Życie w poddublińskim miasteczku pozornie toczyło się w sposób, w jaki normalne życie toczyć się powinno. Pies szczekał. Wiatr wiał. Para młodych zakochanych trzymała się za ręce, patrząc w stronę morza. W ogródku piwnym dwóch roześmianych mężczyzn powoli sączyło guinnessa. Mewa przez chwilę postała na jednej nodze na plaży, zostawiła krótkotrwały ślad, po czym odleciała w stronę Anglii. Przez pięć minut padał deszcz. Starsza kobieta ze zdziwieniem spojrzała na chmury. Chwilę potem deszcz ustał.

Wowa spał jak zabity, chociaż miał umrzeć dopiero za tydzień.
Kiedy w końcu się obudził, uświadomił sobie, że zupełnie nie pamięta, co robił poprzedniego wieczoru. W tej kompletnej niepamięci nie byłoby niczego wyjątkowego, gdyby nie to, że obejmowała nie tylko miniony wieczór. Dziura w pamięci rozrosła się do całego dnia, a nawet tygodnia.
Wowę ogarnął niepokój, szybko jednak wytłumaczył sobie swój stan działaniem nielegalnych substancji psychoaktywnych, po czym przekręcił się na drugi bok. Dał sobie dziesięć, może piętnaście minut na błogie leżenie na lewym boku, kontemplację i kreatywne rozmyślania o doborze składników śniadania. Nie spieszył się do pracy – nie dlatego, że miał dużo czasu. Wynikało to z jego osobistego podejścia do kwestii pośpiechu. Uważał go za rzecz niezdrową, a jako że był nałogowym nikotynistą, bardzo się starał, żeby do minimum ograniczyć inne szkodliwe czynniki oddziałujące na jego zdrowie.
W związku z tym z niezmąconym spokojem rozmyślał o płatkach śniadaniowych ubabranych w czekoladowych drobinkach i zalanych zimnym mlekiem. Danie na pewno smaczne, ale czy pożywne? Pod przymkniętymi powiekami Wowy pojawiła się przerażająca wizja: zobaczył swoje głodowe cierpienia dwie godziny po spożyciu tego niesytego dania, zobaczył siebie w pracy brzuchem burczącego, w rozpaczy biegnącego do pobliskiego Spara, kupującego trójkątną kanapkę, która czekała na niego od dwóch tygodni, by wreszcie przyprószyć okruchami biurko i służbowy dywan.
Kierownik nie będzie tym zachwycony, o nie. Irytacja i żal kierownika – tylko do tego może prowadzić zjedzenie rano płatków śniadaniowych, pomyślał Wowa. Kto wie, czy następnym punktem tej przejażdżki nie byłby przystanek Bez-robocie?
Dzięki temu Wowa rozsądnie zdecydował się na bułkę francuską. Umieszczony w niej tłusty ser typu brie mógł tylko oddalić go od perspektywy utraty pracy. Pora śniadaniowa wciąż się jednak odwlekała, ponieważ Wowa nadal miał klapki na oczach. Przywykł do ich używania od czasu lata polarnego spędzonego w Skandynawii. Przed ich zdjęciem i sprawdzeniem, jaka jest niepogoda za oknem, musiał dokonać jeszcze jednego poważnego wyboru. Czym nakarmić Borysa?
Borys był niezwykle wrażliwym kotem. Po czwartej próbie samobójczej weterynarz doszedł do wniosku, że nawet nadwrażliwym. Wowa nie podzielał tego poglądu. Znał dobrze swojego kota i wiedział, że Borys miał po prostu ciężkie dzieciństwo. Kot wychował się na wsi. Jego matka wpadła do kombajnu, ojciec zaś odszedł na skutek przedawkowania alkoholu; pewnego sierpniowego wieczoru strącił z szafy butelkę z likierem kokosowym, a po jej rozbiciu całość trunku zachłannie zlizał z podłogi.
Na wątłe barki Borysa spadła wówczas odpowiedzialność za wykarmienie nie tylko siebie, lecz także czterech sióstr, nieporadnych kocic o czarnej sierści. Nie było to zadanie łatwe, gdyż sołtys wsi, w której mieszkał kot, wpadł na pomysł odszczurzenia okolicy za pomocą specyfików, których producentem całkiem przypadkowo był brat sołtysa. Miała to być akcja pokazowa służąca promocji tegoż wynalazku. Efekt był taki, że ze wsi znikły wszystkie szczury i myszy.
Tak, Borys dobrze wiedział, co to prawdziwa recesja.
