super filmy Max, pomalu zaczynam je ogladac
po obejrzeniu filmiku, mam zamiar umieszczac komentarze, chetnie bym widzial takich userow, ktorzy sie beda ze mna zgadzali, ale jeszcze chetniej takich ktorzy beda to widziec inaczej
napisze jeszcze raz, jezeli robie cos nie tak, daj znac Max i tak sie umowmy prosze
prosze cie tez jako zalozyciela watku, zeby ewentualne wycieczki osobiste zglaszac i sie ich pozbywac
moze to jakis pomysl, zeby ten wspanialy watek (tak jak watek muzyczny), w ktorym mozemy pogdybac o wszystkim, ale w sposob kulturalny, jeszcze bardziej rozruszac
sam proponuje posluchac kilku wykladow Johna Veto
super przystepne wyklady
moze z niektorymi jego teoriami trudno sie zgodzic, ale i tak mysle ze warto
#8616
nie bylo by nic dziwnego gdyby sie okazalo ze byli ludzie wieksi niz przecietny wzrost
sa przeciez rasy mniejsze np. Pigmeje, Buszmeni czy Hotentoci to mogly byc i wieksze
wsrod zwierzat tego samego rodzaju tez czesto wystepuja osobniki rozniace sie wielkoscia
z drugiej jednak strony cos w tym fimie jest nie tak
jeden z postow ponizej:
"Temat pociągający i już wydawałoby się że coś z tego będzie, a tu zaraz typowe techniki manipulacji, - rolnik mówi-"miał ponad dwa metry wysokości", (tak jakby to rzeczywiście była sensacja kuxwa!), a potem że niby ta kość udowa od "giganta" "ponad dwa metry wysokości" (przyznaję że wysoki, ale nie wyjątkowo , rasie ludzkiej to się zdarza, wystarczy obejrzeć sobie mecz koszykówki), i dalej pokazuje on faktycznie coś (kość jakoby autentyczna) co jest gigantycznych rozmiarów, i mówi "miał ponad dwa metry wysokości, " choć po rozmiarach widać że musiałby mieć że 4-5 m! Wiec dlaczego tak oszczędnie .."ponad dwa metry.."..?, bo to trik socjotechniczny..manipulacyjny, ech szkooda gadać, głupota a zwłaszcza nierzetelność i i kłamstwo"
Ryszard to facet którego uwielbiasz mieć dość. Zawsze jest w świetnym nastroju i zawsze ma coś pozytywnego do powiedzenia. Gdy ktoś pyta się go o samopoczucie, zwykle odpowiada, „Gdybym miał czuć się lepiej to pewnie oszalałbym ze szczęścia!” Rysiu pracował jako manager restauracji i zawsze gdy zmieniał miejsce zatrudnienia, kelnerzy i obsługa restauracji rezygnowali z pracy i przenosili się razem z nim. Działo się tak dlatego gdyż Rysiu wspaniale oddziaływał na ludzi. Był naturalnym motywatorem. Jeśli jakiś pracownik miał słabszy dzień, Ryszard zawsze potrafił przekonać tą osobę do spojrzenia z pozytywnej strony na daną sytuację. Widząc jego styl, przyjaciele zachodzili w głowę, jak on to robi, w końcu jeden z nich zapytał, „Zupełnie nie kapuję. Nie można być pozytywnie nastawiony przez cały czas. Jak ci się to udaje?” Rysiu odpowiedział, „Każdego poranka budzę się i mówię sobie, Rysiu, masz dzisiaj do wyboru: możesz być w dobrym humorze lub w złym humorze. Wybieram bycie w dobrym humorze. Za każdym razem gdy coś złego się wydarzy, mogę wybrać bycie ofiarą lub mogę się czegoś nauczyć z tego co mi się przydarzyło. Wybieram naukę. Za każdym razem gdy ktoś przychodzi do mnie ponarzekać, mogę to zaakceptować lub znaleźć jakąś pozytywną stronę życia. Wybieram pozytywną stronę życia.
„ Jasne, tyle że to wcale nie jest takie proste,” zaprotestował kumpel Rysia. „To jest proste” odpowiedział Rysiu, „Życie kręci się wokół wyborów. Jeśli pozbędziesz się całej otoczki, to każda sytuacja jest wyborem. Wybierasz sposób w jaki zareagujesz na daną sytuację. Wybierasz sposób w jaki ludzie będą wpływali na twój nastrój. Wybierasz bycie w dobrym nastroju i w złym nastroju. Wszystko sprowadza się do tego, że od ciebie zależy sposób w jaki przeżywasz swoje życie.”
Przyjaciel Rysia dobrze przemyślał to co usłyszał i wkrótce założył swój własny biznes. Stracił kontakt z Rysiem ale często przypominał sobie słowa dobrego kumpla dokonując wyborów w życiu zamiast jedynie reagować.
Parę lat później usłyszał, że Rysiu popełnił błąd którego w biznesie restauracyjnym nigdy nie można popełniać. Zostawił otwarte tylnie drzwi restauracji, gdy z rana otwierał biznes. Do budynku wdarło się trzech uzbrojonych rabusiów. Gdy Rysiu próbował otworzyć sejf, ze zdenerwowania pomylił kombinację cyfr. Napastnicy spanikowali i go postrzelili. Na szczęście szybko go odnaleziono i przewieziono na pogotowie. Po 18 godzinach operacji i tygodniach rehabilitacji Rysiu został zwolniony ze szpitala z fragmentami pocisków wciąż tkwiącymi w jego ciele.
Sześć miesięcy później znowu spotkał się ze starym przyjacielem. Gdy kumpel zapytał Rysia, jak się miewa, Rysiu po swojemu odpowiedział „Gdyby miało być lepiej to pewnie oszalałbym ze szczęścia, chcesz zobaczyć moje blizny?” Przyjaciel odmówił ale zadał mu pytanie o myśli jakie pojawiły się w jego głowie podczas napadu. „Pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałem było to, że powinienem zamknąć te tylne drzwi,” odpowiedział Rysiu. „Potem gdy leżałem na podłodze, pamiętam, że miałem do wyboru, mogłem żyć lub mogłem umrzeć. Wybrałem życie.” „Bałeś się? Straciłeś przytomność?” spytał przyjaciel. Rysiu kontynuował, „ratownicy byli wspaniali. Wciąż powtarzali mi, że wszystko będzie w porządku. Jednak gdy wtoczono moje łóżko na intensywną terapię zauważyłem wyraz twarzy chirurgów i pielęgniarek. W ich oczach byłem trupem. Wiedziałem, że muszę coś zrobić. „Co takiego zrobiłeś” zapytał kumpel. „Była tam taka wielka pielęgniarka ciągle wykrzykująca pod moim adresem jakieś pytania”, kontynuował Rysiu. „Zapytała mnie czy jestem na coś uczulony. ‘Tak’ odpowiedziałem. Chirurdzy i pielęgniarki przerwali pracę, czekając na moją odpowiedź. Wciąłem głęboki wdech i wykrzyczałem, „Na pociski!” gdy wszyscy zaczęli się śmiać powiedziałem im, „wybieram życie. Operujcie mnie tak jakbym był żywy a nie martwy”.
Rysiu przetrwał dzięki umiejętnościom lekarzy, ale również dzięki swojej niezwykłej postawie. Każdego dnia mamy wybór by żyć pełnią życia. Mamy wybór by iść i uwodzić z pozytywnym nastawieniem, dając z siebie wszystko to co najlepsze. Postawa to w końcu wszystko co mamy. (Ta historia wytwarza niewyobrażalnie pozytywne reakcje, jeśli opowie się ją ludziom którzy są w dołku – nie pocieszajcie ich – opowiedzcie tą historią, a oni sami podejmą decyzję. Jeśli podjmą dobrą, będą Wam bardziej wdzięczni niż gdybyście ich pocieszali)…
Kim jesteś
"- Mistrzu, mówiłeś, że jeśli dowiem się kim jestem, to posiądę mądrość, ale jak mam to zrobić?
- Zacznij od odebrania innym ludziom prawa do decydowania kim jesteś.
- Jak to?
- Ktoś powie ci, że jesteś złym człowiekiem, a ty mu uwierzysz i poczujesz się rozgoryczony. Ktoś inny powie ci, że jesteś dobrym człowiekiem i to cię ucieszy. Chwalą cię albo ganią, wierzą ci albo cię zdradzają.
Dopóki inni mają prawo decydowania kim jesteś albo jaki jesteś – nie odnajdziesz siebie. Zabierz im to prawo".
trzeba nam dużo prostych słów
jak
chleb
miłość
dobroć
aby ślepi w ciemności
nie zgubili
właściwej drogi
trzeba nam dużo ciszy ciszy
i w powietrzu i w myśli
abyśmy usłyszeli głos
cichy nieśmiały głos
gołębi
mrówek
ludzi
serc
i ich bolesny krzyk
pośród krzywd
pośród tego wszystkiego
co nie jest
ani miłością
ani dobrocią
ani chlebem
Wydaje ci się, że wszystko, co dobre już za tobą. Trudności, kłopoty, proza życia. Zmartwienia, nieudane próby, rozpad związków, szukanie miłości, pracy, szczęścia, odpowiedzi na pytanie kim jestem, dokąd zmierzam, o co chodzi w całym tym istnieniu, po co to wszystko? Tyle pytań, jeszcze kiedyś szukałaś odpowiedzi, jeszcze kiedyś wierzyłaś, że wystarczy wierzyć. Wszystko się rozwiało, nadzieje porwał wiatr przeciwności i doświadczeń.
Stoisz więc pośrodku swojego życia i zastanawiasz się co dalej. Zawrócić? Walczyć? Ale po co? Co to da? Przecież nawet jeśli wejdę na nową drogę życia, zmienię pracę, status związku, zakocham się, lub odkocham, to za chwilę i tak będę w punkcie wyjścia. Prędzej czy później kolejny raz dotkną mnie te same kłopoty, może odziane w inną skórę partnera lub na innej ulicy, w innej pracy, albo mojej nowej firmie. Może nawet wyjadę na koniec świata, ale tam też zderzę się z samą sobą.
Ponieważ to, co wydaje ci się trudne, odnajdzie cię. Nawet na bezludnej wyspie gdy zamieszkasz na niej po tym, jak wygrasz na loterii.
Gwarantuje, że tak będzie, masz moje słowo wróżki drzew. I to nie jest moje czarnowidztwo, to są fakty. Cokolwiek dzieje się w twoim życiu dobrego, lub złego, musisz powinieneś, dobrze by było, skonfrontować ze swoim Źródłem istnienia. Im prędzej do tego Źródła wrócisz, odnajdziesz go, lub zaczniesz go szukać, tym lepiej dla ciebie, bo gdy już zaczerpniesz z niego choćby łyk ukojenia, może okazać się, że wcale nie musisz wyjeżdżać na koniec świata, zmieniać pracy, odkochiwać się, lub na siłę zakochiwać (no chyba że się zdarzy, czego ci życzę), może okazać się, że wcale nie potrzebujesz wygranej na loterii, ani że nie musisz szukać cudotwórców dla swoich chorób. Ponieważ zaakceptujesz swoje „jestem”. Swoje "tu i teraz". Ponieważ spotkasz się z samym sobą i to w sobie, a nie na zewnątrz zaczniesz szukać odpowiedzi, wskazówek i rozwiązań.
Jeśli oczekujesz od siebie doskonałości, choroba jest traktowana jako coś złego, dopust Boży, gdy zaś potrafisz pokochać siebie niedoskonałego, traktować będziesz chorobę, lub inne życiowe nieszczęście jako część swojego jakże drogocennego życia.
Co jest Twoim Źródłem życia, nie wiem, każdy ma swoje. Jedni znajdują w kościołach, inni w podróży, inni przygotowując wykwintne dania, lub spacerując z psem. Ale niekoniecznie musisz coś zrobić, żeby do Źródła życia wejść.
Czasami wystarczy zakręcić wszystkie kurki prowadzące do zewnętrznego świata, wystarczy pobyć ze sobą, wsłuchać się w melodię serca. Powiedzieć: - cześć Źródło, dawno nie wchodziłam w twoją przestrzeń, potrzebuję twojego środka ciszy, inaczej nie znajdę odpowiedzi. Źródło zawsze odpowie, ponieważ ono zawsze JEST.
Tylko czy Ty, czy ja znajdziemy dość czasu i odwagi, by z samą sobą się zmierzyć? Czy będziemy mieli dość siły, by powiedzieć: to jest moje życie i wcale nie potrzebuję innego? Wiesz co się wtedy stanie, wtedy, gdy ci się to uda? Otrzymasz WSZYSTKO, czego potrzebuje Twoja dusza, choć niekoniecznie spełnią się zachcianki, zobaczysz inny wymiar i inne wartości. Czasami całkowicie sprzeczne z tym co do tej pory myślałeś że jest dla ciebie najlepsze. Warto, bo to są piękne niespodzianki i niesamowite zaskoczenia, czy odważysz się na to, by to Źródło zdecydowało zamiast Ciebie o tym, czego tak naprawdę potrzebujesz? Masz dość siły, by porzucić pomysły i oddać się kierownictwu nieba?
Ja próbuję…
Warto…
#8634
rozbil sie statek i uratowalo sie trzech ludzi, sa na bezludnej wyspie, jest noc
wstal dzien, zrobilo sie widno i rozbitkowie zobaczyli ze opodal na podobnej bezludnej wyspie sa trzy piekne nagie dziewczyny
jeden z nich dwudziestolatek krzyczy - chlopali, plyniemy
odzywa sie czterdziestolatek - spokojnie, choc sie rozbierzemy to one przyplyna
szescdziesieciolatek - chopaki, przeciez stad tez dobrze widac
czlowiek nie potrafi przekazac swojej wiedzy, nie jest mowca, ale wiedze ma bardzo duza, z jego felietonow mozna wylowic bardzo ciekawe informacje
zapropunuje dwa z calego cyklu jego filmikow
TRZY MODLITWY
„ - Cały czas mówisz o Bogu, Anastazjo, a jak ty się modlisz i czyy w ogóle to robisz? Wielu ludzi prosi w listach, by cie o to zapytać.
