Do góry

Kokaina - twarda literatura emigracyjna

Nie znoszę pustej egzystencji, tych jałowych, pochmurnych dni, których tu, na Wyspach Brytyjskich, jest od zatrzęsienia. Spoglądasz w niebo, jest ciepło, ale słońce schowane za grubymi, ciężkimi chmurami ani myśli ukazać się w pełnej krasie. A może nie potrafi przebić się przez ten gruby puch? Takich dni jest tu stanowczo zbyt wiele.

Okładka “Kokainy”. Fot. materiały prasowe

Anglikom to oczywiście nie przeszkadza. Czasem odnoszę wrażenie, że zupełnie nic im nie przeszkadza. Chodzą wąskimi, krętymi uliczkami uśmiechnięci od ucha do ucha i pozdrawiają się życzliwie. Przepuszczają się przodem, ustępują sobie miejsca w autobusie z największą radością i życzliwością, grzecznie czekają w kolejce na swoją kolej. Dziwny naród. Taki… porządny, poukładany.

Zmarzłem. Jagoda robi to z premedytacją. Wiem o tym. Celowo wyłącza ogrzewanie, tłumacząc się wysokimi rachunkami za gaz. To ona sprawuje pieczę nad wydatkami i mam wrażenie, że trochę za bardzo ten fakt wykorzystuje. (…) Nie kontroluję kasy, nie wiem, ile mamy na koncie, a zdaje się, że wesoło nie jest. Zważywszy na zaciągnięte kredyty.

Pierwszy z nich, na sumę trzech tysięcy funtów, przeznaczyliśmy na wymianę okien. To było niedługo przed narodzinami Mikołaja. Stare i spróchniałe do granic możliwości okna, których poprzedni właściciel nie miał zamiaru naprawiać, stały się pożywką i schronieniem dla korników i wszelakiego robactwa. Zimą wiało do tego stopnia, że podkładaliśmy koce, a i tak czuło się przeszywający chłód. Notorycznie urywały się klamki, a raz w ogóle nie udało mi się zamknąć okna i przez trzy doby spaliśmy przy uchylonym. Nie chcieliśmy, aby noworodek mieszkał w takich warunkach. Nie mogliśmy na to pozwolić i… nie pozwoliliśmy.

Drugi kredyt przeznaczyliśmy na remont łazienki. Kwota była podobna, również oszałamiająca, lecz remont był konieczny, bo łazienka zaczynała przypominać kibel katowickiego dworca PKP. Nie, żeby Jagoda nie starała się go wyczyścić. Akurat pod tym względem moja żona ma kompletnego bzika. Jej codzienna walka z pleśnią zaczynała przypominać walkę Don Kichota z wiatrakami. Jagoda zalewała zieloną, obrzydliwą narośl różnego rodzaju środkami przeciwgrzybicznymi, skrobała, wymieniliśmy fugi, silikon okalający wannę i umywalkę, ale kiedy muszla klozetowa najzwyczajniej w świecie się rozpadła, postanowiliśmy zrobić z tym porządek. Raz na zawsze. Powiększając tym samym zaciągnięty kredyt. (…)


Nie mam pojęcia, kiedy między nami zaczęło się psuć. Wydaje mi się, że mogło to nastąpić rok po przyjeździe na Wyspy, ale… nie jestem pewien. (…)

Chcę rozwodu. Tylko… no właśnie, nie wiem, czy to aby na pewno będzie słuszna decyzja. Nie jestem dobry w podejmowaniu decyzji, zwłaszcza tych istotnych, tych, które przewracają życie do góry nogami. (…) Rozstać się jest łatwo, a później? Nie chcę żałować, w nieskończoność rozmyślać, jak by to było, gdybyśmy dali sobie jeszcze jedną szansę. Nie chcę obwiniać się za stracone dziesięć lat życia.

No i najważniejsze. Tak, bezustannie to samo: nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie widzieć, jak mój syn dorasta. Świadomość, że on gdzieś na drugim końcu miasta, kraju lub Europy dojrzewa, cieszy się i smuci, ma problemy i potrzebuje ojcowskiej rady, wsparcia lub po prostu bycia przy nim, złamałaby mnie. No i jego w jakiś sposób na pewno też by to skrzywdziło. Nie mogę pozwolić, żeby na tym wszystkim ucierpiał. (…)


Samochód pędzi prawym pasem. Zerkam na zegar, prędkość dobija do stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Wiem, że muszę trochę zwolnić, bo Anglicy mają bardzo rozwinięty system kamer, zwłaszcza na autostradach. Nie chcę, żeby wysłano za mną radiowóz, więc zwalniam do stu dwudziestu. Opuszczam nieco szybę, a struga chłodnego powietrza omiata moją nabrzmiałą porannym zmęczeniem twarz.

