Do góry

"Psychoanioł w Dublinie" - kolejne fragmenty książki

Dziś publikujemy drugi (i ostatni w Emito) fragment powieści Łukasza Steca “Anioł w Dublinie” wydawnictwa Akurat. Zachęcamy Was do zapoznania się z fragmentami, które przedstawiliśmy wcześniej.

Wowa był już spóźniony do pracy. Szósty raz w tym miesiącu. Biorąc pod uwagę, że był dopiero szósty roboczy dzień miesiąca, miał realne szanse na pobicie własnego rekordu. A raczej: istniało realne zagrożenie, że go pobije. Postanowił więc bez zbędnych wyjaśnień pozbyć się intruza, po czym szybko się umyć, nakarmić kota i siebie, a następnie ruszyć spokojnym krokiem w stronę swojej ulubionej kolejki miejskiej.

Grzecznie, choć stanowczo wyprosił Indianina z do­mu. Na pożegnanie poklepał go po białych skrzydłach i życzył mu powodzenia, po czym poszedł do kuchni i wrzucił do kociej miski baraninę i trochę białego sera. Do drugiej miski nasypał płatki śniadaniowe i zalał je mlekiem.

Spóźnienie rosło, a Wowę czekały jeszcze jazda DART-em i jednopapierosowy spacer do siedziby firmy. Mimo wszystko, dzień zapowiadał się całkiem nieźle. Wowa w perspektywie miał miłą przechadzkę na stację, a potem jeszcze przyjemniejszą jazdę kolejką wzdłuż wybrzeża. Na tę okazję miał przygotowany odtwarzacz z muzyką Keitha Jarretta. Morze za oknem kolejki i Keith Jarrett w słuchawkach – tego było Wowie trzeba przed dniem wypełnionym pierogami. Tym właśnie zajmował się w pracy: pierogami. Pracował jako przedstawiciel handlowy firmy cateringowej oferującej pierogi i naleśniki.

W dublińskiej kolejce DART obowiązuje coś, czym zachwyciłby się staruszek Einstein: względność czasu. Pięć minut na elektronicznej tablicy zapowiadającej przyjazd pociągu może wydłużyć się nawet do dwunastu. Kiedy pociąg ma się spóźnić, system po prostu spowalnia bieg czasu. Dzięki temu teoretycznie nia ma tu żadnych spóźnień, minuta na stacji DART-a jest najdłuższą minutą na świecie.

Pociąg przyjechał punktualnie – przynajmniej według informacji wyświetlanej na tablicy. Wowa wyciąg­nął z kieszeni odtwarzacz i zajął miejsce z widokiem na morze. Naprzeciwko siedział Indianin z białymi skrzydłami.

– Masz do wyboru dwie drogi – zaczął rozmowę. – Możesz być czujny i ostrożny albo możesz się starać wykorzystać każdą chwilę, jaka ci jeszcze pozostała.

To wariat, przemknęło Wowie przez głowę. Do tego groźny, bo z zacięciem dydaktycznym.

– To jakaś indiańska filozofia? – zapytał mimo to, żeby nie wyjść na gbura. – Chrzanić indiańską filozofię! – Nieznajomy pierwszy raz podniósł głos. – To dwa możliwe scenariusze ostatniego tygodnia twojego życia!


– (…)Zasady są takie, że człowiek uśmiercony, czyli zmarły tragicznie, a nie na skutek choroby albo korozji, dostaje jeszcze jedną szansę, i dlatego objawia mu się anioł, psychoanioł albo coś w tym rodzaju. – Więc jednak nie żyję? – Don’t worry! Nie jest aż tak źle – uspokoił Wowę Indianin. – Zginiesz dopiero za tydzień.

Wowie zrobiło się tak bardzo przykro, że zapalił papierosa w pociągu, za co groziła grzywna w wysokości pięciuset euro. Na widok papierosa psychoanioł wyraźnie się ożywił i łapczywie wyciągnął rękę. – Daj macha!

(…)Zostałeś zabity, ale w Kodeksie jest taki przepis, że każdy, kogo spotka śmierć z ręki innego człowieka, może skorzystać z prawa do ponownego przeżycia swojego ostatniego tygodnia. Niestety nie wiem, kto cię zabił, ponieważ mam luki w pamięci. Zresztą, tak samo jak ty. Pamiętasz zeszły tydzień?

Wowa pokręcił głową.

