a to moze "Rycerzy trzech"?
| ZARĘCZYNY KMICICA "Pewnego razu był na Żmudzi ród możny Billewiczów - od Mendogasię co prawda wywodzący, ale w ostatnich czasach ograniczony jużtylko do panny Oleńki Billewiczówny, jej ciotki, która nazywałasię Kulwiec - Hippocentaurus i tak też wyglądała oraz do Kudłate-go Żmudzina. Siedzieli sobie kiedyś w Wodoktach i przędli, odzywając się z rzadka a głupio, jak to zwykle na świetej Żmudzi. - Pora by ci już za mąż - mruknęła ciotka Kulwiecówna,usiłując trafić górną lewą trójką na prawą dolną szóstkę w celuprzegryzienia nitki. - Ach, co też ciotunia... - zasromała się panna i wykonała szereg czynności przystojnych skromnej szlachciance, a mianowiciestrzeliła oczkiem, tupnęła nóżką, zmierzwiła brewki, furknęłanoskiem, złożyła ręce w małdrzyk, a buzię w ciup, ciup natomiastzłożyła na krześle, po czym parsknęła, fuknęła, puknęła, zaplotłakosę i grzmotnęła Kudłatego Żmudzina w pysk. - Padłaś - powiedział Kudłaty Żmudzin, spluwając do dzieży z pucitą, tą pożywną narodową potrawą, dobrą również do uszczel-niania okien i usztywniania złamanych kończyn. - Oj, pora ci, pora! - upierała się starucha. - A toćpiećdziesiątka na karku. - Trzydziestka! - pisnęła rozpaczliwie Oleńka, rozglądającsię, czy kto nie słucha. - Trzydziestka w dowodzie osobistym - zgodziła się ciotka -ale poprzednią datę urodzenia pod swiatło odczytać można, gdyżKudłaty Żmudzin nader niedbale ją był wyskrobał - A żeby cię! -krzyknęła pod adresem Żmudzina i też strzeliła go w pysk. - Może pan Kmicic się zjawi, któremu dziadek Herakliusz w tes-tamencie swoim mnie zapisał - szepnęła z nadzieją Oleńka. - No, nie wiem, nie wiem, czy właśnie ciebie mu zapisał -pokręciła głową panna Kulwiecówna. - Po mojemu, to on Kmicicowikonia deresza wałacha zapisał, tuczarnię w Lubiczu natomiastmiecznikowi Rośnienieskiemu, a ciebie to chyba Jóźwie ButrymowiBez Nogi. - I owszem - potwierdziła Oleńka - atoli Jóźwa Butrym, gdymnie ujrzał przypadkiem onegdaj rano wynoszącą śmieci do pojemni-ka, tedy zaraz poleciał do pana Kmicica i powiedział, że chętniesię zamieni i zamiast mnie weźmie wałacha. - A Kmicic się zgodził? - Pijany był, to się zgodził. - Ot, durny - podsumowała dyskusje ciotka i dalej wszyscyprzędli w milczeniu. A wtem coś zadzwoniło, zarżało, wyrżnęło w okno i do izby wle-ciał wraz z okiennicą okutany w barany osobnik. - A słowo stało się ciałem! - wykrzyknęły obie białogłowy. - Padłaś - dorzucił z zainteresowaniem Kudłaty Żmudzin. Przybysz zaś podniósł się i powiedział trochę bełkotliwie: - Dzień dobry. Jestem Staś Tarkowski! - Bredzi... - szepnęła panna - Być może oszalał z miłości? -dodała z nadzieja, podczas gdy młodzian uchwyciwszy ciotkę Kul-wiecównę za gardło wycharczał: - Gdzie moja córuś jedyna? Oddaj mi Danuśkę, krzyżacka zarazo! - Paszoł won! - wyrzęziła ciotka i w odruchu samoobronykopnęła go kościstym kolanem w instynktowne miejsce. Cios był widocznie skuteczny, gdyż szlachcic zawył, pobiegałchwilę w kółko, uderzył się w czoło i rzekł: - Jam jest Andrzej Kmicic! - Nareszcie się przyznał! - mruknęła z satysfakcją ciocia. Pan Andrzej odzyskując powoli kontenans, jął przyglądać sięwszystkim obecnym, aby zgadnąć, która z przytomnych mu osób mabyć jego narzeczoną. Wreszcie z kawalerską determinacją chwyciłza ręce Kudłatego Żmudzina i ku ognisku odwrócił, tak nim jakfryga zakręciwszy, a