-Władimirze, co rozumiesz pod określeniem „modlić się”?
-Jak to co, czy to nie jest jasne? Modlić się... to znaczy... modlić się. Nie rozumiesz znaczenia tego słowa?
-Te same słowa ludzie odbierają różnie i różny widzą w nich sens. Właśnie dlatego, żeby mówić jaśniej, zapytam cię, jak rozumiesz sens modlitwy?
-Prawdę powiedziawszy, nie za bardzo myślałem o sensie. Ale jedną najważniejszą modlitwę znam na pamięć, czasami nawet ją odmawiam – tak na wszelki wypadek. Chyba jest w niej jakiś sens, skoro wielu ją odmawia.
-To znaczy, że wyuczyłeś się modlitwy, a nie zapragnąłeś poznać jej sensu?
-Nie to, że nie chciałem, po prostu nie zastanawiałem się jakoś nad tym. Myślałem, że skoro dla wszystkich jest zrozumiała, to po co mam się zastanawiać nad sensem. Modlitwa to jakby rozmowa z Bogiem.
-Jeśli najważniejszą modlitwę uważasz za rozmowę z Bogiem to powiedz, jak można z Bogiem, ojcem swoim, bez sensu rozmawiać?
-Nie wiem jak, ale co ty masz z tym sensem? Na pewno był znany temu, kto ją napisał.
-Przecież ty sam z siebie chciałbyś rozmawiać ze swoim Ojcem.
-No, właśnie, każdy z ojcem chciałby obcować osobiście.
-Ale jak można „osobiście”, wymawiając przy tym obce słowa i jeszcze na dodatek nie zastanawiając się, co za nimi stoi?
Na początku irytowała mnie trochę dociekliwość Anastazji odnośnie sensu zapamiętanej przeze mnie modlitwy, ale później nawet mnie samego zaciekawił włożony w modlitwę sens. Dlatego że myśl sama przyszła do głowy: „Jak to jest ? Nauczyłem się modlitwy, powtarzałem ją niejednokrotnie, ale o tym, co w niej jest, prawie nie myślałem. Ciekawe byłoby się tego dowiedzieć, skoro już się nauczyłem”. Wtedy zwróciłem się do Anastazji:
-Dobrze, pomyślę kiedyś nad tym sensem – a ona odparła:
-A dlaczego „kiedyś” ? Czy zaraz, tu, nie mógłbyś odmówić swojej modlitwy ?
-Dlaczego nie ? Mogę oczywiście.
-To odmów, Władimirze, modlitwę, tę, którą określasz jako najważniejszą ze wszystkich i za pomocą której próbowałeś rozmawiać z Ojcem.
-Przecież ja tylko jedną znam. Nauczyłem się jej dlatego, że wszyscy ją uznali jakby za najważniejszą.
-No, niech będzie, odmów modlitwę, a ja w tym czasie prześledzę twoją myśl.
-Dobrze, posłuchaj: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje. Przyjdź królestwo Twoje. Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jaki i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie. Ale nas zbaw ode złego. Amen”.
Umilkłem i zerknąłem na Anastazję. Spuściła głowę, nie patrzyła na mnie i też milczała. Siedziała tak, milcząc smutno, aż w końcu nie wytrzymałem i zapytałem:
-Dlaczego milczysz, Anastazjo ? - a ona, nie podnosząc głowy, powiedziała:
-Co ja mam ci powiedzieć, Władimirze, co chcesz usłyszeć ?
-Jak to co ? Przecież odmówiłem modlitwę nawet bez zająknięcia. Podobała ci się ? Mogłabyś coś powiedzieć zamiast milczeć.
-Kiedy odmawiałeś modlitwę, Władimirze, próbowałam śledzić twoje myśli, uczucia oraz sens apelu do Boga. Sens modlitwy jest dla mnie zrozumiały, ale ty nie wszystkie słowa w niej rozumiesz. Twoja ledwo zrodzona myśl pękała, gubiła się, a uczuć i zmysłów nie było w ogóle. Nie poznałeś znaczenia większości słów modlitwy, nie apelowałeś do niego, po prostu klepałeś.
-Przecież odmawiałem ją, jak wszyscy. Byłem w cerkwi, tam słyszałem jeszcze więcej niezrozumiałych słów. Słyszałem, jak odmawiają to inni ludzie. Klepią jak katarynki i nic więcej. A ja przeciwnie, wszystko dokładnie, powoli tobie odmówiłem, żebyś zrozumiała.
-Ale wcześniej powiedziałeś: „Modlitwa jest apelem do Boga”.
-Tak, tak powiedziałem.
-Przecież Bóg, Ojciec nasz jest osobowością, jest żywą substancją i zdolny jest odczuwać i rozumieć, kiedy rodzi się prawdziwy kontakt. A ty...
-Co ja ? Przecież tłumaczę ci, wszyscy tak mówią, zwracając się do Boga.
-Wyobraź sobie, że twoja córka Polina nagle zacznie monotonnie do ciebie mówić, a w zdania będzie wplatać niezrozumiałe nawet dla siebie słowa. Czy tobie, ojcu, spodoba się takie zwrócenie się córki do ciebie ?
Kiedy wyobraziłem sobie taka sytuację, zrobiło mi się niemiło.
Przedemną stoi moja córeczka, klepie jak opętana, sam nie wiedząc, czego chce. Postanowiłem wtedy: „O, nie! Powinno się ułożyć w sposób zrozumiały tę modlitwę, nie można bezsensownie wypowiadać słów. Wynika z tego, że wychodzę na ułomnego głupka przed Bogiem. Niech każdy jak chce klepie od niechcenia, a ja obowiązkowo postaram się tę modlitwę zrozumieć. Tylko trzeba by było znaleźć tłumaczenie dla niezrozumiałych słów. Zastanawiam się tylko, w jakim celu w cerkwi mówią niezrozumiałym językiem ?”, a głośno powiedziałem:
Wiesz, tu chyba jest niedokładne i niepełne tłumaczenie i właśnie z tego powodu myśl moja, jak powiedziałaś, gubiła się i pękała.
-Władimirze, można zrozumieć sens i z tym tłumaczeniem. Oczywiście są w niej słowa, które już wyszły z użycia, ale sens jest jasny, kiedy pomyślisz nad nim i zdecydujesz, co jest dla ciebie najważniejsze ze wszystkiego i najprzyjemniejsze dla Ojca. Czego pragniesz, kierując do Ojca modlitewny
apel ?
-Chyba tego, co jest zawarte w słowach. Tego, przypuszczam, ja też pragnę. Żeby chleba dał powszedniego, wybaczył grzechy i winy, żeby nie prowadził na pokuszenie, lecz uchronił od wszelkiego złego, czyli wszystko jest tam jasne.
-Władimirze, jedzenie dla synów i córek swoich Bóg w całości oddał jeszcze przed ich narodzeniem. Rozejrzyj się dookoła, to wszystko już dawno dla ciebie stworzone. Grzechy kochający rodzic i bez prośby wybacza. Na pokuszenie nawet nie myśli nikogo prowadzić i każdemu wcielił zdolność do opierania się wszelkiemu złu. To dlaczego w takim razie obrażasz Ojca niewiedzą tego, co przez Niego już dawno stworzone ? Wokół ciebie istnieją wszystkie wieczne dary od Niego. Co jeszcze może ofiarować kochający rodzic swojemu dziecku, skoro oddał mu już wszystko ?
-A jeśli czegoś nie oddał ?
-Bóg jest maksymalistą. Synów i córki swoje od samego początku we wszystko wyposażył. We wszystko! W całości. On jako rodzic bezgranicznie kochający swoje dziecko nie wyobrażał sobie większej błogości niż radowanie się ze szczęśliwego życia swoich dzieci! Swoich synów i córek! Powiedz, Władimirze, jak może się czuć ojciec, oddawszy swoim dzieciom wszystko od początku i widząc je nieustannie wyciągające do niego ręce: „Jeszcze, jeszcze, uchroń, uratuj, wszyscy jesteśmy bezbronni, wszyscy jesteśmy niczym”. Odpowiedz, proszę, czy ty jako rodzic lub czy któryś z twoich przyjaciół chcielibyście mieć takie dzieci ?
-Wiesz, nie będę tu i teraz odpowiadać na pytanie. Sam się w tym odnajdę, kiedy spokojnie pomyślę.
-Tak, tak, oczywiście, dobrze, Władimirze. Ale kiedy znajdziesz czas, to proszę, pomyśl, co chciałby usłyszeć od ciebie Ojciec oprócz twoich próśb ?
-A co, Bóg również może od nas czegoś chcieć ? Czego ?
-Tego, co każdy od swojego dziecka pragnie usłyszeć.
-Powiedz, Anastazjo, czy ty sama kiedykolwiek zwracasz się do Boga w modlitwie?
-Tak – odpowiedziała – zwracam się.
-To odmów mi swoja modlitwę.
-Tobie nie mogę, dlatego że moja modlitwa jest przeznaczona wyłącznie do Boga.
-To mów do Boga, a ja przy okazji posłucham.
Anastazja wstała, wzniosła ręce ku górze, odwróciła się plecami i wymówiła pierwsze słowa. Zwykłe słowa modlitwy, jednak... wewnątrz mnie jakby wszystko drgnęło. Wymawiała je tak, jak my mówimy, ale nie modlitwę. Mówiła w taki sposób, w jaki ludzie zwracają się do swych najbliższych, kochanych i krewnych. Wszystkie tonacje prawdziwego obcowania tkwiły w jej głosie. I namiętność, i radość, i wielki zachwyt, jakby obok znajdował się ten, do kogo Anastazja zwracała się tak płomiennie:
Ojcze nasz, któryś jest wszędzie!
Za światło życia, za jawność królestwa
Dziękuję Tobie.
Dzięki za wolę kochania. Nastanie dobro!
Za strawę powszednią Tobie dziękuję!
I za Twoją cierpliwość,
I za odpuszczenie win na Twojej ziemi,
Ojcze mój istniejący wszędzie.
Jam jest córka Twoja wśród stworzeń Twoich.
Nie dopuszczę grzechu i słabości w sobie,
Będę godna Twego dzieła.
Ojcze mój istniejący wszędzie.
Jam jest córka Twoja, ku Twojej radości
Sobą Twoją sławę pomnożę.
Przyszłe wieki będą żyć zgodnie z Twoim marzeniem.
I niech tak się stanie! Bo ja tego pragnę!
Ja, córka Twoja, Ojcze mój, któryś jest wszędzie!
Anastazja umilkła, nadal obcowała zw wszystkim, co było naokoło. Wydawało mi się, że wokół niej świeci światło. Kiedy wypowiadała słowa swojej modlitwy i była obok mnie, to naokoło działo się coś niewidzialnego i to coś dotknęło i mnie. Nie zewnętrznym, lecz wewnętrznym dotykiem. I od tego nagle poczułem błogość i ukojenie. Jednak w miarę oddalania się od Anastazji stan ten również i mnie opuszczał. Wtedy powiedziałem do niej:
-Tak odmówiłaś tę modlitwę, jakby obok był ktoś zdolny na nią odpowiedzieć.
Anastazja odwróciła się, w moim kierunku, miała radosny wyraz twarzy. Rozłożyła ręce na boki, okręciła się, uśmiechając się, następnie, poważnie patrząc mi w oczy, powiedziała:
-Władimirze, Bóg Ojciec nasz również do każdego przemawia z błaganiem i na każdą modlitwę odpowiada.
-Dlaczego wiec nikt nie rozumie Jego słów?
-Słowa ? Tak wiele jest niepodobnych do siebie języków, dialektów, lecz jest język jeden dla wszystkich. Jeden dla wszystkich – ten, którym przemawia do nas Bóg Ojciec. Utkany jest z szelestu liści, śpiewu ptaków i szumu fal, ma zapachy i kolory. Przez ten język Bóg na każdą prośbę i modlitwę daje odpowiedź.
-Czy mogłabyś przetłumaczyć, wyrazić słowami, co On do nas mówi ?
-Mogłabym jedynie w przybliżeniu.
-Dlaczego w przybliżeniu ?
-Ponieważ nasz język jest znacznie uboższy od tego, którym Bóg do nas przemawia.
-To chociaż powiedz jak potrafisz.
Anastazja spojrzała na mnie. Nagle wyciągnęła ręce do przodu i głos jej... Wybuchnęła głębokim głosem:
Synu mój, mój drogi synu!
Jak długo czekam. Nieustannie czekam.
Mijają lata, mijają wieki, nadal czekam.
Wszystko tobie oddałem – cała ziemia jest twoja.
Jesteś wolny we wszystkim, sam swą wybierzesz drogę.
Tylko proszę, synu mój, mój synu drogi,
Abyś był szczęśliwy, tylko o to błagam,
Nie widzisz mnie ani nie słyszysz,
W twoim umyśle zwątpienie i smutek.
Odchodzisz, lecz dokąd ? Dążysz, lecz ku czemu ?
I klękasz przed kimś.
Wyciągam ręce do ciebie.
Synu mój, mój synu drogi,
Proszę cię, bądź szczęśliwy!
I znowu odchodzisz, a droga donikąd.
Idąc tą drogą, ziemia wybuchnie.
Masz wolną wolę, a świat wybucha, niszcząc twój los.
Masz wolną wolę, lecz ja przetrwam.
Z ostatniej trawy ciebie odrodzę.
I znów świat zajaśnieje dookoła.
Tylko bądź szczęśliwy, taka jest prośba moja.
W obliczach świętych jest smutek srogi,
Straszą cię piekłem i sądem.
Sędziów wyślemy – mówią do ciebie.
A ja modlę się tylko o moment jeden,
Kiedy będziemy razem.
Wierzę, że wrócisz, wiem, że ty przyjdziesz,
Znów cię obejmę.
Ja – nie ojczym! Nie ojczym!
Jam twój ojciec – i ty, syn mój rodzony.
Mój synu drogi, będziemy ze sobą szczęśliwi.
Anastazja zamilkła, a ja nie od razu przyszedłem do siebie. Jakbym nadal słuchał wszystkiego, co brzmiało naokoło, a być może słucham, jak we mnie samym, we wszystkich moich żyłkach, w niezwykłym rytmie pędzi krew. Co mnie poruszyło ? Sam nie mogę pojąć do tej pory.”
Cytat z księgi IV pt. STWORZENIE cyklu Dzwoniące Cedry Rosji autor Władimir Megre

