Pod koniec każdego dnia uruchom swoją formułę podręczną:
Mały palec – MYŚLI, wiedza, informacje: czego nowego się dzisiaj dowiedziałem? Jaką zdobyłem wiedzę? W jakim zakresie wzrosły moje kompetencje, mój profesjonalizm? Jakie nowe i ważne idee dziś mnie natchnęły?
Serdeczny palec – PRZYBLIŻENIE SIĘ DO CELU. Co dziś zrobiłem? Co osiągnąłem?
Środkowy palec – STAN DUCHA. Jaki nastrój dominował w ciągu dzisiejszego dnia? Jakie miałem samopoczucie? Co zrobiłem, aby je poprawić? Co było związane z pozytywnymi emocjami, motywacją i wysokim poziomem zaangażowania?
Wskazujący palec – POMOC, współpraca, wspieranie. W czym dziś pomogłem innym? Czy poznałem nowych ludzi? Co zrobiłem dla swoich relacji?
Duży palec – KONDYCJA, samopoczucie fizyczne. Co zrobiłem dziś dla swojego zdrowia, dla regeneracji sił? W jaki sposób zadbałem o relaks, odpoczynek? Co zrobiłem dla swojej kondycji, poprawy formy fizycznej?"
Dbaj o to, by każdy palec był sprawny – wówczas dłoń Twojego życia najlepiej spełni swoją funkcję...
Parasol
Tam, gdzie nigdy nie pada deszcz, najpiękniejszą część rozległego krajobrazu ubarwiają parasolki przeciwsłoneczne. Duże i małe. Te pastelowe i te mieniące się soczystymi barwami. Projektanci parasolek prześcigają się w tworzeniu przepięknych wzorów: klasycznych i nowoczesnych, w zależności od gustu i społecznego statusu zamawiających. Niedzielne popołudnia, szemrzące rozmowami spacerujących po parku mieszkańców, rozwijają parasolki niczym skrzydła wielobarwnego motyla, wygrzewającego się na słońcu i trzepoczącego skrzydłami na wietrze. Najdumniej po parku kroczą kolekcjonerzy parasoli. Przeszukują oni strychy i sklepy z antykami, odnawiają zdarty materiał, reperują druty, szlifują rączki. Stare parasole są niezwykle cenne i niezwykle drogie.
Najstarsze, historyczne parasolowe pamiątki można było znaleźć u Błękitnej Parasolniczki. Tak nazywano kobietę, która w kamienicy na rynku, od wielu lat prowadziła sklep z antykami. Sprowadzała tu prawdziwe cuda i zanim sprzedała parasol, opowiadała kolekcjonerowi jego historię. W błękitnych oczach Parasolniczki można było znaleźć czas miłości i czas śmierci – wplecione każdą opowieść. Czy były to prawdziwe historie, nie wiem, ale z pewnością wszyscy mieszkańcy przywiązywali do nich niezwykłą wagę.
Pewnego dnia w mieście zawrzało: niezwykła wiadomość obiegła wszystkie domy. Z drżeniem przekazywano ją sobie z ust do ust. Miasto napęczniało tajemniczym szeptem: Błękitna Parasolniczka przywiozła skądś Parasol Przeciwdeszczowy! Nikt nigdy takiego cuda nie widział. Ba! Nikt nigdy nawet nie słyszał o miejscach, w których pada deszcz! Sami kolekcjonerzy nie byli do końca pewni: czy to niezwykły eksponat, czy dziwadło? Już wkrótce wszyscy odwiedzili sklepik w starej kamienicy. Już wkrótce wszyscy go ujrzeli. I jedno stało się pewne: parasol był przepiękny. Pomimo, iż naznaczona czasem, materia naciągnięta na mocne druty była silna i sprężysta a rzeźbiona, zakrzywiona rączka pasowała idealnie do trzymającej ją dłoni.
- To wszystko po to, by przetrwał wichry uderzające z każdej strony i odbijał siekące strumienie deszczu – mówiła Błękitna Parasolnicza i pieściła pergaminową dłonią swój skarb. I on miał swoją historię: kiedy ją opowiadała, błękit spojrzenia zaciągały ciemne chmury, a błyskawice rozpalały łagodny dotąd wyraz dobrych oczu.