potem uderzył się po kontuszu i zakrzyknął: - Jak mi Bóg miły, rarytet! Kiedy ślub? - Padłaś - wyszeptał skromnie Kudłaty Żmudzin, zakrywając swemałe oczka wąsiskami i spoza nich zerkając figlarnie ku pięknemurycerzowi. - Pańska narzeczona tam oto stoi - rzekła surowo ciotka,wskazując panu Andrzejowi Oleńkę. - Jezus Maria... - jęknął chorąży orszański, pogrążony kresowąurodą dziewicy. - Wybacz waćpanno - wyjąkał - alem znał jej dziada, podko-morzego Herakliusza Billewicza i nie mogę się nadziwićpodobieństwu. - Prawda, że istna z niej skóra zdarta z nieboszczyka? - za-wołała z satysfakcją Kulwiecówna. - Oj, z nieboszczyka, z nieboszczyka...... - mruknął rycerz. - Skóra zdarta, ale gdzieniegdzie wypchana! - zażartowała cio-cia, popychając ich ku sobie, a Kmicica równocześnie w dół,skutkiem czego rymnął z hukiem na kolana. - Klęczy przed nią, o rękę prosi! - wrzasnęła triumfalniestara dama. - Wszyscy widzieli! - Tu sięgnęła za dekolt i pobłogosławiłamłodą parę wydobytym stamtąd wisiorkiem. - Padłaś - powiedział zgorszony Żmudzin - Taż to cycka! - O, pardon - zarumieniła się Kulwiecówna - Myślałam, żeszkaplerzyk! I naprawiwszy omyłkę, nakreśliła w powietrzu krzyż, a ponamyśle też drugi - prawosławny, bo na kresach nigdy nie byłowiadomo, jakiej kto wiary. - Ja bym i Gwiazdę Syjonu dorzucił - poradził Kudłaty Żmudzin,spoglądając badawczo na orli profil pana Andrzeja. Zaś pan Andrzej, któremu przejaśniało się już we łbie,gorączkowo kombinował, jak by się tu wycofać ze świeżo zawartegonarzeczeństwa. "Nic inszego - myślał - jeno muszę na pogardę onejpanienki solidnie zapracować, w którym to celu chyba portrety jejprzodków postrzelam. Upitę spalę, Wołmontowicze wymorduję, pannyPacunelki pogwałcę, a w końcu za Szwedy się zwiąże - to może jejobrzydnę?" I drapnąwszy z izby, jął realizować ów ambitny, ale jakżekarkołomny program." |
JoanAberdeen: miałem kiedyś adres ftp'a z całą masą tego. Jak znajdę to tu wrzucę ;-)
alez prosze:) nastepny odcinek:
| UCZTA W KIEJDANACH "Pewnego razu wybrali się na ucztę u Radziwiłła panowie rycerze- Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba i Skrzetuski, który uciekł naLitwę z obozu między Piłą z Ujściem, kiedy to pan Opalińskiprzeszedł na szwedzką stronę. Prawdę mówiąc, wszyscy wtedystamtąd uciekli, ale jeden pan Skrzetuski potrafił to uzasadnićwzględami patriotycznymi, dzięki czemu chadzał w aureoli prawegosyna zbolałej ojczyzny. Dodajmy od razu, że dla uproszczeniaakcji wprowadzamy tylko jednego Skrzetuskiego i jednego Radzi-wiłła. Nasz Radziwiłł nazywa się Janusz Bogusław i nosi się z polska po cudzoziemsku, kładąc kontusz na brabanckie koronki,a na francuskie pludry wciągając juchtowe buty, obficie wymosz-czone wiechciami z angielskiego rajgrasu. - Czołem, czołem panowie bracia! - zawołał chytrze Radziwiłł,aby ich skaptować do swoich niecnych zamiarów. - Co tam w tere-nie? Jak nastroje, kurcza ich mać? - pytał jowialnie, poklepującich poufale, jak to zazwyczaj wojewoda, choćby i wileński. Zaraz też poczuli się swojsko i każdy zapragnął popisać sięprzed księciem swoimi dokonaniami, a mianowicie Skrzetuski tym,że się swego czasu ze Zbaraża przekradał, Kmicic - że Chowań-skiego podchodził, pan Wołodyjowski - że jest pierwszą szablą Rzeczpospolitej, a Zagłoba - że najdowcipniejszy we wszystkim chrześcijańskim rycerstwie. Radziwiłł