Syrena - półkobieta-półryba od lat jest herbam naszej stolicy Warszawy.
Wiąże się z nią legenda, którą każdy zna ze szkoły podstawowej.
Dawno dawno temu przypłynęły z Atlantyku na Bałtyk dwie siostry – syreny; piękne kobiety z rybimi ogonami, zamieszkujące w głębinach mórz.
Jedna z nich upodobała sobie skały w cieśninach duńskich i do tej pory możemy ją zobaczyć siedzącą na skale u wejścia do portu w Kopenhadze.
Druga dopłynęła aż do wielkiego nadmorskiego portu Gdańsk, a potem Wisłą popłynęła w górę jej biegu.
Według legendy u podnóża dzisiejszego Starego Miasta, mniej więcej w miejscu gdzie obecnie znajduje się jej pomnik, wyszła z wody na piaszczysty brzeg, aby odpocząć, a że miejsce się jej spodobało, postanowiła tu zostać. Rychło rybacy zauważyli, że ktoś podczas ich połowu wzburza fale Wisły, plącze sieci i wypuszcza ryby z więcierzy. Ponieważ jednak syrena oczarowywała ich swym pięknym śpiewem, nic jej nie zrobili.
Pewnego razu bogaty kupiec zobaczył syrenę i usłyszał jej piękny śpiew. Szybko przeliczył, ile zarobi, jeżeli uwięzi syrenę i będzie ją pokazywać na jarmarkach. Podstępem ujął syrenę i uwięził w drewnianej szopie, bez dostępu do wody. Skargi syreny usłyszał młody parobek, syn rybaka i z pomocą przyjaciół w nocy ją uwolnił. Syrena z wdzięczności za to, że mieszkańcy stanęli w jej obronie obiecała im, że w razie potrzeby oni też mogą liczyć na jej pomoc.
Z tego właśnie powodu Warszawska Syrena jest uzbrojona – ma miecz i tarczę dla obrony miasta.
Legenda o "Warszawskiej Syrence" znana jest od wieków w kilkudziesięciu wersjach.
Syreny występują również w innych legendach i opowiadaniach na całym świecie oraz mitologii hinduskiej (Naga), rzymskiej i greckiej gdzie występowały również jako nimfy i trytony (syreny rodzaju męskiego).
Syreny oprócz Warszawy są również w herbach innych miast jak: Ustka, Bartizerana (Hiszpania), Białobrzegi itd.
Według najnowszych sondaży agencji Bleff, mieszkańcy Warszawy wywadzący się ze środowisk POprawnych ideowo chcą zaproponować nowy wizerunek herbu dla miasta

