Kiedy kładziesz wieczorem głowę na poduszcze, zadaj sobie to jedno proste pytanie – czy moi najbliżsi zasypiając dzisiaj czuli się kochani i docenieni? Jeśli odpowiedź brzmi nie, wstań i zrób coś z tym. Lub chociaż postanów sobie, aby jutrzejszy wieczór był inny. Jeśli jednak odpowiedź jest twierdząca – tak, moi najbliżsi zasypiali dzisiaj czując się kochani i docenieni, odetchnij z ulgą kochany rodzicu/partnerze*. Bardzo dobrze sobie radzisz.
Lekkich snów ...
Krajowi publicyści często piszą, że Polska zawsze goniła Zachód. Jest to nieprawda. Nie było tak w czasach sarmackich. Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do masowych wyjazdów Polaków za chlebem do Anglii i Szkocji. Dawniej było jednak dokładnie na odwrót - do Polski z Wysp jeździło się za pracą. Jak pisze Neal Ascherson, liczba Szkotów, którzy w ciągu dwóch stuleci szczytowej prosperity osiedlili się w koloniach szkockich w dorzeczu Wisły musiała iść w dziesiątki tysięcy. Następnie przytacza znamienny cytat z zapisków szkockiego podróżnika, William Lithgow (1582–1645):
"Ze względu na pomyślność powinienem [Polskę] nazwać Matką lub Mamką młodych ludzi i młodzieniaszków ze Szkocji, których wielka liczba przybywa tutaj co roku. (…) Z pewnością możemy Polskę określić także mianem matki dla naszego gminu oraz miejscem, gdzie swój początek biorą fortuny naszych najlepszych kupców. Jeśli nie wszystkie, to przynajmniej znaczna ich liczba."
Ascherson dużo pisze o polskiej historii. Odmalowuje on iście sielankowy obraz mocarstwa nad Wisłą w czasach sarmackich. Polska, jak sam pisze, przez kilka stuleci dominowała w stosunkach politycznych Europy Środkowo-Wschodniej, a jej mieszkańcy różnych narodowości byli w stanie żyć razem. Zachowywali swą kulturową odmienność, pozostając przy tym zjednoczeni w politycznej wierności wobec polskiej korony. Ascherson nowożytną Rzeczpospolitą opisuje jako bogaty kraj handlarzy zbożem oraz istne Eldorado dla przybyszów z Wysp Brytyjskich.
http://ciekawostkihistoryczne.pl/…/szkocki-historyk-dawniej…
Warto skonfrontować podszytą ignorancją niechęć prlowskiej i lewicowej historiografii do "szlacheckiej Polski" z opinią szkockiego podróżnika żyjącego w tamtych czasach, który pisze o tejże szlacheckiej Polsce jako Matce dla szkockiego ludu! Dawna Polska była inna niż wam opowiadano, dlatego właśnie nasza historia wymaga zupełnie nowego spojrzenia.
W książce "Morze Czarne" Ascherson zauważa:
"Polska obstaje dzisiaj przy swej „europejskiej”, zachodniej przynależności, opartej nie tylko na katolicyzmie, ale również na starannie pielęgnowanych zachodnich instytucjach i upodobaniach. Z dawnego orientalizującego stylu pozornie nic nie zostało. A jednak przenikliwe oko dostrzeże, że Polska jest znacznie bardziej wschodnią kulturą niż Rosja. (...) Kiedy Moskale skryli się przed Mongołami w swoich północnych lasach, Polacy byli już otwarci na wpływy czarnomorskich stepów.(...) prawdopodobnie idea demokracji szlacheckiej pochodziła nie od republiki rzymskiej, lecz od kurułtaju, zgromadzenia mongolsko-tatarskiej szlachty i naczelników klanów, które wybierało nowego chana." (przeł. Tomasz Bieroń)
"To było w tamtych czasach, gdy latarnie zapalane były od łuczywa, a sobie po ulicach chodzili latarnicy i przynosili światło do każdego zakątka, oświetlali każdą uliczkę. Otóż w tamtych właśnie czasach żył sobie pewien mały latarnik. Był to niski, niepozorny staruszek. Co wieczór chodził od uliczki do uliczki, pocierał zapałkę o swoją podeszwę, podpalał łuczywo, a następnie zapalał latarnie. Jedną po drugiej, aż każdy kolejny ciemny zaułek stawał się jaśniejszy od następnego. Staruszek nie miał rodziny, był cichutki i niezauważalny. Ludzie, mieszkający obok nic o nim nie wiedzieli, dzieci śmiały się z niego i nazywały go karłem, a dorośli nazywali go nierobem, ponieważ stary człowiek wychodził na dwór jedynie wieczorem, by zapalić latarnie, a następnie podziwiać nocne niebo.