Zjeżdżam z autostrady i wjeżdżam na drogę miejską. Mijam wielki billboard z roznegliżowaną blondynką reklamującą topową firmę bieliźniarską, stację paliw i McDonalda, do którego coraz częściej z Jagodą zaglądamy. Pomimo moich umoralniających pogawędek o szkodliwości nafaszerowanych antybiotykami i hormonami burgerów moja żona wydaje się nieugięta. Wie, że mam rację, czytała dziesiątki przemawiających do zdrowego rozsądku artykułów, zna następstwa spożywania niezdrowych tłuszczów, niewiadomego pochodzenia mięs, zdaje sobie sprawę, czym jest cholesterol LDL, rozstępy, zawał serca, miażdżyca, rak.

Zna wszystkie argumenty, które obarczają odpowiedzialnością wielkie korporacyjne żarcie za zbyt szybką, w młodym wieku śmierć, a mimo to przynajmniej kilka razy w miesiącu ulega pokusie i wchłania pulchne bułki, brązowe mięsopodobne placki, sosy, w których skrywa się tablica Mendelejewa. A mnie jak zwykle brakuje silnej woli i bezspornie dołączam do tego moralno-cielesnego samounicestwienia. Gdyby nie moja zbilansowana dieta, skrupulatnie obliczane białka, węglowodany i tłuszcze, zapewne codziennie żywilibyśmy się w różnej maści burger ścierwach, pizzeriach czy barach szybkiej obsługi z francuskimi frytkami i rybą smażoną na głębokim tłuszczu.

Czuję, że ostatnio nie dzieje się ze mną najlepiej. W środku, w okolicy klatki piersiowej, tworzy się mała, dziwna kulka. Kiedyś myślałem, że to strach. Potem, kiedy zacząłem czuć tę kulkę w sytuacjach zgoła niestresowych, pojąłem, że to nie strach, ale raczej nerwy. Być może na moje samopoczucie wpływa sytuacja w domu. A może to przez to, że mieszkam na obczyźnie i nie czuję się z tym najlepiej. W końcu jestem obcokrajowcem, a w języku angielskim słowo to w pewnych kontekstach uchodzi za obelżywe. Czy bulwersuję się, gdy ktoś nazywa mnie imigrantem? Nie. Przecież nim jestem. Nie myślę, nie analizuję, nie wnikam. Można zwariować, więc lepiej zająć głowę czym innym.

Parkuję przy komisariacie, na biegnącej wzdłuż ulicy pojedynczej żółtej linii. Restrykcje parkingowe są tu wyraźne. Pojedyncza żółta linia ciągnąca się wzdłuż ulicy zezwala na parkowanie tylko w określonych godzinach. Podwójna żółta zabrania parkowania i zatrzymywania się całkowicie i bezwarunkowo. Poza tym jeśli zaparkowałbym na chodniku, choćby jednym kołem, z miejsca dostałbym mandat. Bynajmniej nie od policjanta. Oni mają o wiele ważniejsze sprawy na głowie. (…)


Pamiętam lato roku 2005, kiedy przyjechaliśmy na Wyspy. Zaskoczyło mnie, a jednocześnie wzbudziło podziw to, co zastałem. Każdego ranka, kiedy słońce na dobre lokowało się na błękitnym firmamencie, do wysłużonego plecaka wrzucałem kanapki - najczęściej z masłem orzechowym - i butelkę wody mineralnej, telefon, dokumenty oraz mapę i ruszałem w drogę w poszukiwaniu pracy. Wsiadałem w autobus lub metro i jechałem do pobliskiego miasta, zaznaczając je czerwonym mazakiem na mapie, żebym w ferworze walki o jakąkolwiek posadę nie zapomniał, że już w nim gościłem.

Obrałem taktykę zygzakową, czyli chodzenie od sklepu do sklepu, od restauracji do restauracji, od stacji benzynowej do ręcznej myjni samochodowej i wypytywanie, czy nie potrzebują akurat pomocy. Poziom mojego angielskiego daleki był od komunikatywnego i być może to właśnie sprawiało, że z miejsca odprawiano mnie z kwitkiem. Pamiętam pobłażliwe uśmiechy, a czasem bardzo chamskie, bezpardonowe i gburowate: “No job! Go away!”. Mijały tygodnie, minął pierwszy miesiąc, lato zrobiło się jeszcze gorętsze, a ja wciąż byłem bez roboty. Zaczynaliśmy się niepokoić, bo pieniądze - pomimo bardzo oszczędnego trybu życia - topniały w okamgnieniu.