Wszyscy doceniali niezwykłą wartość parasola, ale też z jakichś powodów nikt nie chciał go kupić. Jakie mogły być tego powody, do końca nie wiem, ale myślę, że kolekcjonerzy bali się deszczu, którym szemrał parasol i jego mroczna historia. A poza tym: cóż to za pożytek z parasola, którym nie można się pochwalić w słoneczne, niedzielne popołudnie. Z tych też powodów nikt nigdy nie rozłożył go, by przejrzeć się w wielkim lustrze, które zajmowało jedną ze ścian sklepiku.
Nocą, kiedy parasole żyły własnym życiem i przechadzały się dumnie przed lustrem, albo plotkowały lekko i jazgotliwie, parasol przeciwdeszczowy przeżywał prawdziwe katusze.
- Po cóż mi żyć - myślał – skoro nie mogę odnaleźć swojego miejsca. Na nic moje obycie, maniery i piękno, skoro nie mogę ich wykorzystać. Na nic moja siła. Już nawet sam siebie nie pamiętam. Coraz słabiej biło jego serce. Cóż z tego, że inne parasole starały się go pocieszać, skoro zatracił siebie. Bezużyteczny, choć podziwiany.
Aż wreszcie, w poniedziałkowy poranek, kiedy srebrny dzwonek u drzwi sklepiku Błękitnej Parasolniczki zadźwięczał, witając gościa, pojawiła się szansa na zmianę smutnego losu. Lepszą, czy gorszą? Tego nie wiem, ale każda zmiana była lepsza od zapomnienia i smutnego, nieprzydatnego stania w kącie. Stała klientka sklepiku pytała o cenę parasola przeciwdeszczowego! Wybierała się w daleką podróż i kiedy dowiedziała się o deszczu, obawiała się, ze gdzieś w tamtym świecie może stać się ofiarą tego żywiołu. Chciała więc zabezpieczyć się (a była kobietą wielce rozsądną) i stąd pojawił się pomysł niezwykłego, (jak na miasto, w którym nigdy nie pada deszcz), zakupu.
Błękitna Parasolniczka znów pogładziła szeleszczącą materię swą pergaminową dłonią. Łzy wzruszenia zrosiły jej jasne spojrzenie niczym wiosenny deszcz i oddała parasol klientce mówiąc – ten nie ma ceny. Zabierz go i daj mu nadzieję na nowe życie.
Jego parasolowe serce zaczęło bić coraz mocniej, aż zaśpiewał niezwykłą melodią drżących drutów. I tak grał przez całą podróż. I pokochał tę nadzieję, choć nie wiedział, jak skończy się wyprawa. Stukot pociągu i świst samolotu, lakierowane buty i puszyste chmury: mógł to wszystko usłyszeć i zobaczyć, bo został przytwierdzony paskiem do jednej z masywnych, skórzanych waliz. Wreszcie poczuł, że to już koniec podróży. Zamieszanie, odprawa bagażu, pośpiech, tłok. Nagle poluzował się pasek, a rzeźbiona rączka zahaczyła o zieloną torbę podróżną, która minęła skórzaną walizę. Właściciel zielonego bagażu zbyt późno zorientował się, że stał się także posiadaczem parasola przeciwdeszczowego, a klientka Błękitnej Parasolniczki zbyt późno zorientowała się, że zgubiła parasol. Ludzie minęli się i nigdy się już nie spotkali.
- Jesteś piękny - powiedział właściciel zielonej torby podróżnej – ale nie przydasz mi się teraz. Uciekam od chłodu do ciepłych krajów. I oparł zgubę o ławkę w parku. I odszedł.