słuchał, chwalił, z rzekomego podziwu ręce i oczy w górę podnosił, ale zaraz opuszczał, aby ich objąć, co czynił z wewnętrznymi oporami, gdyż pan Zagłoba cuchnął okowitą, a panSkrzetuski nigdy się dobrze nie wywietrzył z onej kanalizacjizbaraskiej, przez którą był się czołgał, a co więcej, tak sobieów rodzaj podróżowania upodobał, że nie daj Boże, aby gdzie jakiebłocko albo i gnojówkę zobaczył, tedy zaraz tam hycał i krytążabką w paskudztwie się babrał. Na szczęście dano znać, że uczta już gotowa, więc wszyscyprzeszli do wielkiej sali, w której już siedzieli szwedzcyposłowie. - Ten gruby, czerwony, to hrabia Loewenhaupt, a ten chudy,zielony, to baron von Dudehoff - wyjaśnił pan Zagłoba. - A ów siny, zakatarzony? - A to moja narzeczona Oleńka Billewiczówna - wtrącił pan Kmi-cic, po czym dodał, klepiąc się po szabli: - A jeśli się komu niepodoba, to uszy poobcinam! - Bez uszu będzie jeszcze szpetniejsza - zauważył pan Skrze-tuski. - No, to nie poobcinam - zgodził się Kmicic i przestał klepaćszable. Właśnie w tej chwili książę Radziwiłł chciał zadzwonić buławąw kielich na znak, że będzie przemawiał, ale skutkiem zdenerwowa-nia uderzył w głowę księdza biskupa Parczewskiego, który natych-miast zemdlał. - Wody, wody! - zawołała wojewodzina wendeńska. - Kumpotu...! - szepnął biskup, odzyskując przytomność. -Słuchamy, słuchamy! - dodał uprzejmie. - Mości panowie! - zawołał książe. - Wielu spomiędzy was zdzi-wi to głosowanie, ale pragnę zapytać, kto jest za tym, abyśmyprzeszli pod panowanie króla Karola Gustawa? Głosujemy przez pod-niesienie mandatu. Wszyscy grzecznie podnieśli mandaty, tak jak ich przez długielata uczono. - Bardzo ładnie! - ucieszył się książe. - A więc tylko dlaczystej formalności spytam, kto w takim razie jest za tym, abypozostać pod władzą króla Jana Kazimierza? Ten głupi formalizm spowodował, że wszyscy znowu podnieślimandaty. - Wszyscy do pierdla! - ryknął rozjuszony magnat i już pochwili nasi znajomi rycerze siedzieli w solidnym, kiejdańskimpodziemiu. - Głupio wyszło... - powiedział pan Zagłoba. - To po co żeś waść głosował? - spytał pan Skrzetuski. - Wszyscy głosowali, to i jam głosował. A cóż to ja jakiś soc-jaldemokrata jestem, czy co? A waść, panie Michale, to niby niegłosowałeś "za" ? - Głosowałem z nawyku "za", ale wąsikami ruszałem "przeciw". - Akurat komuś się chciało gapić w pańskie wąsiki! - zaśmiałsię Kmicic, który też z nimi siedział wbrew temu, czego niektórzyczytelnicy oczekiwali. Wtem do lochu wszedł tępogłowy oficer. - Jestem Roch Kowalski - przedstawił się. - A to jest paniKowalska - oświadczył, pokazując zardzewiałą szable tkwiącą bez-nadziejnie w starej wysłużonej pochwie. - Jakże to tak? - zdziwili się więźniowie. - To z własną szab-blą żywiesz? - A żywię, a co mi tam? - odrzekł butnie Roch. - Jedyna to mo-ja i najmilejsza przyjaciółka! Hej - dodał marzycielsko podadresem szabli - żebyś ty tak jeszcze, szelmo, gotować umiała! - Jeżeli nie masz żadnej inszej rodziny - wzruszył się panZagłoba - to mów mi wuju. - A ja nie chce waści mówić "wuju" - zaperzył się Roch. - Naj-wyżej mogę coś do rymu - zażartował wulgarnie i powsadzał jeńców na wóz, żeby ich zawieźć do Birz i wydać Szwedom. Wszyscy bardzo się tą wiadomości ucieszyli, a najbardziej panKmicic. - Nie ma to jak u Szwedów - mówił - smacznie, porno i wyt-worno, a Szwedki duże blondyny! Komm