Wracając do Syren należy wspomnieć że Amerykańska Agencja Atmosferyczno Oceaniczna (NOAA) w ubiegłym roku wydała oświadczenie potwierdzające istnienie istoty humanoidalno-oceanicznej a w 2012 roku kanał Animal Planet wyemitował film "Mirmaids. The Body Found", który nakręcono przy współpracy byłych naukowców z NOAA (Syreny. Znalezione Ciało). Oczywiście, armia amerykańska zaprzecza jakoby istniały takie stworzenia, ale jak to z nimi bywa musi być jakieś podwójne dno. Zachęcam do obejrzenia w/w filmu, który jest dostępny w sieci ruwnież w języku polskim.
Zapewne pamiętacie doniesienia z przed kilkunastu lat na temat tajemniczego dźwięku (bloop) nagranego przez naukowców z NOAA.
Teraz potwierdzili, że dźwięk ten wydają syreny i nie jest to prosta forma komunikacji tylko "mowa" podwodnych humanoidalnych istot inteligentnych.
Rzecznik NOAA Sandy Nixon oświadczyła, że syreny występują w Oceanie Atlantyckim, Pacyfiku i Morzu Śródziemnym.
Nawiasem mówiąc zapomniała dodać, że przed wiekami zaobserwowano jedną w Wiśle w okolicach Warszawy.
A tak na poważnie to cała ta historia pobudza wyobraźnie ponieważ rejony występowania Syren pokrywają się z regionami z których pochodzą mity, a jako pierwsze informacje na temat syren można uznać naścienne rysunki w nadmorskich jaskiniach z przed około 30 tysięcy lat.