Wynajęty u Hindusa pokój kosztował niemało, do tego dochodziło oczywiście jedzenie, na którym staraliśmy się najwięcej zaoszczędzić, tygodniówka na metro, doładowania telefonu, bo czasem trzeba było zadzwonić, oraz wspomniana już mapa. Chociaż ta ostatnia była jednorazową inwestycją. W Tesco robiliśmy zakupy składające się tylko i wyłącznie z produktów Tesco value. Czyli tych najtańszych. Wracaliśmy do domu obładowani reklamówkami, w których oprócz podstawowych produktów od czasu do czasu znalazł się jakiś typowo angielski przysmak. Nie potrafiliśmy się oprzeć tej brytyjskiej egzotyce. Herbata, ciastka czy ichniejsze pieczywo miało zupełnie inny, niekoniecznie lepszy czy gorszy, po prostu… niepolski, nie nasz, inny smak.

Nie minął kolejny tydzień, a Jagoda znalazła pracę. Na sklepowej witrynie wśród mrowia ogłoszeń prostym i rzeczowym angielskim na niewielkiej, wyrwanej z zeszytu w kratkę kartce ktoś wypisał, że szuka dziewczyny do sprzątania. Angielski Jagody od zawsze górował nad moim, błyskawicznie chwyciła więc za komórkę i wstukała numer z ogłoszenia. Pracę zaczęła od następnego dnia i od początku bardzo ją sobie chwaliła.

Starsze małżeństwo traktowało ją jak córkę, w ogóle nie dając odczuć, że czymkolwiek się od nich różni. A że różniła się - i to znacznie - dało się zaobserwować dosłownie w każdym aspekcie. W twardym akcencie, stylu ubierania się, pozycji materialnej czy społecznej, samochodzie, a właściwie jego braku. Jagoda, choć mogła, nie czuła się gorsza i zawsze wszędzie wchodziła z wysoko uniesioną głową. Mnie szukanie pracy w dalszym ciągu szło dość opornie. Los nie miał zamiaru się do mnie uśmiechnąć, co sprawiało, że z każdym dniem zaczynałem w siebie powątpiewać. Pewnie dało się to wyczytać z wyrazu mojej twarzy. Wyglądałem jak zbity pies, kundel ze Wschodu. Nic dziwnego, że pracodawcy patrzyli na mnie spode łba.

Do wynajętego pokoju wracałem w porze obiadowej, kiedy moja świeżo upieczona żona była już w domu, a później po wspólnym posiłku, trzymając się za ręce, zwiedzaliśmy okolicę.

Spacerowaliśmy między dużymi, urządzonymi z przepychem domami, a fasady i monumentalne kolumny wprawiały nas w nieskrywany zachwyt. Wielkie ogrody z fantazyjnie przyciętymi żywopłotami, drogie samochody: Jaguary, Porsche, Ferrari, Lamborghini. Jak się później okazało, mieszkańcami tej bogatej dzielnicy w dużej mierze byli zamożni Żydzi, którzy prowadzili interesy albo odziedziczyli spadek po ojcu lub dziadku.

Opuściliśmy bogatą dzielnicę i ruszyliśmy w stronę parku, którym zauroczyliśmy się bez pamięci i który od tej pory stał się naszym codziennym obowiązkowym miejscem spędzania wolnego czasu. Otoczeni naturą uspokajaliśmy się. Dzikie, swobodnie rosnące krzewy kontrastowały z równo przystrzyżoną trawą, a korona kwitnącej japońskiej wiśni zacieniała jedną trzecią niewielkiego stawu, po którego tafli sunęły dostojne łabędzie. (…)

Koniec części pierwszej

O powieści:

Krzysztof, trzydziestolatek z Gliwic, jak wielu młodych Polaków wyemigrował z Polski do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu Ziemi obiecanej. Wyjechał czysty, choć z bagażem doświadczeń narkomana. I tam czyhają niebezpieczeństwa, z którymi bohater radzi sobie dobrze, gorzej i najgorzej - bo swoje problemy małżeńskie chce rozwiązać za pomocą kokainy właśnie. “Kokaina” to wnikliwe studium nałogu, zwłaszcza relacji w grupie narkomańskiej, która nastoletniemu bohaterowi zastępowała rodzinę. Okres wypaczonych norm moralnych, ale i pięknych przyjaźni , euforii, ale i przejmującego braku wiary w siebie - negatywy, jak się później okazuje, nie do przezwyciężenia i prowadzące do destrukcji.