Za każdym pociągnięciem zapałki o podeszwę, mały latarnik jeszcze się zmniejszał, stawał się coraz niższy i lżejszy. Pewnego razu nieznajomy przechodzień powiedział do niego:
- Jak możesz żyć w ten sposób? Przecież wkrótce całkiem znikniesz… Nie żal ci swojego życia, które oddajesz ludziom, a oni w zamian tylko śmieją się z ciebie i obrażają cię? To jest niesprawiedliwe, nie powinno tak być!
- Jeśli nie będę zapalać latarni, to ludzie pozostaną w ciemności, - odparł mały latarnik. – A jak sobie wtedy poradzą? Gdy ktoś nocą wyjdzie na ciemną ulicę, to czy trafi do domu? Będzie się tylko błąkał do rana, a to też jest niesprawiedliwe. Kiedy ulice są jasne, to każdy człowiek dotrze do swojego domu i w głębi duszy mi podziękuje, a ja będę mógł spokojnie zasnąć.
Mały staruszek pocierał więc co noc zapałki o podeszwę i malał, malał, malał… aż w końcu całkiem zniknął. Nikt nawet nie zauważył, że nie ma już małego człowieka, ale wszyscy od razu zauważyli, że wieczorami jest bardzo ciemno.
P.S. Każdy człowiek znaczy w tym życiu bardzo wiele. Każdy - nawet, jeśli sam tego nie zauważa – wnosi w życie innych ludzi światło. I jeśli tego jednego zabraknie, to innym, być może, w ich życiu zrobi się ciemniej."
pani wiedzmo ;) dla pani ... info ... bylo tylko strone wczesniej ... ale prosze bardzo przypomne .
max_pl_taxi_gls
#8377 | 17.04.15, 15:45
"Kochani jest sprawa !!!!
W Miłosławiu mieszka chłopczyk, ma na imię Kubuś. Kubuś ma 7 lat i cierpi na nieoperacyjny nowotwór mózgu. 17 maja będzie obchodził 7 urodziny. Największym marzeniem Kuby jest otrzymanie olbrzymiej liczby kartek urodzinowych . Pomóżmy spełnić to marzenie - to tak niewiele kosztuje, a może wywołać uśmiech na twarzy chorego dziecka. Pokażmy, że mamy olbrzymie serca.
Oto adres :
Kubuś Grzelczak
Białe Piątkowo 7
62-320 Miłosław.
Udostępniajcie ten post, aby było nas jak najwięcej . Podarujmy Kubusiowi uśmiech !!!!!!!!!
PS. Lajkowaniem nie pomożesz!Wyślij swoją kartkę!"
SYN: Tato, mogę Cię o coś zapytać?
TATA: No jasne, o co chodzi?
SYN: Tato, ile zarabiasz na godzinę?
TATA: To nie twoje sprawa. Dlaczego zadajesz mi takie pytanie?
SYN: Ciekawy byłem. Powiedz mi proszę ile zarabiasz na godzinę.
TATA: No,jak tak bardzo chcesz wiedzieć zarabiam 100 zł na godzinę.
SYN: Oj! (z opuszczoną głową), tato, pożyczyłbyś mi 50 zł?
Tata się wkurza.
TATA: Jedyny motyw dlaczego mnie o to zapytałeś, bo chciałeś żebym pożyczył ci pieniędzy na zakup jakieś głupiej zabawki, albo innej bezsensownej rzeczy do swojego pokoju i do łóżka.
Zastanów się nad tym dlaczego jesteś takim egoistą. Ja pracuję ciężko cały dzień a ty zachowujesz się tak niedojrzale.
Mały chłopczyk poszedł w ciszy do swojego pokoju i zamknął drzwi.
Mężczyzna usiadł i myśląc o pytaniu chłopca i jeszcze bardziej się zdenerwował. Jak on mógł zadać mi takie pytanie. Zaczął rozmyślać.
Może miał potrzebę kupić coś niezbędnego za te 50 zł, nie pyta często o pieniądze.
Mężczyzna poszedł do pokoju chłopca i otworzył drzwi.
TATA: Śpisz synku?
SYN: Nie tato, nie śpię
TATA: Tak sobie pomyślałem, że może byłem zbyt surowy dla ciebie. To był naprawdę ciężki dzień dla mnie i wyładowałem się na tobie. Oto 50 zł o które mnie poprosiłeś.
Mały chłopiec usiadł na łóżko i uśmiechnął się.
SYN: Ach, dziękuję tato.
Po czym spod poduszki wyciągnął pomarszczone banknoty. Mężczyzna zobaczywszy, że chłopiec miał pieniądze zaczyna się denerwować.
TATA: Dlaczego chcesz pieniądze skoro je masz?
SYN: Ponieważ nie miałem wystarczająco, ale teraz już mam.
Tato, mam 100 zł teraz. Mogę kupić jedną godzinę z twojego czasu. Proszę przyjdź wcześniej jutro z pracy. Chciałbym zjeść z tobą kolację.
Tata oniemiał. Objął synka i błagał o przebaczenie.