Jedyne, co może teraz zaburzyć nasze atlantyckie fantazjowanie to fakt, że w starym godle Warszawy Syrenaka była stworkiem ze skrzydłami na kaczych łapach ale to pewnie w celu przypodobania się Krakowianom, była podobna do smoka.
Więc może pozostawmy herb Warszawy w spokoju, nie zmieniajmy na wyżej proponowany.
(ni to morświn ni foka a już napewno nie syrenka)
Tak jak jest, jest dobrze.

Powyżej jeden z moich blogowych wpisów o Syrenach a ze względu na poruszoną przez kolegów Onieznajomy i Maxa tematykę wkleję jeszcze małe co nieco mojego autorstwa z przed kilku lat. Można temat pociągnąć :

Czas i jego historia - zaginione technologie
Czas jest naszym sprzymierzeńcem ale i wrogiem.
Czas jest wielkim nauczycielem, który bezlitośnie zabija swoich uczniów,
Żyjemy w wielkich czasach, lecz czasu coraz mniej.
Czas to pieniądz.
Czas leczy rany.
Czas najcichszym z zabójców jest ...
Największym przekleństwem naszych czasów i naszej cywilizacji jest czas.
Ciągły bieg i pośpiech.
Zaczęliśmy go mierzyć dawno, dawno temu, bo w około 2.500 roku p.n.e.
Może, nie tyle my co mieszkańcy ówczesnych Chin.
Niektóre źródła przesuwają tą datę aż do 4.000r.p.n.e
Wtedy był odmierzany za pomocą zegarów słonecznych a raczej ich wczesnych wersji tzw. gnomonów.
Gnomon był pionowym słupem ustawionym na publicznym placu, wokół którego oznaczone były godziny.


