Pomnik WojtkaNiedziela, 27 stycznia 2008 W Szkocji zainicjowano kampanię na rzecz uczczenia pomnikiem Wojtka - szeregowca II Korpusu generała Andersa, zmarłego w 1963 roku w Edynburgu. Pora zdradzić, że Wojtek był brunatnym niedźwiedziem.Kampanię zainicjował autor mającej się wkrótce ukazać książki o Wojtku, szkocki nauczyciel Garry Paulin. Osierocony przez kłusowników miś został maskotką polskich żołnierzy w Iranie i przeszedł z nimi cały szlak bojowy. Z biegiem czasu został wciągnięty na ewidencję 22 kompanii zaopatrzenia artylerii w stopniu szeregowego i zasłużył się w bitwie o Monte Cassino jako amunicyjny, przenosząc pociski na stanowiska polskiej artylerii. Wojtek uprawiał z żołnierzami zapasy i uwielbiał słodycze, ale miał też żołnierskie przywary - palił papierosy i popijał z butelki piwo. Po wojnie trafił ze swym oddziałem do Szkocji, a po demobilizacji osiadł w edynburskim Zoo, odwiedzany często przez kolegów-weteranów. Wojtek, który dokonał żywota w 1963 roku, był ulubieńcem szkockiej publiczności i ma już tablicę pamiątkową w edynburskim Zoo. Ma też pomnik w Ottawie w Kanadzie i w Instytucie Sikorskiego w Londynie. Również książka Garry’ego Paulina nie będzie pierwszą literacką wzmianką o polskim niedźwiedziu-szeregowcu. Jego szlak bojowy opisali już Maryna Miklaszewska w książce „Wojtek z Armii Andersa” i towarzysz broni misia, Wiesław Lasocki w książce „Wojtek spod Monte Cassino”.
Powstanie film dokumentalny o polskim misiu Wojtku - bohaterze wojennym…January 26th, 2008 by admin | Posted in dokumentalny, historyczny, ciekawostki |
Za Dziennikiem Zachodnim… niesamowita i wzruszajaca historia. Kiedy Wojtek wychylał się z okna wojskowej ciężarówki, budził panikę. Gdy oparty o koło pił piwo, ludzie uciekali w popłochu. Podnosił się krzyk, gdy chwytał żołnierza, przyciągał go do piersi, a potem rzucał się z nim na ziemię.
Ale ze strachu wrzeszczeli tylko ci, którzy nie znali Wojtka – prawdziwego niedźwiedzia w służbie polskiego wojska, z własną książeczką wojskową i żołdem. Misia o złotym sercu.Niedźwiedź Wojtek, żołnierz II Korpusu Polskiego, uczestnik bitwy pod Monte Cassino, istniał naprawdę. Z niepamięci wyciągnęła go Maryna Miklaszewska, córka Gwidona Miklaszewskiego i opisała w wydanej właśnie książce “Wojtek z armii Andersa”.- O zmobilizowanym niedźwiedziu dowiedziałam się przypadkiem, z cieniutkiej książeczki wydanej w Londynie. Napisał ją były żołnierz II Korpusu, Wiesław Lasocki. Historia była tak niezwykła, że postanowiłam odszukać jej autora i pójść jej śladem - opowiada Maryna Miklaszewska.Bez matki, bez ojcaNiestety, Wiesław Lasocki już nie żył. Ale odnalazła jego syna, który wiedział, że ojciec służył w kampanii transportowej i zajmował się różnymi zwierzętami. Przygarniali je żołnierze, czasem ratując od głodowej śmierci. Były to psy, żółwie, wielki jaszczur i aż dwa niedźwiedzie, Wojtek i Michał.- Wojtek był jednak wyjątkowy, bo bardzo łagodny. Tylko on przeszedł cały szlak bojowy z polskimi żołnierzami, od pustyni irackiej, przez Palestynę, Egipt, Monte Cassino, aż do demobilizacji w Wielkiej Brytanii. Miś Michał został w irackim zoo, nie udało się go tak oswoić - mówi pisarka.Autorka książki przez ponad dwa lata szperała w archiwach, rozmawiała ze świadkami, dotarła do nieznanych dokumentów. Jej opowieść jest fabularyzowana, ale oparta na ścisłych faktach. Wkrótce w oparciu o historię Wojtka powstanie film dokumentalny, który realizuje Maria Dłużewska.Polacy kupili Wojtka od irackiego chłopca za parę groszy, czyli pięć tumanów. Niedźwiedź osesek nie był im do niczego potrzebny, mały handlarz wiedział jednak, jak skruszyć serca wojaków na obczyźnie. Wyznał, że to miś sierota. Żołnierze się