Dziś 64. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. O 17 jak zwykle zawyją syreny. Ale wieczorem będzie spektakl "Hamlet 44", dzień później rowerzyści pojadą w "Masie Powstańczej". Wcześniej powstańcze graffiti zrobili kibice Legii, koncert zagrała Apocalyptica i zespoły hiphopowe. Jak to się stało, że Powstanie porwało młodych ludzi?
Z Mirosławem Pęczakiem, socjologiem kultury i publicystą tygodnika "Polityka", rozmawia Michał Stangret
Dlaczego akurat Powstanie Warszawskie jest kultowe dla dzisiejszej młodzieży?
Jest to zaskakujące, bo ogólne zainteresowanie historią wśród młodzieży jest bardzo nikłe. Natomiast w przypadku Powstania olbrzymią rolę odegrali artyści podejmujący ten temat, jak zespół Lao Che. To były inicjatywy od siebie niezależne, ale zdopingowane okrągłą, 60., rocznicą przed czterema laty. M.in. w ich piosenkach młodzi ludzie zobaczyli, jak wyglądało wtedy codzienne życie. Dotarło do nich, że powstańcy byli w ich wieku, być może podobnie myśleli, mogli mieć takie same problemy. Okazało się, że nie są to nudni powstańcy z podręczników. Trzeba też docenić świetnie funkcjonującego Muzeum Powstania Warszawskiego.
Można się jednak obawiać, czy ciekawa forma nie przyciąga młodych ludzi bardziej niż historyczna treść.
Mnie inna rzecz zastanawia. Ruch wokół Powstania przemilcza perspektywę nieheroiczną, o którą kiedyś trwały bardzo zacięte spory, a która najlepszy wyraz znalazła w "Pamiętniku Powstania Warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, gdzie o Powstaniu czytamy bez patosu.
Może młodzi potrzebują narodowego patosu, heroicznych bohaterów?
To wygląda tak, jakby nagle odżył u nich dawny romantyzm. Moje pokolenie było generalnie antymilitarne, dlatego "Pamiętnik Powstania Warszawskiego" Białoszewskiego był nas ważny. Dziś to nowe pokolenie jakby wyłączyło zmysł krytyczny wobec postawy heroicznej.
Co spowodowało wskrzeszenie tego romantyzmu?
Młodzi ludzie mają czasem dość rozmów o tym, jak zrobić dobry biznes, jak się ustawić, jak spłacić kredyt. Potrzebują wtedy jakiegoś mitu, który by poruszył ich uczucia. Takim mitem jest Powstanie. Dzięki niemu niekoniecznie musimy narzekać na system, tylko można zająć się czymś z zupełnie innej bajki.
W Europie jest podobnie?
Nie, jest to trend wybitnie polski. To jest ten kod romantyczny, o którym kilka wybitnych książek napisała Maria Janion. Na początku lat 90. mówiła, że kod romantyczny jest już nieaktualny. Tymczasem teraz okazuje się, że on wraca.
Dlaczego Powstanie Warszawskie, a nie np. Wielkopolskie?
Bo Wielkopolskie było właśnie mało romantyczne. Tam chodziło o wybicie się na niepodległość przede wszystkim ekonomiczną. A w Warszawskim chodziło tylko o akt heroicznej odwagi.
Czy takie bezkrytyczne podejście do Powstania nie niesie żadnego ryzyka?
Może konserwować uprzedzenia narodowościowe. Przykłady są choćby w tekstach Lao Che. W paru piosenkach jest język powstańczej ulicy, gdzie np. Niemca definiuje się jako tego, którego trzeba zabić. To jest czysta nienawiść.
Jak za dziesięć lat młodzi ludzie będą traktować Powstanie? Tak samo jak dziś?
To zależy od tego, co się w ciągu tych dziesięciu lat wydarzy, jakie trendy będą dominować, co będzie uchodziło za oryginalne i porywające. Nie można wykluczyć, że nagle w ogóle historia stanie się dla młodych obszarem szalenie ważnym.


Komentarze
Zgłoś do moderacji