Zegary takie były zawodne i niedoskonałe ponieważ nie uwzględniały zmian pór roku a przez to różnego nachylenia słońca.
Dopiero w Egipcie w 2 tysiącleciu p.n.e. zostało to rozwiązane.
Wtedy też Egipcjanie stworzyli przenośne zegary słoneczne i zegary gwiezdne do określania czasu w nocy.
Zegary słoneczne są "tworzone" po dziś dzień i po wielu wiekach modyfikacji są niemal tak dokładne mimo swojej prostoty jak zegary mechaniczne.
Zegary takie posiadają szerokie grono wielbicieli.

Następnym wynalazkiem odmierzającym czas był zegar wodny, który najprawdopodobniej powstał w Egipcie lecz czas jego powstania jest bliżej nieznany. Przez setki lat był udoskonalany w swej formie aż do XIV w. do postaci zegara piaskowego - klepsydry, w którym wodę zastąpił drobnoziarnisty piasek.
Klepsydry były dokładniejsze od zegarów wodnych i spotykane są aż do czasów obecnych .

W międzyczasie w Chinach powstał zegar ogniowy który odmierzał czas w miarę spalania się woskowej świeczki z podziałką.
Oczywiście w tym wynalazku o dokładności nie było mowy .

Następnym (równoległym z zegarem wodnym) wynalazkiem było astrolabium,
gdzie czas stwierdzało się porównując model stworzony z układem nieba.
W XIV wieku rozpoczęła się historia zegarów mechanicznych, o wiele dokładniejszych i niezawodnych.
Pierwszymi zegarami mechanicznymi były zegary wieżowe, które nie posiadały wskazówek
a czas określano po ilości uderzeń w gong. Na początku XV wieku zegary "otrzymały" wskazówki, najpierw godzinową potem minutową.
Choć zegary z jedną wskazówką godzinową występowały aż do XIX w.

Jako napęd zegarów ożywano obciążenia (stalowe bloki, kamenie, ołowiane obciążniki, mosiężne obciążniki ...)
Potem dołączyły do tego sprężyny oraz silniki elektryczne.
Od początku XVIII wieku polepszano i dopracowywano konstrukcje zegarów co również wiązało się z miniaturyzowaniem.
Tak powstał pierwszy zegarek na rękę w 1810r. W drugiej połowie XIX w zegarki na rękę produkowano masowo.
Potem w raz z rozwojem technologii w XX weku produkowano zegary kwarcowe, atomowe, radiowe ( a w zasadzie to sterowane falami radiowymi) i atmosferyczne.
Wszystkie z powyższych to nadal zegary mechaniczne, przy czym posiadają różny napęd (kwarcowe i atmosferyczne) lub sposób sterowana (atomowe, radiowe).


Tak oto wygląda oficjalna wersja pomiaru czasu przez ostatnie kilka tysięcy lat.
W 1901 r. w nurkowie w okolicy Greckiej wyspy Antykithira na morzu Egejskim odkryli wrak Rzymskiego galeonu z okresu przed Chrystusem,
Wśród cennych eksponatów natrafiono również na bryłę skorodowanego brązu. Początkowo odkrycie uznane za resztki uszkodzonej rzeźby.
W 1902 roku jeden z archeologów dopatrzył się w bryle wyraźnie zarysów mechanizmu i kół zębatych zaawansowanego zegara.
Ponieważ ówczesna nauka zakładała że taki skomplikowany mechanizm nie mógł powstać 2000 lat wcześniej założono że dostał się tam przez przypadek w wieku XV lub później z innego statku.
Artefakt zaległ na lata w muzealnych magazynach.

Derek Price po ponad 20 latach badań opublikował w 1974 roku pracę, w której napisał, że urządzenie służyło antycznym Grekom do określania pozycji Słońca i Księżyca. Odrzucono wówczas jego argumenty nie wierząc, że Grecy mogli stworzyć takie urządzenie.
Kolejny wielki krok w poznawaniu tajemnic mechanizmu wykonał kilka lat temu Michael Wright z Muzeum Nauki w Londynie. Dzięki zastosowaniu tomografu komputerowego mógł lepiej zajrzeć w głąb skorodowanych bryłek. Obalił wiele założeń Price’a dotyczących budowy mechanizmu, m.in. że była w nim przekładnia różnicowa (dyferencjał), którą w rzeczywistości wynaleziono dopiero w XIX w. Zdaniem Wrighta urządzenie wskazywało nie tylko położenie Słońca i Księżyca, ale też pięciu znanych wówczas planet. By przekonać niedowiarków zbudował w oparciu o mechanizm z Antykithiry urządzenie, które wykonywało wszystkie te funkcje.
W listopadzie 2006 r. magazyn Nature opublikował wyniki najnowszych badań mechanizmu. Brytyjscy, greccy i amerykańscy specjaliści pod kierunkiem profesora Mike’a Edmundsa i Tony’ego Freetha mieli nad poprzednikami technologiczną przewagę gdyż do Narodowego Muzeum Archeologii w Atenach ściągnęli blisko 8 tonowy supernowoczesny tomograf komputerowy, który tworzy trójwymiarowy obraz prześwietlanego obiektu.
Zespół Freetha i Edmundsa m.in. dokładniej obliczył ile zębów mają zachowane często tylko we fragmentach kółka. Odczytał też większość pokrywających urządzenie napisów.
Dotychczas znaliśmy tylko tysiąc liter. Nowe badania podwoiły tę liczbę. Dokładna analiza kształtu użytych liter pozwoliła ustalić, że mechanizm powstał pod koniec II wieku p.n.e., czyli kilkadziesiąt lat wcześniej niż dotąd sądzono.
Uzyskane przez naukowców dane pozwoliły odtworzyć budowę znacznej części mechanizmu. Całego odtworzyć wiernie się nie da, gdyż część kółek w ogóle się nie zachowała. Mechanizm był "skrzynką" o wymiarach 31,5 na 19 na 10 centymetrów, którą można było otwierać z dwóch stron. Według badaczy tarcza wskazywała ruch Słońca i Księżyca na tle znaków zodiaku oraz egipskiego kalendarza, którego używali Grecy. Z tyłu były dwie tarcze. Jedna pozwalała synchronizować kalendarz słoneczny z księżycowym, a druga przewidywać zaćmienia Słońca i Księżyca. Całe urządzenie miało zdaniem Freetha i Edmundsa 37 kółek zębatych. Brakujące kółka prawdopodobnie służyły m.in. do pokazywania ruchu planet (na przedniej tarczy), o czym świadczy m.in. odczytana nazwa planety Wenus.
Według badaczy mechanizm napędzano korbką wystająca z boku skrzynki z czym ja nie zgadzam się. Sam mechanizm narobił w dzisiejszej nauce nie lada zamieszanie a przyznanie, że przed 2 tysiącam lat używano innych niezależnych napędów jak silniki lub sprężyny było by kolejnym krokiem - "szokiem"
W 2008 r. naukowcy odczytali kolejne napisy. Ujawniły one m.in., że mechanizm pokazywał jakie igrzyska miały być rozgrywane w danym roku.
Naukowcy są zachwyceni precyzją i pomysłowością greckich mistrzów. Potrafili oni nawet odtworzyć nieregularny ruch Księżyca po eliptycznej orbicie, a stopniem miniaturyzacji niektórych elementów dorównali zegarmistrzom z XVIII wieku. – Gdy to widzisz, szczęka opada – powiedział BBC Edmunds.
Zachwycony mechanizmem Price nazwał go komputerem. Edmunds i Freeth wolą raczej mówić o skomplikowanym kalkulatorze astronomicznym, gdyż urządzenia nie dało się w żaden sposób programować. Niestety media dalej używają terminu komputer, bo jak wiadomo jest dużo atrakcyjniejszy. Ja natomiast skierowałbym się w nieco innym kierunku. Uważam, że mechanizm z Antykithiry z powodzeniem mógłby być modułem zegara astronomicznego (posiadającego własny napęd). Dlaczego mamy zakładać, że Grecy nie stworzyli napędu np. grawitacyjnego (obciążniki + elementy precyzyjnego odmierzania czasu jak koło wychwytowe wraz z kotwicą). Przecież jeszcze niedawno zakładaliśmy że prosty zegar mechaniczny powstał w XIV wieku, a możliwości wykonania elementów mechanizmu w takiej samej skali były by możliwe dopiero w XVIII - XIX weku ! Do tego wszystkiego należy doliczyć wiedzę na tematy ruchu księżyca po orbicie eliptycznej !!!
Nasza wiedza o pochodzeniu mechanizmu jest bardzo słaba. Prawdopodobnie zbudowano go na wyspie Rodos, która była wówczas obok Aleksandrii najważniejszym centrum badań astronomicznych. Wskazuje na to kilka poszlak. Przy budowie mechanizmu zastosowano teorię rocznego ruchu Słońca i Księżyca Hipparcha, który żył na Rodos. Niewykluczone nawet, że to on był jego konstruktorem (żył w latach ok. 190-120 p.n.e.). Cyceron wspomina zaś, że jego nauczyciel Posejdonios z Rodos (ok. 130-50 p.n.e.) skonstruował urządzenie, które pokazywało ruch Słońca, Księżyca i pięciu planet. Poza tym statek na którym znaleziono mechanizm, płynął najpewniej właśnie z Rodos.
Możliwe jednak, że to nie na Rodos i nie w II wieku p.n.e. narodziły się takie urządzenia. Budowę małego przenośnego planetarium przypisuje się też Archimedesowi, który żył w Syrakuzach na Sycylii w III wieku p.n.e. Warto wspomnieć, że przez długi czas relacje Cycerona o urządzeniu Posejdoniosa i planetarium Archimedesa uznawano za bujdy. Nie odpowiadały założeniom nauki.
Mechanizm z Antykithiry już dawno zmusił świat nauki do zrewidowania poglądów na grecką technikę. W swoim szczytowym okresie stała ona na dużo wyższym poziomie niż sądziliśmy jeszcze 30-40 lat temu. Mechanizm nie jest tego jedynym dowodem. Heron, aleksandryjski uczony z I wieku n.e., skonstruował automat, który po wrzuceniu monety uruchamiał na chwilę kran z wodą, oraz prostą maszynę parową , dla której jednak nie znalazł żadnego praktycznego zastosowania.
Poniżej zegarki firmy Hublot stworzone w oparciu o mechanizm z Antykithiry