wzruszyli: - Bez matki, bez ojca, całkiem sam, jak większość z nas…. Niedźwiadek został. Pił mleko z puszki w butelce po whisky, a rolę smoczka pełniła prezerwatywa.W 1941 roku, po amnestii dla Polaków, z więzień i syberyjskich gułagów ZSRR zwalniano przyszłych żołnierzy Andersa. Sam generał wyszedł z więzienia na Łubiance; Gustaw Herling-Grudziński podsumował: “Byliśmy armią więźniów dowodzoną przez więźniów.” Polskie rodziny rozdzielono; ludzie nic nie wiedzieli o swoich krewnych, nie mogli się odnaleźć. Często już nikogo nie szukali; patrzyli na śmierć najbliższych. Do armii wcielono ponad 25 tys. osób, w tym kobiety, dzieci i… zwierzęta.Wtyczka NKWD donosiła, jaka to była grupa. Szef NKWD Ławrentij Beria czytał: “Armia polska w ZSRR prezentuje sobą bałagan, a nie wojsko. Należy przepędzić z armii wszelkie baby i wszelką zbieraninę.” Agent zamierzał doprowadzić do aresztowania Andersa i innych dowódców, a polskich żołnierzy nie wypuszczać poza ZSRR.Raport tajniaka jest autentyczny. Maryna Miklaszewska dotarła do niego, bo znalazł się w nielicznych dokumentach NKWD, przekazanych przez Rosję Lechowi Wałęsie.- Wiadomo, że szpiegiem był osobisty adiutant Andersa, Jerzy Klimkowski. Dopiero teraz pojawiły się na to niezbite dowody. Generał miał sygnały, ale nie chciał do końca wierzyć. Mówił, dajcie fakty. Można je już ujawnić - mówi autorka.W 1942 roku Armia Andersa opuściła jednak ZSRR i znalazła się w Iraku. Stamtąd właśnie, z okolic Kirkuku pochodził niedźwiedź Wojtek. Nadzieje Polaków, że perskie misie są mniejsze od polskich, nie spełniły się. Wojtek rósł jak na drożdżach.- Kiedy był mały, jakoś mieścił się w szoferce. Potem wpychał się na siłę i trzeba mu było pomagać. Ale nie chciał jeździć inaczej - mówi pisarka.Niedźwiadek musiał jeść. Dlatego oficjalnie wciągnięto go do ewidencji 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii, dostał własną książeczkę wojskową i żołd, czyli posiłki. Siedział zwykle przy kierowcy ciężarówki, a gdy był postój, opiekunowie przywiązywali go do pala. Było to jednak bardzo umowne. Kiedy Wojtek chciał zmienić miejsce pobytu, po prostu wciągał pal i wbijał go gdzie indziej.- Na początku był maskotką; każdy chciał go przytulić. Był bardzo rozpieszczony. Z czasem jednak stał się pożyteczny; nosił skrzynki z amunicją, żadnej nie upuścił, zbierał drzewo na opał - opowiada Miklaszewska.Dorastający niedźwiedź był jak kumpel. Niestety, żołnierze nauczyli go popijać piwo. Tylko do palenia się nie przekonał. Ale papierosa brał, zjadał go pod warunkiem, że był zapalony. Niezapalonych nie ruszał. Gdy Wojtek miał dobry humor, łapał kogoś, kładł na ziemię i przykrywał sobą, co nazywało się “wałkowaniem żołnierza”. Nigdy nie zrobił nikomu żadnej krzywdy.Jak dobry przyjacielWojtek przydał się pod Monte Cassino. Chociaż opiekunowie chronili go, trudno było uniknąć ostrzału, gdy wyruszał w drogę. Ale krążyła opinia, że kto jedzie z misiem, będzie miał szczęście. I naprawdę tak było. Zginęło tam ponad 26 tys. ludzi, ale Wojtek nigdy nie był ranny. Gdy miał złe przeczucia, nie wsiadał do ciężarówki.Jeden z żołnierzy opowiadał o nim: “Jak jest silna kanonada, to czasem się denerwuje. Przytula do któregoś i dopiero wtedy zasypia”.Zawsze rwał się do pomocy. Chętnie korzystał ze swojej siły.