Wowa nie chciał swojego znerwicowanego kota karmić jakimś świństwem z puszki. Kiedyś, skuszony atrakcyjnym zapachem karmy, postanowił spróbować kociego rarytasu. Wynik eksperymentu był jednoznaczny.
Po dłuższym namyśle Wowa postanowił dać Borysowi baraninę i trochę białego sera kupionego w polskim sklepie. Podjąwszy te ważkie decyzje, mógł z czystym sumieniem obrócić się na prawy bok i od nowa zacząć się starać przypomnieć sobie miniony dzień. Coś tam świtało mu w głowie, ale tak niewyraźnie, jakby usiłował sięgnąć pamięcią do wydarzeń sprzed paru lat, a nie sprzed kilkunastu godzin.
Wynikało z tego jednoznacznie, że czas naprawdę jest rzeczą względną, ale postanowił nie przejmować się kwestiami filozoficznymi i porozmyślać o czymś bardziej praktycznym. Na przykład o nowej instalacji. Od kilkunastu lat tworzył niezwykłe prace nawiązujące do wielkich dzieł konceptualizmu. Jedna z pierwszych powstała już pod koniec szkoły podstawowej, kiedy to na drzwiach ubikacji powiesił tabliczkę z napisem “komora gazowa”, żądając w ten sposób zakupu nowych kostek toaletowych.
Krótko po tym pożyczył z klasy biologicznej wypchanego świstaka i przybił go do krzyża wiszącego w sali katechetycznej, pragnąc w ten sposób zwrócić uwagę na ciężki los fauny wysokogórskiej. Projekty te nie spotkały z należytym odbiorem, z czasem więc Wowa zaczął kierować swoje prace do szerszej publiczności. Jednym z najdojrzalszych projektów był “Romantyzm”, który polegał na owinięciu pomnika Adama Mickiewicza bandażem elastycznym. To ważne dzieło, którego realizacja mocno nadszarpnęła zasoby finansowe autora (czterdzieści rolek bandaża elastycznego plus mandaty za bezczeszczenie dziedzictwa narodowego oraz sianie zgorszenia), miało zwrócić uwagę na fakt, że prawdziwy romantyzm musi wiązać się z cierpieniem.
Inną ważną akcję w przestrzeni miejskiej Wowa przeprowadził w warszawskim metrze, rozdając pasażerom niewielkie kawałki nitki, mające służyć za plan nadzwyczaj skomplikowanej sieci połączeń podziemnej kolejki w stolicy. Najkosztowniejszą pracą był jednak “Święty Mundial”, stworzony tuż przed mistrzostwami świata w piłce nożnej. Z tradycyjnego stołu z piłkarzykami Wowa usunął figurki sportowców, a w ich miejsce zamontował miniaturowe buteleczki w kształcie Matki Boskiej, które nabył na Jasnej Górze. Instalacja ta miała zwrócić uwagę na duchowy aspekt wysiłku fizycznego.
Niestety, wszystkie projekty zostały zignorowane przez środowiska akademickie, a tak zwana szeroka publiczność okazała się całkowicie zaimpregnowana na ich intelektualne przesłanie. Wowa, zmuszony okolicznościami, zamiast przedsiębiorczym artystą, jak zamierzał, został nieporadnym handlowcem, czego zupełnie nie miał w planach.
Żył samotnie. Z kotem. Samotność – zwłaszcza dzielona z kotem – jest bardziej znośna na emigracji niż we własnym kraju. Tym bardziej, jeśli wynika ze świadomego wyboru, a nie z nieszczęśliwych zbiegów okoliczności.
To, że żył samotnie z kotem, nie oznaczało jednak, że mieszkali zupełnie sami. Wynajmowali drugie, najwyższe piętro domu położonego niemal nad samym Morzem Irlandzkim. Byli wyspiarzami w wielu znaczeniach tego słowa.
Na pierwszym piętrze mieszkali pozostali lokatorzy.
Reszta domowników poszła już do pracy, więc Wowa został sam – z Borysem, dylematami kulinarnymi i rozmyślaniami o nowej instalacji. W pewnej chwili zorientował się, że z piętnastu minut, które sam sobie wielkodusznie wydzielił, zrobiła się cała godzina. W związku z tym postanowił szybko nakarmić kota i siebie, a następnie pognać do centrum miasta. Oznaczało to, że należało zdjąć klapki z oczu i udać się do łazienki, do której wchodziło się bezpośrednio z pokoju. Zsunął klapki i spojrzał przez okno. Pogoda była irlandzka. Odwrócił się w przeciwnym kierunku i zobaczył mężczyznę.