– Otóż to! Nie jesteś jednak na straconej pozycji. Ba, masz nawet prawo wyboru! Możemy przez siedem najbliższych dni ostro pobalować, poszaleć, spędzać czas wyłącznie w pubach i salonach gier… – Psychoanioł wyraźnie się rozmarzył, ale szybko spoważniał i wrócił do oficjalnej części programu. – Możesz też podjąć próbę ingerencji w swój los i zmienić przeznaczenie. Osobiście preferowałbym opcję pierwszą, ale decyzja należy do ciebie.


(…) – I cały czas mnie obserwowałeś? – Od czasu do czasu mogłem nawet służyć ci pomocą. – Spojrzał w okno i na jego indiańskiej twarzy pojawił się wyraz kompletnego zaskoczenia. – Fucking shit! – wykrzyknął z pięknym irlandzkim akcentem. – Dojechaliśmy do Howth!

Istotnie, dotarli do ostatniego przystanku. Wiele wskazywało na to, że bliski jest także ostatni przystanek na życiowej drodze Wowy, w związku z czym postanowił tego dnia nie zawracać już sobie głowy pierogami. Kierując się nie tyle dobrym wychowaniem, ile kulturą osobistą nabytą na kursach korespondencyjnych, zadzwonił do kierownika, by uprzedzić go o swojej absencji. Powiedział mu prawdę: że jest ledwo żywy. Kierownik bez zbędnych pytań dał mu wolny dzień, mówiąc, że wie co, czuje. On też kiedyś struł się whiskey.

Wysiedli z DART-a i ruszyli w stronę wybrzeża. Po drodze kilka osób spojrzało z pytającym wyrazem twarzy na Wowę, sądząc zapewne, że coś do nich mówi. Kiedy doszli do niewielkiego portu, Indianin przeprosił za roztargnienie i się przedstawił. Miał na imię Alfred. Wowa zdziwił się, ponieważ tak właśnie brzmiało jego drugie imię, ale Indianin wyjaśnił, że nie ma się czemu dziwić, bo tak już jest, że każdy anioł – albo psychoanioł – nosi drugie imię swojego podopiecznego.


Choć Alfred był całkowicie pochłonięty dopiero co odkrytą zabawą – zbierał kamyki i puszczał kaczki między zacumowanymi łódkami – Wowa zdołał wyciągnąć z niego kilka informacji dotyczących tego, co czeka go po śmierci. Trudno było się dziwić, że ten temat ogromnie go zainteresował.

Alfred nie wiedział, co czeka tych, którzy podlegają opiece klasycznych aniołów. Z lekko zażenowaną miną wyjaśnił, że akurat tego dnia nie było go na szkoleniu, ale nie spieszył się z wyjaśnieniami, co było powodem absencji. Wiedział natomiast, co czeka osobników takich jak Wowa, wierzących głównie w me­chanizmy psychologiczne człowieka. Czekało ich to, co sami sobie wymyślili: po ziemskiej śmierci mieli wieść dalszą egzystencję w raju, jaki sobie wyobrazili i stworzyli dla siebie.

Problem polegał na tym, że Wowa nie mógł sobie przypomnieć, jaki raj sobie wyobraził i stworzył w swoich myślach. Przechadzając się po molo, zaczął się obawiać, że jego jedyną wizją życia po śmierci było piekło z filmu Woody’ego Allena. Spodobało mu się, bo grano tam jazz.

Psychoanioł uparcie rzucał kamyki do wody. Wowa wiedział już, że nikt poza nim nie widzi Alfreda, ale zastanawiał się, jak się ma rzecz z kamykami. Zapytał o to spacerującego nastolatka. Młodzieniec z błys­kiem w oku zrewanżował się pytaniem o jego dilera.

Wowa okrążył wieżę na końcu mola w Howth i spojrzał z oddali na Alfreda. Psychoanioł wyglądał jak indiański szaman nawrócony na medycynę konwencjonalną. Miał długie czarne włosy spięte z tyłu w kucyk oraz opaskę z wetkniętym za nią orlim piórem. Pióro nie tylko pełniło funkcję ozdobną, lecz także miało zastosowanie czysto praktyczne: wskazywało kierunek ciepłego wiatru, który niemal co dzień smagał tu krępe ciała Irlandczyków. Alfred miał na nogach zielone kalosze.