- Czasem dla zmylenia wroga żołnierze podcinali pnie drzew. A potem wypuszczano Wojtka. Uderzeniem wielkich łap bez trudu przewracał drzewa, w jednej chwili las zmieniał się w płaski teren - opowiada autorka.Sztuczki Wojtka poprawiały nastrój żołnierzom, wciąż narażonym na śmierć. Wchodził na przykład na dźwig i dawał przedstawienie. Jak cyrkowiec podciągał się w górę, zwisał na jednej łapie, kołysał się i zjeżdżał z dźwigu okrakiem. Uwielbiał oklaski.Marynie Miklaszewskiej nie udało się ustalić, kto był głównym właścicielem misia. Przyznawali się do tego wszyscy żołnierze z kampanii transportowej, bo wszyscy go kochali. A Wojtek potrafił odwzajemniać i wzbudzać uczucie. Jeden z kierowców, który od małego przebywał z Wojtkiem i go kochał, nagle się uparł, że tym razem nie zabierze misia do szoferki. A Wojtek ze strasznym uporem pchał się do samochodu. W końcu opiekun postawił na swoim. Zginął w trasie pod ostrzałem.W książce pisarka zamieszcza monolog jednego z opiekunów. Oparła go na prawdziwych słowach żołnierzy, którzy znali Wojtka: “Drogi nasz misiu, zawsze będziemy pamiętali twoje zabawy i psikusy, twoje drobne grzeszki i nałogi, zamiłowanie do piwa i słodyczy, które dzieliłeś ze wszystkimi żołnierzami. Byłeś dobrym kumplem i przyjacielem, każdy z nas mógł wypłakać się w twoje ciepłe, zmierzwione futro. Twoja dzielność, która kazała ci wskakiwać do szoferki, kiedy artyleryjska orkiestra grała swoje przerażające symfonie, zasługuje na najwyższe odznaczenie…”I naprawdę Wojtek doczekał się uznania. Kiedy Polacy kupowali w Iranie małego misia sierotkę, nie śnili nawet, że będzie miał kiedyś pomnik w Edynburgu. To jedyny niedźwiedź, którego spotkał taki zaszczyt. Zyskał sławę jako polski miś, odważny frontowy żołnierz.Wojtek przeszedł do cywila w Wielkiej Brytanii. Czekało na niego edynburskie zoo, pełna miska i nudne życie. Dożył sędziwego wieku, zmarł w 1963 roku. Podobno do końca reagował tylko na polskie słowa. I tęsknił.Jego opiekunom było jeszcze trudniej. Borykali się z niechęcią brytyjskich władz, biedą, samotnością. Ci, którzy wracali do Polski, trafiali do ubeckich więzień. Ale wielu z nich znalazło siłę, żeby za granicą jakoś się odnaleźć. Gdy później wspominali żołnierza niedźwiedzia, niełatwo było im uwierzyć. Słyszeli, że mają bujną wyobraźnię. Ale pewnie odpowiadali słowami jednego z bohaterów książki Maryny Miklaszewskiej: “Wyobraźnię zostawmy następnym pokoleniom. Nam wystarczało po prostu życie.”zrodlo: http://www.dz.com.pl/?tekst,424,zobacz tez:
Wprawdzie to stary post, ale interesujący temat. Niestety tablica ku czci Wojtka zaginęła, podobno podczas remontu Zoo, w 1983 roku. Pomnik jest jak na razie tylko w projekcie i makiecie. Nie wiem czy uda się zebrać stosowne fundusze na jego wykonanie [200.000 Funtów], ale miejmy nadzieję że tak. Trzymajmy kciuki za fundację pani Aileen Orr. Trochę to chyba wstyd dla nas, że sprawą musiała się zająć Szkotka, a w Krakowie Anglik Richard Lucas.
To jedyny niedźwiedź na świecie, którego uznano za bohatera wojennego
Piątek, 27 lipca 2007r.
Jeden z opiekunów legendarnego niedźwiedzia Wojtka - uczestnika bitwy pod Monte Cassino, oficjalnego żołnierza 2 Korpusu Polskiego z własnym żołdem - mieszka w Żorach Rogoźnej.
Józef Możdżeń pamięta Wojtka jeszcze jako małego misia, znajdę kupioną za parę groszy w Persji, a potem wielką bestię o złotym sercu. Spędzili wspólnie kilka lat w 22 Kompanii Zaopatrzenia Artylerii 2 Korpusu Polskiego gen. Andersa. O niezwykłym misiu pisaliśmy w artykule "Szeregowy Wojtek Miś" (DZ nr 132).
Dzisiaj o takich świadków jak pan Józef bardzo trudno. Wielu z nich zginęło na froncie, większość została za granicą, do kraju powrócili nieliczni. Józef Możdżeń służył w tej jednostce, która zaadoptowała niedźwiedzia, a jej symbolem był rysunek misia z pociskiem w łapach. Opiekował się Wojtkiem od małego. Obojgu udało się przeżyć wojnę, przeszli szlak bojowy od Iranu przez Irak, Syrię, Palestynę, Egipt do Włoch. Ocaleli w najkrwawszej z bitew pod Monte Cassino. Możdżeń wrócił do Polski z rzędem medali na piersi. Wojtek został w zoo w Edynburgu. Ma tam pomnik.