Z retrospekcji wyłania się obraz Polski lat 80-tych i 90-tych XX w. - oczami małego i dorastającego Krzysia widzimy ówczesnych “biznesmenów”, którzy przy szalonym zaangażowaniu, z handlu między Turcją a NRD, z łóżek polowych, dorabiają się własnych sklepów, dobrze prosperujących firm, obłożonych jednak olbrzymimi kredytami. “kokaina” to również zapis obserwacji Polaków żyjących na Wyspach. Czy czują się zawodowo spełnieni, czy tylko zadowoleni z tamtejszego systemu socjalnego; czy opiewane perspektywy rozwoju są prawdziwe, czy to tylko szpan przez znajomymi w kraju; czy czują się jeszcze Polakami, czy już “Angolami”, jaki jest ich stosunek do państwa wielokulturowego; czy to tylko spleen wywołany permanentnym zachmurzeniem, czy już depresja.

## O autorze:

Arkadiusz Siedlecki (ur. 1982): pisarz i publicysta, redaktor oraz autor wywiadów z artystami. Studiował filozofię na Uniwersytecie Śląskim. Studia przerwał, by wyjechać do Wielkiej Brytanii. Obecnie wraz z żoną i dwójką dzieci oraz psem (angielskim mastifem - Bostonem) prowadzi spokojne życie nad Tamizą. Pracuje w korporacji, czego nie może sobie darować, i codziennie marzy o przeniesieniu się na wieś i życiu z pisania. Wieczny marzyciel, oderwany od rzeczywistości nihilista. Zakochany w muzyce alternatywnej.

Katalog firm i organizacji Dodaj wpis

Komentarze 15

Tomaszek8888
493
#122.09.2014, 10:08

fajnie się czyta

basia0412
56
#222.09.2014, 12:32

I taką książkę bym przeczytała

kat525excentryk
2 491 308
kat525excentryk 2 491 308
#322.09.2014, 13:18

Polska od 40 lat zdobyła tytuł MS w siatkówce a my na pierwszej stronie jemito czytamy o...kokainie.
No super... Witki opadają!

km.k
32 23
km.k 32 23
#422.09.2014, 13:27

Polecam sprawdzić w dziale dot. Polski i świata, także na stronie głównej: http://www.emito.net/wiadomosci/pol...

BD.K
20 493 1
BD.K 20 493 1
#522.09.2014, 14:02

"MŚ siatkarzy - polscy sportowcy gralutują drużynie Antigi złota"

polecasz?
dobrze, ze nie nakazujesz

i sprawdzilbys bledy
one wpis moder

Zbyszek
372
Zbyszek 372
#622.09.2014, 14:08

dobre

#2
ja chyba nie ale dla tych co tego nie przeżyli gorąco polecam

MakasUK
78 455
MakasUK 78 455
#722.09.2014, 16:07

przyklad ksiazki ktorej bym nie wzial do reki, ale co kto lubi

Profil nieaktywny
Kajmanski
#822.09.2014, 19:12

Wyglada na solidny kawal polskiej literatury emigracyjnej.

Chetnie przeczytalbym calosc, wiec chyba zakupie te ksiazke.

Cena to tylko 32 pln-y na a stronie Empik-u;D

http://www.empik.com/kokaina-siedle...

squit
3 108
squit 3 108
#922.09.2014, 19:22

Ok... średnio inspiruje ;)
Z ciekawością bym poczytał o przeżyciach emigrantów z £2-3K/week.

Zbyszek
372
Zbyszek 372
#1022.09.2014, 20:13

#7
Tomek_l no pewnie ze byś nie wziął jak można być takim idiotą by się tak poświecić lepiej przyjechać na gotowe

#9
tacy książek nie piszą

MakasUK
78 455
MakasUK 78 455
#1122.09.2014, 20:19

moglbym ci przedstawic wlasna historie i wtedy wyszedlbys na glupka, ale na to juz za pozno...

squit
3 108
squit 3 108
#1222.09.2014, 20:49

Zbyszek, dlaczego uważasz ,że tacy książek nie piszą?

Zbyszek
372
Zbyszek 372
#1322.09.2014, 21:36

#11
a ty masz swoja historie hmmm

#12
2K-3K/week. pachnie kryminałem dlatego tacy nie piszą
a uczciwi nie mają czasu na pisanie książek bo są zajęci zarabianiem na chleb

kijevna
18 941
kijevna 18 941
#1422.09.2014, 21:58

mnie też ta książka nie zachęca, poza tym się zastanawiam, czy w 2005 roku juz była seria 'value' w supermarketach? bo coś kojarzę, że później...

squit
3 108
squit 3 108
#1522.09.2014, 22:24

Zbyszek, rozumiem ,że wszyscy którzy zarabiają więcej niż £200 lub £2.000,- tu gdzież £20K /tydzień -są dla Ciebie kryminałem ;)