Paniczny strach, rozpacz i przeszywający ból utraconej nadziei: to wszystko czuł parasol porzucony w obcym mieście. Nagle usłyszał podniesione głosy i kłótnię. Szybki stukot obcasów. Poczuł, że ktoś usiadł na ławce i zobaczył zapłakaną dziewczynę. Obok stanął młody chłopak. Krzyczeli na siebie, mówili o niemożności porozumienia się, o bólu, o porzuceniu. Znał te uczucia. I wtedy zaczął padać deszcz. Drobne krople łączyły się z sobą i w coraz bardziej szalonym tańcu wypełniały duszną przestrzeń między niebem a ziemią. Wtedy chłopak zauważył parasol oparty o ławkę. Schwycił rączkę, która dopasowała się do jego dłoni i rozłożył dawno nieużywane druty. Podał rękę dziewczynie i objął ją, by schroniła się pod obszernym dachem materiału. Parasol poczuł zwariowany taniec deszczu i zawirował w tańcu do srebrzystej melodii ulewy.
Czy był to ostatni, czy pierwszy jego taniec, tego nie wiem…
Było sobie kiedyś dwóch ciężko chorych starych mężczyzn, którzy dzielili niewielki pokoik w pewnym szpitalu. Pokój ów miał tylko jedno okno. Łóżko pierwszego mężczyzny znajdowało się naprzeciw okna, a on sam mógł codziennie po południu siadać na swoim łóżku i spoglądać na świat za oknem. Drugi mężczyzna nie mógł, niestety, wstawać, a jego łóżko znajdowało się w takim miejscu, że w ogóle nie widział okna.
Każdego popołudnia pierwszy z mężczyzn siadał wsparty poduszkami i opisywał swemu towarzyszowi, co widzi za oknem. Najwyraźniej był to park, ponieważ mężczyzna opowiadał o stawie, kaczkach i łabędziach. Dzieci rzucały ptakom chleb, puszczały też łódki. Pod rozłożystymi koronami drzew spacerowali zakochani, trzymając się za ręce. Alejkami poruszały się kobiety z wózkami dziecięcymi, na trawnikach bawiły się psy. Były też kwiaty w różnych barwach i odcieniach. A pewnego dnia pojawił się lodziarz, który odtąd przychodził regularnie, a jakiś starszy pan przyprowadzał co dzień do parku swoją żonę, sadzał ją na ławce, okrywał czule pledem i czytał jej książkę. A w tle, za drzewami, rozciągał się wspaniały widok na miasto.
Chory mężczyzna, który nie mógł wstawać i nie widział okna, słuchał łapczywie opowieści współtowarzysza, ciesząc się każdym słowem i każdą minutą. Dowiadywał się, jak ślicznie wyglądają dziewczyny w letnich sukienkach i że jakieś dziecko nieomal nie wpadło do stawu. Miał wrażenie, że dzięki relacjom swego przyjaciela, sam widzi dokładnie, co dzieje się za oknem.
Któregoś popołudnia napadła go uporczywa myśl: dlaczego tylko tamten może cieszyć oczy widokiem z okna? Czyż i ja nie zasługuję na to, aby móc wyglądać na zewnątrz? Wstydził się swojej zawiści, lecz im bardziej starał się o niej zapomnieć, tym większe dręczyło go pragnienie zmiany. Zrobiłby wszystko, doprawdy wszystko, żeby tylko móc wyjrzeć przez to okno!
Aż pewnej nocy, modląc się w duchu o cud, usłyszał, jak jego towarzysz kaszle i dusi się, zobaczył też, jak tamten biedak rozpaczliwie szuka przycisku, aby wezwać pielęgniarkę. Nie pomógł mu jednak, nie nacisnął przycisku przy swoim łóżku, obserwował go tylko. Oddech tamtego wkrótce zamarł. Rano zabrano jego ciało.
Odczekawszy nieco, by nie przekroczyć granic przyzwoitości, mężczyzna poprosił, aby położono go na łóżku naprzeciw okna. A gdy spełniono jego prośbę, leżał wygodnie, otulony pościelą, czekając, aż wszyscy wyjdą. Potem podniósł się ciężko na łokciu i zaciskając z bólu zęby, zerknął przez okno.
Za oknem była ściana...
