ja. W podstawowej sprawie nie ma między nami różnicy.
- Pochodnie pod Pałacem Prezydenckim nie kojarzą się panu z 1933 r. w Niemczech?
- To już jest humorystyczne! To śmieszna, głupkowata propaganda. Tylko tyle można o tym powiedzieć.
- Prof. Marcin Król powiedział "Super Expressowi", że Jarosław Kaczyński powinien stanąć przed Trybunałem Stanu, gdyż swoimi wypowiedziami pod Pałacem chce zatrząść podstawami polskiej demokracji.
- Podstawami polskiego państwa trzeba zatrząść. Do tego był potrzebny 10 kwietnia. Zresztą państwo postkolonialne nie jest państwem demokratycznym, bo nie może nim być. Ono jest w sytuacji państw afrykańskich, które do dziś odzyskują swoją niepodległość i utrwalają swoją tożsamość. Tu się niewiele różnimy od Nigerii, Algierii, Ugandy.
- Pod Pałacem trwa więc żałoba czy polityka?
- Państwowość musi być polityczna. Ludzie pod Pałacem chcą innego państwa i płaczą po ofiarach. Nie rozdzielajmy tego. Niestety, oni jeszcze nie widzą świecącego ziarna, które jest w głębi tego wydarzenia. Ale niebawem je zobaczą.
Wywiad SE z Prof. Jarosławem Markiem Rymkiewiczem
(Poeta, eseista, dramaturg, tłumacz i historyk literatury, laureat Nagrody Literackiej Nike w 2003 roku)
Gdyby przed 10 kwietnia 2010 roku ktoś mi powiedział, że już wkrótce sięgnę po prawicową prasę, powszechnie uważaną za "skrajną", że będę wnikliwie śledzić doniesienia portali, o istnieniu których przed 10 kwietnia nie miałem zielonego pojęcia - nie uwierzyłbym, a tego kogoś nazwałbym świrem, wariatem, szaleńcem... Ach, i oczywiście jeszcze - oszołomem. Kiedys nie rozumiałem, dlaczego nieliczni nieprzejednani tak czepiali się Okrągłego Stołu. Wszak to na nim przecież wysmażono nam tę wspaniałą, pachnącą demokracją i kapitalizmem, wolność! Teraz już rozumiem, dlaczego się czepiali. Przecież gdyby nie Gruba Kreska, gdyby nie dogadanie się kilku panów z "człowiekami honoru" przy Okrągłym Stole lub w Magdalence, gdyby nie brak lustracji, gdyby nie brak rozliczenia komunizmu, stanu wojennego - być może nie byłoby możliwe zorganizowanie "takiej pięknej katastrofy", w której w trybie natychmiastowym "wsie pogibli" do tego stopnia, że nie trzeba ich ratować, nie trzeba im robić sekcji zwłok w Polsce, nie trzeba nawet otwierać trumien, badac wraku, czarnych skrzynek, bo "Rosja się na nas obrazi", nie trzeba zwłaszcza tych ludzi pamiętać, za to koniecznie trzeba przytulić się do Putina. Gdyby mi ktoś powiedział przed 10 kwietnia 2010 roku, że takie "przytulanki" już wkrótce będę móg zobaczyć w polskiej (?!) telewizji, że tak ordynarną propagandę odnajdę w polskich (?!), opiniotwórczych tytułach prasowych... Uznałbym tę wizję za koszmar, z którego czym prędzej chcę się obudzić. Tymczasem ten koszmar ziszcza się teraz codziennie - i nie sposób z niego wybudzić Polaków. Bo dla wielu to piękny, spokojny sen; piękna, kojąca bajeczka. Nie można lekceważyć faktu, iż w ostatnich wyborach 70% głosujących zagłosowało w obronie fikcji. Ci ludzie, nasi rodacy, nie chcą przyjąć do wiadomości, że rzeczywistość jest koszmarna, że Tusk kłamie, że zdarzył się 10 kwietnia 2010 roku i że nie była to "taka piękna katastrofa", jak pokazują z uporem media. Nasi rodacy nie chcą przyjąć tego faktu do wiadomości, ponieważ boją się następstw przyjęcia tego faktu do wiadomości. Niestety, taki gest samoobrony nic nie da: cały ten okołosmoleński miraż i tak przecież zniknie. Co zrobią wtedy nasi rodacy? Co będą czuli? Czy poczują gniew? Czy poczują cokolwiek? (Bo wyraźnie wolą nie czuć niczego) Nie wiem, jak zareagują nasi rodacy, którzy bardzo chcieliby uciec od prawdy, od której uciec się nie da. Im prędzej zrewidują swój pogląd na świat, tym lepiej dla nich. Ludzie myślący, bądź co bądź wykształceni, nie mogą żyć w kłamstwie, w fikcji! Toż to nie przystoi! Sama przekonałam się, że prasa i portale "skrajnie" prawicowe wcale nie są takie "skrajne", za to są jedynym miejscem, gdzie pisze się prawdę o 10 kwietnia 2010. Za to - wielkie dzięki :-) Natomiast warto zrozumieć sposób myślenia naszych rodaków uciekających od prawdy. Przecież to nasi sąsiedzi, koledzy, członkowie naszych rodzin. Warto z nimi rozmawiać. Najczęściej nie są to ludzie źli, tylko albo bardzo ogłupieni przez środki masowego przekazu, i/albo bojący się następstw przyjęcia do wiadomości prawdy. Warto ich zrozumieć, warto mówić im prawdę nawet wtedy, gdy nie chcą jej jeszcze znać.