Większość wiedzy zdobytej przez greckich uczonych niestety zaginęła. Winą za to obarcza się zazwyczaj Cesarstwo Rzymskie, które nie było zbytnio zainteresowane rozwojem techniki (z wyjątkiem wojskowej). Główną przyczyną były ogromne zasoby darmowej (niewolnicy) lub bardzo taniej siły roboczej. Szczątki wiedzy o konstruowaniu astronomicznych kalkulatorów przetrwały jednak przez wiele stuleci. Budowali je Bizantyjczycy i Arabowie, ale były to konstrukcje straszliwie ubogie w porównaniu z mechanizmem z Antykithiry. Egzemplarz z Iranu z XIII wieku, który znajduje się w muzeum w Oksfordzie, ma "zaledwie" osiem kół zębatych. Mechanizmy o podobnym stopniu komplikacji jak ten z Antykithiry pojawiły się ponownie dopiero w renesansie, a pierwsze przenośne planetarium zbudował George Graham w 1704 roku.
Mamy więc do czynienia z kolejnym dowodem na naszą niewiedzę na temat naszej stosunkowo niedalekiej historii.
Homo sapiens sapiens (człowiek rozumny właściwy), czyli człowiek o budowie dokładnie takiej samej jak współczesny pojawił się ok 40 tyś. lat temu (jeśli przyjmiemy za prawidłowe obecne osiągnięcia badaczy tematu) , a około 30 tyś lat temu był już na wszystkich kontynentach i posiadał takie wynalazki jak łuk, miotacz oszczepu, bumerang itp., można mówić też o początkach sztuki. Od tego czasu do powstania mechanizmu z Antykithiry minęło około 28 tyś. lat, w czasie których człowiek nie tylko polował i walczył o kobiety. Niestety Europa średniowieczna była bardzo "zacofana" w wielu dziedzinach, w stosunku do antyku czy nawet starszych okresów, wiele wiedzy w tym czasie wymazano, bo nie pasowała do doktryn religijnych lub zwyczajnie zapomniano z powodu braku praktycznego zastosowania lub innych nieznanych nam przyczyn. Później wiedza ta była w Europie jakby odkrywana od nowa, co daje nam złudzenie, że 2000 lat temu człowiek był zwyczajnie ciemny. Ale zagłębiając się w zdobycze wiedzy starożytnych, również na innych kontynentach np. Chińczyków, Arabów czy Indian, szybko stwierdzimy, że przez te 40 tyś. lat Homo Sapiens Sapiens nie próżnował.
Doba ma dwadzieścia cztery godziny. Ale czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego tak jest?
We wszystkich innych dziedzinach życia codziennego stosujemy system dziesiętny.
Świetnie się sprawdza i wypiera wszystkie inne systemy (na przykład dwunastkowy z systemu pieniężnego).
Otóż podział doby na 24 godziny jest kolejną ważną rzeczą, którą zawdzięczamy Sumerom (poza pismem, kołem garncarskim, kołem do wozu, stopem brązu, i cyfrze 0).
W odróżnieniu od nas, Sumerowie do liczenia używali stawów we wszystkich palcach oprócz kciuka. W każdym z czterech wyróżnianych przez nich palcach mamy 3 stawy, co daje nam 24 w obu dłoniach. System został później przejęty i rozpowszechniony przez Egipcjan. Warto dodać, że nie jest to jedyny system podziału doby.
W Chinach obowiązywał podział na 96 okresów "ke" ( do I poł. XVII w. - 100). 8 "ke" stanowiło podwójną godzinę, których 12 składało się na dobę.
Zegar Francuski z podziałem 10-cio godzinnym.