hier svenska Fleka, zrobimyczłowieka! - zacytował popularne, skandynawskie przysłowie. - Święta to prawda - potwierdził cnotliwy pan Skrzetuski. - Opowiadał mi o tym podkanclerzy koronny, pan HieronimRadziejowski, któren był tam na saksach i już po trzechmiesiącach wrócił własną gablotą sześciokonną, a wcale się spec-jalnie nie napracował, tyle że po karczmach garnki zmywał, a no-cami po szpitalach nocniki wynosił, co dla polskiego dygnitarza,chwilowo od nomenklatury odsuniętego, nie jest żadną ujmą. - Do Szweda, do Szweda! - zawołali z entuzjazmem rycerze nawieść o tych wspaniałościach. Ale, niestety, jak to u nas, popili się, zaczęli przebieraćjeden za drugiego, a wreszcie pan Zagłoba w mundurze Rocha Kowal-skiego oświadczył, że on poprowadzi konwój. I jak zacząłprowadzić, tak wszyscy wpadli w ręce skonfederowanych chorągwi i musieli się do nich przyłączyć. A tak ładnie się zapowiadało." |
i dalej: ZAGLOBA HETMANEM "Pewnego razu skonfederowane przeciw Szwedom chorągwie zebrałysię pod Białym Stokiem. Na razie nie udało im się zorganizowaćżadnej większej bitwy, gdyż nikt nie chciał nikogo słuchać.Kiedyś nawet umówili się ze Szwedami, że się trochę pobiją, alegdy się przed walką zebrali na naradę, to każdy miał innepomysły: jeden żądał, żeby zacząć od szarży husarskiej, inny -żeby okrążyć przeciwnika na tatarską modłę, a jeszcze inny - żebynajpierw teren dokładnie, po niemiecku ostrzelać. I długo to trwało, aż wreszcie gdy wszystko uzgodnili i przybyli na umówionemiejsce, to Szwedów już dawno nie było, bo zmarzli i odjechali dodomu, a uprzednio popisali na drzewach różne ordynarne uwagi,gdzie oni mają takie wojowanie. - Wybierzemy sobie hetmana, to będzie porządek - powiedziałpułkownik Żeromski - Mamy nawet zapasową buławę, którą kiedyś panRewera Potocki do Sapiehy w karty przegrał, ale Sapiesze nijakbyło z dwiema buławami naraz wojować, gdyż ręce obie miałbyzajęte, a wiecie waszmościowie jako on w nosie rad dłubać... - Wiemy, wiemy! - zawołało towarzystwo. - No właśnie, dlatego też ową wygraną buławę w Białym Stokuostawił. - No, to do wotów, do wotów! - zaproponował pułkownik Kotow-ski. - Ja, osobiście, na pana Skrzetuskiego głosuje, któren jestwojownik wielki i doświadczony, a przy tym ma piękną brodę i sześciu synów, co już samo w sobie dostateczną stanowi rękoj-mię. - Nie wiem, co tu synowie do rzeczy mają - mruknął kwaśnoWołodyjowski, sam na buławę hetmańską łasy - zwłaszcza, że dwajnajstarsi dziwnie do Bohuna podobni. - To nie prawda! - wrzasnął oburzony Skrzetuski. - Nie dwaj,tylko jeden trochę podobny, a to dlatego że Helena przestraszyłasię Bohuna, gdy ją przydybał w barze, o czem pan Zagłoba możezaświadczyć! - W barze czy w landarze, grunt że zdrowe gówniarze! - rzekłsentencjonalnie Zagłoba, chcąc czym prędzej uciąć drażliwy temat,szczególnie iż trzeci z kolei syn państwa Skrzetuskich urodziłsię z bielmem na oku i od małego lubił sobie popić. - To może pan Kmicic hetmanem chciałby zostać? - spytałpułkownik Lipnicki wysuwając szufladę, w której zalśniłapozłocista buława. Kmicic, jako że był gorączka, skoczył po niąbez słowa, ale nie zdążył, gdyż Lipnicki szufladę zatrzasnął,miażdżąc dwa palce młodemu zagończykowi. - Cha, cha, cha! Ale go splantował! - ryknęli oficerowie z właściwym ich zawodowi poczuciem humoru. - Wolej mi było zginąć! - lamentował Kmicic. - I