Z twarzy podobny był… do nikogo. Miał ciemne oczy i duży orli nos. Z ciemnymi włosami psychoanioła pięknie kontrastował śnieżnobiały fartuch lekarski. Alfred nosił go z godnością, a nawet z lekką dumą, traktując go zapewne jako atrybut swojej profesji i potwierdzenie umiejętności zdobytych w trakcie szkolenia. Wyglądał w nim idiotycznie, lecz na szczęście nikt poza Wową go nie widział, a nawet gdyby było inaczej, Wowa z pewnością nie poprosiłby Alfreda o zdjęcie fartucha (z obawy, że pod spodem psychoanioł mógłby niczego nie mieć).

Na przylądek Howth spadł deszcz. Chwilę potem ustał. Promienie słoneczne wyślizgnęły się z objęć chmur i spłynęły na dwóch mężczyzn. We włosach jednego tkwiło pióro o praktycznym zastosowaniu, a drugi za siedem dni miał obchodzić trzydzieste urodziny.

Książkę można już znaleźć w księgarniach, np. na stronie wydawnictwa Muza.

O autorze i “Aniele”:


Klimatyczny Dublin, kot z depresją, dziwaczni goście z zaświatów oraz grupa młodych ludzi z pozornie tylko zwyczajnymi problemami – wszystko to znaleźć można w powieści Łukasza Steca. “Psychoanioł w Dublinie” to pełna niespodzianek historia młodego emigranta, który staje przed niezwykłym zadaniem – musi odkryć, kto go zabił, zanim zginie naprawdę.

Trzydziestoletni Wowa budzi się z kompletną pustką w głowie. Nie pamięta niczego, co wydarzyło się w minionym tygodniu, ale – zgodnie z postanowieniem o ograniczaniu czynników stresogennych – postanawia nie przejmować się tym niepokojącym faktem. Stara się także ignorować obecność Indianina z ogromnymi skrzydłami na plecach. Ku zdziwieniu Wowy ten niespodziewany gość nie jest ani ekscentrycznym kolegą współlokatora, ani szukającym pracy Peruwiańczykiem.

Jest psychoaniołem, czyli aniołem ateistów, wierzących jedynie w moc psychiki. Przybył do Wowy, aby poinformować go, że ten dokładnie tydzień temu został zamordowany, jeśli jednak w ciągu siedmiu dni uda mu się zdemaskować zabójcę, jego życie wróci do normy. Zadanie byłoby z pewnością dużo łatwiejsze, gdyby nie kot samobójca, kłopotliwi współlokatorzy, podstępna była żona, pewna piękna Turczyna oraz dość niekonwencjonalne zachowanie psychoanioła.

Łukasz Stec stworzył zabawną, przepełnioną ironią i czarnym humorem opowieść o życiu młodych ludzi w Dublinie. Jej bohaterami są Polacy, Czesi, Meksykanie, Turcy, Irlandczycy, ale także postaci z zaświatów i pewien lubujący się w filozofii kot – wszyscy tak samo bezradni wobec figli, jakie płata im rzeczywistość. Autor kreśli wyrazisty portret pokolenia trzydziestolatków – zawieszonych gdzieś pomiędzy życiową stabilizacją a niefrasobliwym stosunkiem do związków i kariery. Sprawnie miesza konwencje literackie, łącząc elementy kryminału, komedii romantycznej, groteski i fantastyki. “Psychoanioł w Dublinie” to prawdziwa gratka dla miłośników nagłych zwrotów akcji i zaskakujących rozwiązań.

Łukasz Stec. Fot. Maja Wiśniewska

Łukasz Stec – rocznik 1982, autor zbioru opowiadań “Bimber” (Wydawnictwo Naukowe Semper 2007), publikował m.in. w “Gazecie Wyborczej”, “Przeglądzie”, “Kulturze” i “Pograniczach”, w latach 2007-2008 pracował jako redaktor naczelny tygodnika “Życie w Irlandii”. O jego pierwszej książce napisano: “Autor nawiązuje oszczędną formą do najlepszych tradycji krótkich form literackich” (Kurier Podlaski), “Młody autor w bardzo wysokim stopniu dysponuje zarówno zmysłem obserwatora, jak i biegłością pióra” (ProArte), “Lekkość pióra, ironia i uszczypliwy dowcip to główne atuty prozy Steca” (ArtPapier). Mieszkał w Katowicach, Bytomiu, Dublinie, Wrocławiu, Five Oak Green, Las Palmas de Gran Canaria, Krakowie, a obecnie - w Warszawie.

Katalog firm i organizacji Dodaj wpis

Komentarze