Syndrom „Nagłości”
Realnie rzecz ujmując, mniej niż w 1% przypadków życie funduje nam zdarzenia nagłe. Wszyscy jednak cierpimy na syndrom „nagłości”. Jak często słyszałeś:
- Nagle zmarł na zawał.
- Nagle zachorował na cukrzycę.
- Nagle ją rzucił.
- Nagle się rozmyśliła.
- Nagle firma padła.
- Nagle życie straciło sens.
Czy aby na pewno „nagle”? Przecież wiesz już, jak jest urządzony świat w 99%. Każde „nagłe” zdarzenie poprzedzone jest dziesiątkami ukrytych przyczyn, których najczęściej nie chcesz brać pod uwagę. Czy kiedyś obudziłeś się rano i ujrzałeś za oknem stuletni dąb, który „nagle” tu wyrósł? Raczej nie. Bardziej prawdopodobne jest to, że sto lat temu do gleby trafiło nasionko. Gdy w twoim życiu „nagle” powstaje problem, pozbawiając cię spokoju i szczęścia – nie jest to przypadek. Kiedyś, w przeszłości problem ten został zasiany. Nie ma błędów, nie ma przypadków, nie ma nagłych katastrof. Żyjemy w świecie przyczyn i skutków...
Był sobie ptak obdarzony parą doskonałych skrzydeł o bajecznie barwnych piórach, stworzony do swobodnego szybowania w przestworzach, ku radości tych, którzy obserwowali go w locie.
Pewnego dnia ptaka tego zobaczyła młoda kobieta i zakochała się w nim bez pamięci. Serce jej mocno zabiło, oczy zalśniły z zachwytu, gdy patrzyła, jak z gracją szybuje po błękitnym niebie. Ptak poprosił ją, by mu towarzyszyła, i polecieli razem w pełnej harmonii. Kobieta podziwiała, czciła, wielbiła ukochanego ptaka.
Lecz pewnego dnia pomyślała: „A może on zechce odkryć dalekie krainy, poznać odległe zakątki świata?”. I przestraszyła się własnych myśli. Przestraszyła się, że już nigdy nikogo tak mocno nie pokocha. I obudziła się w niej zazdrość, zazdrość o to, że ptak umie latać.
Poczuła się samotna.
„Zastawię na niego pułapkę – pomyślała. – Następnym razem, gdy się pojawi, już ode mnie nie odleci”.
Ptak, który również był bardzo zakochany, przyfrunął do niej nazajutrz. Wpadł do klatki i nie mógł się już z niej wydostać – stał się więźniem.
Kobieta napawała się jego widokiem. Był przedmiotem jej gorącej namiętności, pokazywała go przyjaciółkom, które wzdychały: „Naprawdę cudowny! Jaka jesteś szczęśliwa!”. Jednak z biegiem czasu zaszła w niej zadziwiająca przemiana: ponieważ ptak stał się jej własnością i nie musiała już go zdobywać, przestał ją interesować. A on, nie mogąc już latać, z dnia na dzień pogrążał się w coraz głębszym smutku, pióra mu wyblakły, skrzydła opadły – a kobieta zwracała na niego uwagę tylko wtedy, kiedy przynosiła mu jedzenie.
Pewnego dnia, gdy podeszła do klatki, okazało się, że ptak jest martwy. Wpadła w rozpacz i odtąd ani na chwilę nie przestawała o nim myśleć. Ale nie pamiętała o klatce, pamiętała tylko dzień, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, jak szybował wysoko w obłokach, swobodny i szczęśliwy.
Gdyby mogła przyjrzeć się sobie samej, zrozumiałaby, że tym, co tak naprawdę wzruszało ją w ukochanym, była jego wolność, ciekawość świata, energia jego silnych skrzydeł.
Utraciła sens życia i śmierć zapukała do jej drzwi.
– Czemu przyszłaś? – zapytała ją udręczona kobieta.
– Abyście mogli być znów razem – odpowiedziała śmierć. – Gdybyś pozwoliła mu odlatywać i wracać, kochałabyś go i podziwiała do dzisiaj. Teraz jestem ci potrzebna, byś mogła go odnaleźć.