jakże ja teraz pięć wódek w knajpie na migi zamówię? - To zamawiaj pół litra. To jest akurat pięć wódek. - Poradziłżyczliwie Lipnicki, który nigdy długo urazy nie żywił. - A terazdo wotów panowie, do wotów! - Zagłoba, bracie, wysuń moją kandydaturę - błagał szeptemWołodyjowski. - A ja za to nikomu nie powiem, żeś Burleja w Zbarażu nie usiekł! - Pst! - Zagłoba rozejrzał się podejrzliwie. - Jak to,powiadasz, żem go nie usiekł? - A pewno, że nie. Przecie to ksiądz Muchowiecki monstrancjągo zatłukł, ale bał się przyznać do takowej profanacji. - No dobrze... - zgodził się niechętnie Zagłoba i zaproponowałpana Michała na hetmana. - Wołodyjowskiego? - skrzywił się Skrzetuski. - Pewnie że do-bry z niego żołnierz, ale co z tego, gdy kurdupel. - Nie jestem kurdupel - zapiał mały rycerz - Jestem średniegowzrostu. Prawda, Jóźwa? Jóźwa Butrym Bez Nogi, totumfacki i przybocznyWołodyjowskiego, spojrzał ponuro po obecnych i kładąc dłoń narękojeści garłacza rzekł dobitnie: - Pan pułkownik Wołodyjowski jest średniego wzrostu. - Pewnie że średniego - przyznali wszyscy obłudnie. Na to podstępny namiestnik Żeromskiego, pan Jachowicz, spytałz pozorną życzliwością: - A któż wam te nogę tak galanto oberżnął, mój żeż ty dzielnyJóźwo? - Też pan pułkownik Wołodyjowski! - odparł z uznaniem Jóźwa. -A to wtedy, gdy swego słynnego, polskiego młynka ćwiczył szablą,a jam niechcący wszedł do izby. - W takim razie pan Wołodyjowski liczy sobie równo metr trzy-dzieści sześć - stwierdził z triumfem Jachowicz zmierzywszy pro-tezę Jóźwy. - No, to nie mamy kandydata! - zasmucił się Żeromski. - Chy-ba... - dodał po chwili namysłu - . . chyba żebyśmy obrali panaZagłobę... - Nie ma zgody. Zagłoba to opój! - wrzasnął Kmicic, który dlazagłuszenia bólu w zranionej ręce upił się tymczasem siwuchą. - Nie tylko opój, ale i lubieżnik! - dorzucił Skrzetuski. - I jeszcze w dodatku blagier! - uzupełnił Wołodyjowski. - Rochu, wuja ci obrażają! - zapłakał Zagłoba. - Kto wuja obraża, ten jakoby ojczyznę, matkę naszą obrażał! -oświadczył Roch Kowalski i muśnięciem potężnej pięści rozciągnąłWołodyjowskiego na podłodze. - Jóźwa Butrym do mnie - rozkazał mały rycerz, - Soroka, bierzich! - wybełkotał Kmicic. - Rzędzian, łubu-du! - zarządził Skrzetuski. Zaczem wierni goryle utworzyli w pośrodku izby wirującekłębowisko. Kurz podniósł się z nie trzepanego dywanu i przysło-nił walczących. Słychać było tylko dopingujące okrzyki oficerów, straszliwe łomotanie jakoby młotów bijących w kowadła i od czasu do czasu okrzyki: - Ależ ty! No, no, no! Tylko nie po oczach! Gryziesz, chamie? - i tym podobne. Wreszcie z podłogi dźwignął się zwycięski Roch Kowalski i chwyciwszy buławę podął ją panu Zagłobie. Ów zaś ujął ją os-trożnie, ucałował i wzniósłszy oczy w gore rzekł: - Za grzechy moje, przyjmuje! - Z którego to tekstu korzystałjuż zresztą przed nim Jarema Wiśniowiecki, a po nim JaremaMaciszewski. Zaraz też zabrzmiało tradycyjne "sto lat" i starzytowarzysze ruszyli hurmą z gratulacjami. - I od czego, ojciec, zaczniesz swe rządy? - spytał poufaleSkrzetuski, który poprzednio był wprawdzie kandydaturze Zagłobyprzeciwny, ale wybranemu w tak demokratyczny sposób pierwszy rękęuścisnął. - Zacznę od tego - odrzekł Zagłoba, bawiąc się od niechceniabuławą. - Zacznę od tego, że postaram się sobie przypomnieć, ktomnie tu nazwał blagierem, świnią i opojem."
