Podczas gdy lider partii UKIP Nigel Farrage rozsiewa na Wyspach niechęć do Unii Europejskiej, zyskując przy tym coraz więcej poparcia, nowa inicjatywa – British Influence Group – zrzeszająca polityków różnych partii robi wszystko, aby utrzymać przy zdrowych zmysłach zarówno Davida Camerona, jak i Brytyjczyków.

Według sondażu Sky News przeprowadzonego na początku czerwca więcej niż połowa Brytyjczyków chce opuścić Unię Europejską, jako główne powody podając problemy z kontrolą imigracji z krajów unijnych, brak pracy i kontrowersje wokół praw człowieka ustanowionych przez konwencję europejską.
W samą porę pojawia się więc grupa British Influence Group pod przewodnictwem Petera Wildinga, w której politycy z różnych partii nie tylko promują pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii, ale i opowiadają się przeciw referendum, które David Cameron obiecał rodakom w przemowie na początku tego roku.
W rozmowie ze mną Peter Wilding, szef British Influence Group, którego praca od 20 lat związana jest z Unią Europejską, ma odpowiedzi przygotowane z myślą o polskich czytelnikach. Zapytany, skąd dążenie do tego, aby UK pozostała w Unii, Wilding rozpoczyna swoją litanię słowami: – Wielka Brytania to otwarty, patrzący w przyszłość kraj, który otworzył drzwi dla wielu imigrantów – tłumaczy. Później dodaje: – Osobiście wierzę, że Polacy są u nas bardzo mile widziani. Założyłem grupę British Influence, ponieważ uważam, że Wielka Brytania powinna być liderem Unii Europejskiej, a nie próbować z niej uciekać.
Potem nawiązuje do przemowy polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, który niedawno przekonywał Brytyjczyków do tego samego. Polacy na Wyspach nie muszą być jednak przekonywani do pozytywnych aspektów europejskiego członkostwa, im bowiem zawdzięczamy możliwość życia i pracy tutaj. Twardym orzechem do zgryzienia są sami Brytyjczycy. Czy British Influence Group wystarczy siły, aby w porę przekonać swoich rodaków i zapobiec referendum?
Grupa British Influence została założona w styczniu tego roku, krótko po wielkiej “europejskiej” przemowie Camerona, a jej celem jest walka z eurofobami (czyżby brytyjski odpowiednik Europy Plus pod przewodnictwem Kwaśniewskiego i Palikota?). W jej skład wchodzą politycy różnych partii: były minister finansów z partii torysów Kenneth Clarke, Lord Mendelson z partii laburzystów oraz poseł Liberalnych Demokratów Douglas Alexander.
Różnorodność partyjna w grupie z pewnością działa na jej korzyść. Wilding szybko jednak zaprzecza, aby grupa miała zamiar założyć własną partię lub działać przeciwko Davidowi Cameronowi.
– Pozycja, jaką zajął premier, jest bardzo mądra – mówi Wilding. – On zdaje sobie sprawę z tego, że musimy odgrywać ważną rolę w Europie. Chce w niej pozostać, ale różnica pomiędzy nami jest taka, że my nie chcemy, aby doszło do referendum – dodaje. W jaki sposób zamierzają temu zapobiec?
– Musimy się dowiedzieć, co ludzie czują i myślą, jakie są ich zmartwienia – tłumaczy Wilding. – Nigel Farrage dociera do pewnej określonej grupy: osoby starsze, rodowici Anglicy, pochodzący z południowo-wschodniej części kraju – tłumaczy. – Krótko mówiąc, ludzie, którzy chcą zatrzymać świat i wysiąść – mówi Wilding. – Ale podczas ostatniego programu Question Time w BBC, gdy wśród publiczności wyjątkowo zasiadali wyłącznie nastolatkowie, Farrage nie radził sobie tak doskonale. Większość młodych Brytyjczyków chce bowiem pozostać w Unii – stwierdza Wilding.
W czasach pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i zaciskania pasa Brytyjczycy coraz bardziej sprzeciwiają się rozdawaniu pieniędzy innym krajom w Unii Europejskiej. To podejście nie do końca pojmuje Wilding.
– Brytyjczyków ogarnia szaleństwo, jak pomyślą o tym, ile pieniędzy wyciska z nich Bruksela – twierdzi. – Jeśli wierzysz, że Europa kastruje twoją władzę i okrada twój portfel, to oczywiste, że nie będziesz chciał w niej pozostać. My chcemy, aby ludzie zrozumieli, że siła Wielkiej Brytanii leży w Europie i we współpracy z nią, a nie występowaniu przeciwko niej.
Czy jednak Wilding i jego grupa rozpoznają obawy Wyspiarzy w związku z wielką emigracją z krajów Unii Europejskiej, która wydaje się coraz trudniejsza do kontrolowania?
– Należy sprostować tutaj pewną kwestię: Brytyjczycy nie mają problemu z niekontrolowaną imigracją, tylko z tą, która jest czysto ekonomiczna – tłumaczy Wilding. – Podczas gdy mamy dla nich otwarte granice, nie mamy otwartych książeczek czekowych dla każdego – podsumowuje.
Ile w tym prawdy, ile czysto politycznej retoryki, a ile chęci odegrania się na liderze UKIP – czas pokaże. Trudno jednak nie zgodzić się z rozumowaniem inicjatorów British Influence i nie pochwalić ich za odwagę w podejmowaniu walki z eurosceptycyzmem. “Britain to lead not to leave” – starają się powiedzieć. Miejmy nadzieję, że uda im się przekonać do Europy resztę kraju, zanim staniemy przed dylematem referendum, które może okazać się dramatyczne w swoich konsekwencjach.



Komentarze 2
Jezeli wybory wygra Partia Pracy to referendum w ogole sie nie odbedzie , aczkolwiek jednak skoro wiekszosc jest za wyjsciem to nie beda na nich glosowac .
Zaraz ktos napisze ze jak oni sobie poradza bez imigrantow ? szczegolnie bez polakow ?
Jakos sobie radzili przed 2004 ,poza tym osoby ktore maja wyrobiony Permanent Resident nie zostana wyrzucone z UK po ich wyjsciu z EU , jezeli nawet wygra UKIP -najbardziej anty unijna partia to osoby ktore beda mialy udokumentowane 7 lat pobytu rowniez obejmie amnestia. Poza tym nadal beda przyjmowac wykwalifikowanych robotnikow z Polski z tym ze na Work Permit . Najpierw jednak trzeba poczekac na wynik referendum a pozniej sie ewentualnie martwic o ile bedzie czym ...
Eurosceptyzycm- znowu wymyslanie nowej nazwy dla czegos innego. Pedalstwo- to jakas tam odmiennosc. Swoiste samobojstwo to tolerancja sie nazywa. Inwalida to sprawny inaczej a zdrowy rozsadek to sie nazywa eurosceptycyzm. Patrzac na ta cala unie i jej "sukcesy" gospodarcze to az dziw bierze, że tylko UK mysli o wyjsciu.
Zgłoś do moderacji