Siedział nieruchomo na krześle. Nawet nie spojrzał na Wowę, nie zwrócił uwagi na to, że ten go dostrzegł. Zachowywał się spokojnie. Sprawiał nawet wrażenie lekko znudzonego.
Właściciel domu? Nie można było tego wykluczyć, ponieważ Wowa do tej pory nie miał okazji poznać swojego landlorda. Mieszkanie wynajął przez agencję, właściciel mieszkał w Ameryce. Ten typ nie wyglądał jednak na Irlandczyka.
Złodziej? Nie, złodziej raczej nie zachowywałby się w taki sposób. TV Inspector? Co prawda abonament telewizyjny był opłacony, ale intruz miał na sobie biały kitel, sugerujący służbowy charakter wizyty.
Znajomy kogoś ze współlokatorów? Możliwe, choć mało prawdopodobne, ponieważ nikt nie wspominał Wowie o tym, że poznał w Irlandii rodowitego Indianina w pióropuszu na głowie.
Należało zachować spokój.
Opublikowaliśmy już kolejne fragmenty.
Fragment powieści Łukasza Steca “Anioł w Dublinie, wydawnictwo Akurat
Książkę można już znaleźć w księgarniach, np stronie wydawnictwa Muza.
## O autorze i “Aniele”:
Klimatyczny Dublin, kot z depresją, dziwaczni goście z zaświatów oraz grupa młodych ludzi z pozornie tylko zwyczajnymi problemami – wszystko to znaleźć można w powieści Łukasza Steca. “Psychoanioł w Dublinie” to pełna niespodzianek historia młodego emigranta, który staje przed niezwykłym zadaniem – musi odkryć, kto go zabił, zanim zginie naprawdę.
Trzydziestoletni Wowa budzi się z kompletną pustką w głowie. Nie pamięta niczego, co wydarzyło się w minionym tygodniu, ale – zgodnie z postanowieniem o ograniczaniu czynników stresogennych – postanawia nie przejmować się tym niepokojącym faktem. Stara się także ignorować obecność Indianina z ogromnymi skrzydłami na plecach. Ku zdziwieniu Wowy ten niespodziewany gość nie jest ani ekscentrycznym kolegą współlokatora, ani szukającym pracy Peruwiańczykiem.
Jest psychoaniołem, czyli aniołem ateistów, wierzących jedynie w moc psychiki. Przybył do Wowy, aby poinformować go, że ten dokładnie tydzień temu został zamordowany, jeśli jednak w ciągu siedmiu dni uda mu się zdemaskować zabójcę, jego życie wróci do normy. Zadanie byłoby z pewnością dużo łatwiejsze, gdyby nie kot samobójca, kłopotliwi współlokatorzy, podstępna była żona, pewna piękna Turczyna oraz dość niekonwencjonalne zachowanie psychoanioła.
Łukasz Stec stworzył zabawną, przepełnioną ironią i czarnym humorem opowieść o życiu młodych ludzi w Dublinie. Jej bohaterami są Polacy, Czesi, Meksykanie, Turcy, Irlandczycy, ale także postaci z zaświatów i pewien lubujący się w filozofii kot – wszyscy tak samo bezradni wobec figli, jakie płata im rzeczywistość. Autor kreśli wyrazisty portret pokolenia trzydziestolatków – zawieszonych gdzieś pomiędzy życiową stabilizacją a niefrasobliwym stosunkiem do związków i kariery. Sprawnie miesza konwencje literackie, łącząc elementy kryminału, komedii romantycznej, groteski i fantastyki. “Psychoanioł w Dublinie” to prawdziwa gratka dla miłośników nagłych zwrotów akcji i zaskakujących rozwiązań.

Łukasz Stec – rocznik 1982, autor zbioru opowiadań “Bimber” (Wydawnictwo Naukowe Semper 2007), publikował m.in. w “Gazecie Wyborczej”, “Przeglądzie”, “Kulturze” i “Pograniczach”, w latach 2007-2008 pracował jako redaktor naczelny tygodnika “Życie w Irlandii”. O jego pierwszej książce napisano: “Autor nawiązuje oszczędną formą do najlepszych tradycji krótkich form literackich” (Kurier Podlaski), “Młody autor w bardzo wysokim stopniu dysponuje zarówno zmysłem obserwatora, jak i biegłością pióra” (ProArte), “Lekkość pióra, ironia i uszczypliwy dowcip to główne atuty prozy Steca” (ArtPapier). Mieszkał w Katowicach, Bytomiu, Dublinie, Wrocławiu, Five Oak Green, Las Palmas de Gran Canaria, Krakowie, a obecnie - w Warszawie.


Komentarze
Zgłoś do moderacji