Kumpel w szoferce
- Często wspominam misia. Nie spodziewałem się, że będzie taki sławny - przyznaje Józef. Trudno mu ukryć wzruszenie. Zachował zdjęcie z misiem; Wojtek jest na nim już całkiem spory; gdy dorósł, mierzył ponad 180 cm i ważył prawie ćwierć tony. Ale wciąż zachowywał się jak mały niedźwiadek. Nigdy nikomu nie zrobił krzywdy.
- Rozpieszczali go żołnierze i niestety, przejął ich niektóre zwyczaje. To było takie prawdziwe chłopaczysko. Lubił jazdę w szoferce, piwo i papierosy, nie stronił od bitki, ale walczył tylko na żarty. Nikt go nie pokonał - opowiada jego opiekun.
Na ich wspólnej fotografii Wojtek pokazuje swoją ulubioną sztuczkę. Domaga się od Józefa papierosa, koniecznie zapalonego. Miś nie palił tytoniu, tylko go zjadał. Jakoś mu te połknięte papierosy nie szkodziły. Wojtek miał też sentyment do butelek z wódką, bo gdy był mały, dostawał w takich mleko. Ale piwo lubił dla samego smaku.
- Nie zapomnę, jak wypijał piwo, a potem jednym okiem długo sprawdzał, czy już nic ma na dnie. Kiedy naprawdę nic nie było, rozczarowany odrzucał butelkę daleko od siebie. Był uroczy i śmieszny - wspomina pan Józef.
Maryna Miklaszewska w wydanej niedawno książce "Wojtek z armii Andersa" pisała, że miś wywodził się spod Hamadanu w Iranie. Błąkającego się niedźwiadka znalazł miejscowy chłopiec i sprzedał polskim żołnierzom. Nie wiadomo, dlaczego go kupili. Pewnie ujął ich za serce, bo był sierotą i gdyby go nie przygarnęli, musiałby zginąć.
- Na początku były dwa misie, bracia Wojtek i Michał - uściśla Józef. - Miały inne charaktery. Wojtek był łagodny, przylepny, a Michał raczej agresywny i dlatego został w perskim zoo.
Wśród przyjaciół Wojtka oficjalnie przydzielono do 22 Kampanii Zaopatrzenia Artylerii, tutaj miał kwaterę i dostawał żołd, czyli zwiększoną porcję jedzenia, tutaj też pracował. Pchał się zawsze do szoferki ciężarówki, chociaż ledwo się tam mieścił. Wielki, potężny, pełen czułości dla ludzi, sprawiał, że żołnierze chociaż na chwilę zapominali o tym, gdzie są.
- Był maskotką całej armii Andersa - dodaje Możdżeń. - Ale to my byliśmy jego opiekunami. Nie miał obowiązków, ja go nie zmuszałem do noszenia skrzynek z amunicją. Jak chciał, to mógł sobie leżeć do góry brzuchem, ile chciał.
Przynosił szczęście
Wojtek rósł jak na drożdżach. Był syryjskim niedźwiedziem brunatnym, przypominał jednak polskie misie. Co prawda żołnierze łudzili się, że nie urośnie taki duży, ale rozwijał się jak należy. Zjadał owoce, jarzyny, chleb, konserwy mięsne, marmoladę, dostawał nawet miód. Gdy był mały, spał w namiocie z żołnierzami. Potem miał własną sypialnię, czyli drewnianą skrzynię. Nie przepadał za nią, w nocy często wychodził i przytulał się do śpiących na pryczach opiekunów. Nigdy nie tracił dobrego humoru, rozbawiał całą kompanię, wyczyniając różne sztuki.
- To było nam bardzo potrzebne - przyznaje pan Józef. - Wszyscy byliśmy w dołku, zostawiliśmy gdzieś bliskich, o których nie było żadnej wieści. Nikt nie wiedział, czy jutro nie zginie. Może dlatego tak przywiązaliśmy się do Wojtka. On też miał tylko nas.