Inną koncepcję wprowadzono we Francji okresu rewolucji. Dobę podzielono na 10 godzin,które dzieliły się na 100 minut (1 minuta=100 sekund).
Zmiany te wraz z rewolucyjnym kalendarzem niezwykle zreorganizowały życie Francuzom i zostały zniesione przez Napoleona w 1806 roku.
Z przekazów jakie udało nam się przeczytać na tabliczkach z pismem klinowym wynika, że Sumerowie wiedzieli bardzo dużo o Układzie Słonecznym.
Znali liczbę planet jakie się w nim znajdują i wiedzieli, że Ziemia jest kulą mimo, że oficjalnie nie dysponowali teleskopem.
To Sumerowie wprowadzili podział nieba na 12 znaków zodiaku. Znali zjawisko precesji i potrafili ją precyzyjnie obliczyć.
Pod wieloma względami ich zaawansowana wiedza astronomiczna przypomina tą jaką prezentowali Majowie i niewykluczone, że w obu przypadkach była to próba stosowania tej samej starożytnej spuścizny.
Wiedza jaką można zdobyć analizując teksty klinowe jest wręcz oszałamiająca.
Gdy zapozna się z treścią sumeryjskich wierzeń, podań i mitów jasne staje się, że Stary Testament powstał w oparciu o te historie.
Przykładem jest na przykład historia o potopie, ale także o stworzeniu człowieka.
W testach można odnaleźć również dzieje człowieka oraz dzieje bogów, którzy przybyli na naszą planetę prawie pół miliona lat temu.
Ale pozostawmy sumeryjskich bogów Erichowi von Dänikenowi , choć warto wspomnieć przy okazji o przedstawieniach sumeryjskich bogów, którzy na swoich rękach mają "zegarek" gdzie wyraźnie widać tarcze i pasek.


Być może była to biżuteria lub jeden z atrybutów władzy ale mi bardziej podoba się fakt, iż mógł to być przyrząd do mierzenia czasu i dziś historia koło zatacza .
ZAGADKA : Kto bez goglowania wie dlaczego wskazówki zegarków poruszają się zgodnie z ruchem wskazówek zegara?
I jeszcze jedno pytanko - czy coś takiego jak czas nie istnieje ?
No bo czym jest, w jaki sposób się pojawia i gdzie się podziewa?
Są tysiące sposobów na zabijanie czasu ale nie znamy ani jednego aby go wskrzeić !
Isaac Newton stwierdził, że upływ czasu przebiega identycznie w każdym miejscu oraz, że czas jest bezwzględną i absolutną wielkością. Czas jest niezależny od różnego rodzaju czynników, nie da się go spowolnić, ani przyśpieszyć, ani w żaden inny znany człowiekowi sposób wpłynąć na jego właściwości.
Einstein stwierdził, iż czasoprzestrzeń (czyli inaczej mówiąc czas) jest czwartym wymiarem, w którym to prędkość upływu czasu jest zależna od siły grawitacji jaka oddziałuje na dane miejsce we Wszechświecie. Mówiąc krótko, prędkość z jaką będą upływać kolejne sekundy zależne są, względem tej teorii, od siły grawitacji. Einstein stwierdził też, że jedna sekunda to uniwersalna jednostka i trwa tyle samo bez względu na to w jakim miejscu we Wszechświecie się znajdujemy, lecz czas pomiędzy dwoma zdarzeniami jest zależny do tego czy w danej chwili jesteśmy na Ziemi czy też poruszamy się w kosmosie z dużą szybkością.
„Co to jest czas?
Gdy nikt mnie nie pyta, wiem, co to jest.
Kiedy jednak chcę to pytającemu wyjaśnić, to nie wiem”
św. Augustyn.
"Żyjemy w epoce, w której wszyscy cierpią na brak czasu. Wszelkie zaniedbania i zaniechania są usprawiedliwiane „brakiem czasu”. Niezależnie od trudności z definicją czasu, jego pomiarem, jego względnością, pamiętajmy, że w ludzkim wymiarze wszyscy mamy tyle samo czasu, przeznaczamy go tylko na różne rzeczy. Jeśli ktoś mówi, że nie ma go dla nas, to znaczy, że po prostu dokonał innego wyboru."
Był sobie ptak obdarzony parą doskonałych skrzydeł o bajecznie barwnych piórach, stworzony do swobodnego szybowania w przestworzach, ku radości tych, którzy obserwowali go w locie.
Pewnego dnia ptaka tego zobaczyła młoda kobieta i zakochała się w nim bez pamięci. Serce jej mocno zabiło, oczy zalśniły z zachwytu, gdy patrzyła, jak z gracją szybuje po błękitnym niebie. Ptak poprosił ją, by mu towarzyszyła, i polecieli razem w pełnej harmonii. Kobieta podziwiała, czciła, wielbiła ukochanego ptaka.
Lecz pewnego dnia pomyślała: „A może on zechce odkryć dalekie krainy, poznać odległe zakątki świata?”. I przestraszyła się własnych myśli. Przestraszyła się, że już nigdy nikogo tak mocno nie pokocha. I obudziła się w niej zazdrość, zazdrość o to, że ptak umie latać.
Poczuła się samotna.
„Zastawię na niego pułapkę – pomyślała. – Następnym razem, gdy się pojawi, już ode mnie nie odleci”.
Ptak, który również był bardzo zakochany, przyfrunął do niej nazajutrz. Wpadł do klatki i nie mógł się już z niej wydostać – stał się więźniem.
Kobieta napawała się jego widokiem. Był przedmiotem jej gorącej namiętności, pokazywała go przyjaciółkom, które wzdychały: „Naprawdę cudowny! Jaka jesteś szczęśliwa!”. Jednak z biegiem czasu zaszła w niej zadziwiająca przemiana: ponieważ ptak stał się jej własnością i nie musiała już go zdobywać, przestał ją interesować. A on, nie mogąc już latać, z dnia na dzień pogrążał się w coraz głębszym smutku, pióra mu wyblakły, skrzydła opadły – a kobieta zwracała na niego uwagę tylko wtedy, kiedy przynosiła mu jedzenie.
Pewnego dnia, gdy podeszła do klatki, okazało się, że ptak jest martwy. Wpadła w rozpacz i odtąd ani na chwilę nie przestawała o nim myśleć. Ale nie pamiętała o klatce, pamiętała tylko dzień, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, jak szybował wysoko w obłokach, swobodny i szczęśliwy.
Gdyby mogła przyjrzeć się sobie samej, zrozumiałaby, że tym, co tak naprawdę wzruszało ją w ukochanym, była jego wolność, ciekawość świata, energia jego silnych skrzydeł.
Utraciła sens życia i śmierć zapukała do jej drzwi.
– Czemu przyszłaś? – zapytała ją udręczona kobieta.
– Abyście mogli być znów razem – odpowiedziała śmierć. – Gdybyś pozwoliła mu odlatywać i wracać, kochałabyś go i podziwiała do dzisiaj. Teraz jestem ci potrzebna, byś mogła go odnaleźć.