To jest tylko historyjka, która ma przypomnieć wam wszystkim, że nie jest tylko ważne aby pracować ciężko całe życie. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że czas ucieka nam między palcami, a my nie spędzamy go z osobami bliskimi, ważnymi, tymi które kochamy. Jeżeli umarlibyśmy jutro, firma dla której pracujemy łatwo nas zastąpi w kilka dni, ale rodzina i przyjaciele będą nas opłakiwać przez resztę ich życia. Pomyślmy więc dlaczego tak bardzo jesteśmy pochłonięci pracą. Istnieją ważniejsze rzeczy...
Był sobie pewnego razu chłopiec o złym charakterze.
Jego ojciec dał mu woreczek gwoździ i kazał wbijać po jednym w płot okalający ogród za każdym razem, kiedy straci cierpliwość i pokłóci się z kimś.
Pierwszego dnia chłopiec wbił w płot 37 gwoździ. W następnych tygodniach nauczył się panować nad sobą i liczba wbijanych gwoździ malała z dnia na dzień.
. Odkrył, że łatwiej jest panować nad sobą niż wbijać gwoździe.
Wreszcie nadszedł dzień, w którym chłopiec nie wbił w płot żadnego gwoździa.
Poszedł więc do ojca i powiedział mu, że tego dnia nie wbił żadnego gwoździa.
Wtedy ojciec kazał mu wyciągać z płotu jeden gwoźdź każdego dnia, kiedy nie straci cierpliwości i nie pokłóci się z nikim.
Mijały dni i w końcu chłopiec mógł powiedzieć ojcu, ze wyciągnął z płotu wszystkie gwoździe.
Ojciec zaprowadził chłopca do płotu i powiedział:
"Synu, zachowałeś się dobrze, ale spójrz, ile w płocie jest dziur.
Płot nigdy już nie będzie taki, jak dawniej.
Kiedy się z kimś kłócisz i mówisz mu coś brzydkiego zostawiasz w nim ranę takš, jak te.
Nieważne, ile razy będziesz przepraszał, rana w tym świecie pozostanie.
Rana słowna boli tak samo, jak fizyczna...
Był sobie ptak obdarzony parą doskonałych skrzydeł o bajecznie barwnych piórach, stworzony do swobodnego szybowania w przestworzach, ku radości tych, którzy obserwowali go w locie.
Pewnego dnia ptaka tego zobaczyła młoda kobieta i zakochała się w nim bez pamięci. Serce jej mocno zabiło, oczy zalśniły z zachwytu, gdy patrzyła, jak z gracją szybuje po błękitnym niebie. Ptak poprosił ją, by mu towarzyszyła, i polecieli razem w pełnej harmonii. Kobieta podziwiała, czciła, wielbiła ukochanego ptaka.
Lecz pewnego dnia pomyślała: „A może on zechce odkryć dalekie krainy, poznać odległe zakątki świata?”. I przestraszyła się własnych myśli. Przestraszyła się, że już nigdy nikogo tak mocno nie pokocha. I obudziła się w niej zazdrość, zazdrość o to, że ptak umie latać.
Poczuła się samotna.
„Zastawię na niego pułapkę – pomyślała. – Następnym razem, gdy się pojawi, już ode mnie nie odleci”.
Ptak, który również był bardzo zakochany, przyfrunął do niej nazajutrz. Wpadł do klatki i nie mógł się już z niej wydostać – stał się więźniem.
Kobieta napawała się jego widokiem. Był przedmiotem jej gorącej namiętności, pokazywała go przyjaciółkom, które wzdychały: „Naprawdę cudowny! Jaka jesteś szczęśliwa!”. Jednak z biegiem czasu zaszła w niej zadziwiająca przemiana: ponieważ ptak stał się jej własnością i nie musiała już go zdobywać, przestał ją interesować. A on, nie mogąc już latać, z dnia na dzień pogrążał się w coraz głębszym smutku, pióra mu wyblakły, skrzydła opadły – a kobieta zwracała na niego uwagę tylko wtedy, kiedy przynosiła mu jedzenie.
Pewnego dnia, gdy podeszła do klatki, okazało się, że ptak jest martwy. Wpadła w rozpacz i odtąd ani na chwilę nie przestawała o nim myśleć. Ale nie pamiętała o klatce, pamiętała tylko dzień, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, jak szybował wysoko w obłokach, swobodny i szczęśliwy.
Gdyby mogła przyjrzeć się sobie samej, zrozumiałaby, że tym, co tak naprawdę wzruszało ją w ukochanym, była jego wolność, ciekawość świata, energia jego silnych skrzydeł.
Utraciła sens życia i śmierć zapukała do jej drzwi.
– Czemu przyszłaś? – zapytała ją udręczona kobieta.
– Abyście mogli być znów razem – odpowiedziała śmierć. – Gdybyś pozwoliła mu odlatywać i wracać, kochałabyś go i podziwiała do dzisiaj. Teraz jestem ci potrzebna, byś mogła go odnaleźć.