"Bedąc młodą lekarką: Kontrola
Bedąc mlodą lekarką wysuniętą głęboko w teren, muszę jak sejf...
s...sejsmogram reagować na szeroki wachlarz zjawisk i nawet na
najbardziej niebezpiecznym odcinku zachować umysłową przytomność. Jako
przykład zapodam tę oto wizytę, która odbyła się w ubiegły wtorek o
godzinie dziewiątej czterdzieści pięć czasu grenwich.
- Dzień dobry pani doktór !
- Dzię dobry. Co panu dolega ?
- Jestem, pani doktór, w aagoni !
- Proszę więc rozpiąć paltot, powiedzieć "a-a-a" i zgiąć stawy skokowe.
- Ale stan mój jest nieodwracalny i grozi mię zejściem !
- Proszę zatem opuścić moją przychodnię, gdyż przewidziana jest dla chorych ambulatoryjnie, a nie zejściowych.
- A gdybym zapłacił dobrą honorarium?
- Nie godzi mię się tego słuchać. Jestem wszak lekarką uspołecznioną.
- A gdybym zapłacił w zielonych?
Pacjent stał z twarzą podchwytliwą...
- No?
... Mię zaś podejrzenie jak strzała przeszyło pierś, którego jednak nie dałam rozpoznać po sobie.
- Nie rozumię aluzji. Proszę zapodać objawy chorobowe.
- No to ja już nie będę dalej ukrywał w bawełnę i powiem wprost, że jestem z województwa i przyjechałem na kątrol. Hyhy.
- Och.
- Jak dotąd wypadliście pozytywnie.
- Witajcie więc i rozpłaszczcie się.
- Hyhyhy.
- Zrobiłabym kawę, ale jest to skromna placówka oddalona od mętropolii. Może poczęstujecie się wodą źródlaną ze studni?
- Dziękuję. Pokażcie mię raczej sprawodawczość. - Proszę.
- Ho, ho, jakże przejrzysta i czytelna!
- Od wczesnych lat cechowała mię kaligrafia. - To się chwali. A jaka jest uzdrawialność w skali półrocza?
- Dziewięćdziesiąt osiem przecinek dziewięć procęt. Osobiście na nią rzutuję.
- A zgony kwartalne?
- Zerowe.
- Oczom nie wierzę, uszom nie słyszę! Ani jednego zgonu?
- Owszem, dwa, ale juz za progiem przychodni, więc nie wciągnęłam.
- Bardzo słusznie. A natomiast zużycie waty i gazików rocznie?
- Zero pięć.
- Tony?
- Skądże znowu, ha, ha, ha. Nie podpuszczajcie mię. Kila!
- Sczykawkę jednorazową posiadacie na stanie?
- Posiadam sztuk jedną. Jest zamknięta w tej oto skrytce, kluczyk od której przechowuję na piersiach.
- Lekami, mniemam, nie szastacie.
- Skądże znowu! Zamiast deficytow - yyyy... szkodliwych dla zdrowia
preparatów chemicznych postawiłam na skalpel, sondę i wziernik. Nie
boję się albowiem trudu rąk własnych dla dobra nas wszystkich.
- Gratuluję! Globalnie macie piękne osiągi. A wasze dane liczbowe są
bez zarzutu. Trochę ję może zawyżymy, a gdzie trzeba zaniżymy.
- A czemuż to? Wyraziliście się przed chwilą, że nie mają zarzutu.
- Ale one idą do zwierzchności, więc wymagalna jest mała kosmetyka. Strzeżonego przewodniczący komisji strzeże! Haha, hahaha!
- Hahaha !
- Resumując, sprawdziliście się na swym posterunku. A, jakby to
powiedzieć, nie macie jak to w terenię trochę jajek czy może kuraka?
- Coś tam jest w sterelizatorze. Dysponujcie do woli.
- Hehe. Dziękuję i żegnam.
Po wyjściu kątrolera przeszła mię ciarka, że mogłam go nie rozpoznać i
nawet coś mu obcesowo wyciąć, rujnując tym mój dalszy rozwój
naukowo-badawczy. Na szczęście instynkt młodej lekarki jeszcze raz się
samopotwierdził. Do usłyszenia."