Możdżeń pochodzi z górniczej rodziny z Będzina. Czwórki braci nie oszczędzała historia. Dwóch starszych walczyło z bolszewikami w 1920 roku, a Józef i jego młodszy brat Stanisław ruszyli na wojnę w 1939 roku. Los rzucił ich w różne strony - Staszek trafił do obozu w Niemczech, Józef do syberyjskiego łagru. - Nie byłem już taki młody, w 1939 roku miałem 30 lat, urządzone życie. Skończyłem dobrą szkołę ogrodniczą w Strumieniu Śląskim. Zarządzałem potem zielenią w dużym majątku w Rogoźnej, świetnie zarabiałem - wspomina Józef. Ożenił się, urodziła mu się córka. Gdy ją opuszczał, miała osiem miesięcy. Zobaczył ją ponownie po ośmiu latach.
We wrześniu 1939 z wojskiem przedostał się pod Lwów. Tam skończyła się nadzieja; polskich żołnierzy aresztowało NKWD. Był pewny, że z łagru na Syberii już nie wyjdzie. Dlatego nazywa cudem zgodę Stalina na utworzenie polskiego wojska i jego wyjście z ZSRR. Udało się wtedy wydostać z więzień i z rosyjskiej nędzy ponad 25 tysiącom Polaków. Generał Anders też wyszedł z więzienia na Łubiance, a wkrótce jego armia znalazła się w Iraku, Józef mówi - w Persji.
- Ale zanim to się stało, na cmentarzach w ZSRR zostało tysiące Polaków. W Kazachstanie dziesiątkował nas tyfus plamisty. Potem było Monte Cassino, Loretto, Ankona. Wszędzie zostały rzędy polskich grobów - zamyśla się pan Józef.
Ale jemu pisane było nie tylko przeżyć, ale też spotkać brata Staszka, wrócić cało do żony, doczekać się jeszcze trojga dzieci. Może to właśnie Wojtek przynosił mu szczęście?
Z bratem zobaczyli się w Anglii, na krótko. Staszek skończył Śląskie Techniczne Zakłady Naukowe, specjalizował się w budowie mostów. Ciągnęło go w świat. Okazało się, że renoma tej szkoły pozwoliła mu po wojnie zrobić karierę inżynierską w Rio de Janeiro.
Powojenna sława
- Na mnie czekała żona, w Polsce. Zdecydowałem się wrócić. Wojtek został w ogrodzie zoologicznym, już mu kule nie świstały nad głową, ale na pewno się nudził. To była mądra bestia - wzrusza się Józef.
Po wojnie 22 Kompania stacjonowała w Glasgow. Już tutaj Wojtek stał się sławny, Towarzystwo Polsko-Szkockie przyjęło go uroczyście do swojego grona. Były to jednak ostatnie wspólne chwile z polskimi żołnierzami.
Józef z przyjacielem Wojtkiem pożegnał się krótko, po męsku. Wracał do kraju z Krzyżem Walecznych za Monte Cassino, Medalem Polska Swojemu Obrońcy, Gwiazdą Italii, Medalem Wojska Angielskiego, Medalem Zwycięstwa.
- W kraju zaczęły się problemy z UB, z weryfikacją narodowościową śląskiej rodziny żony, w ogóle z utrzymaniem się na powierzchni. Nie wiedziałem, co dzieje się z Wojtkiem - przyznaje Józef.
Tymczasem misiowi nie było źle. Mieszkańcy Edynburga nie wierzyli własnym oczom - w zoo wyciągał do nich łapy niedźwiedź bohater, który dostawał żołd, nosił amunicję pod Monte Cassino, a był łagodny jak baranek. Dyrektor ogrodu obiecał dowódcy kompanii majorowi Antoniemu Chełkowskiemu, że o Wojtka zadba szczególnie. 15 listopada 1947 roku miś przeniósł się na stałe do zoo, przeżył 22 lata.
Książę Karol i miś
Gdy siedział przy pełnej misce na wybiegu, czekając na wizyty Polaków, rozkwitała jego legenda. Reportaże o nim nadawało radio, potem telewizja BBC. To jedyny niedźwiedź na świecie, którego uznano za bohatera wojennego. Ma swój pomnik i tablicę pamiątkową w Edynburgu, plakiety w muzeum w Ottawie, rzeźbę w Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie.
Nawet książę Karol, gdy zatrzymał się przed rzeźbą Wojtka w londyńskim muzeum, przyznał, że doskonale zna opowieść o misiu bohaterze, często czytał o nim swoim synom. W Polsce o Wojtku prawie nikt nie słyszał. Józef Możdżeń chciałby, żeby u nas historia o misiu spod Monte Cassino nie była tylko bajką opowiadaną dzieciom na dobranoc. Za jego historią kryje się też żołnierska klęska, zdrada, pamięć syberyjskich łagrów i rozstań na zawsze.
Grażyna Kuźnik