Od zawsze była Prowansja Mekką artystów, inspiracją ludzi pióra, a nawet jasnowidzów. W średniowieczu zamieszkiwał tu Petrarka - poeta, uważany za jednego z ojców włoskiej literatury. Był on dworzaninem papieży w Awinionie i tu spędził długie lata życia.


Prowansję w literaturze uwiecznił m.in. poprzez opis swojej wspinaczki na leżącą w departamencie Vaucluse Mont Ventoux. Licząca niemal 2000 metrów góra zwana jest przez miejscowych “Bestią” albo “Łysym olbrzymem”. Podejście na Mont Ventoux jest rzeczywiście trudne - bardzo długie i strome, szczyt góry pokrywają zaś białe skały i osypiska głazów (stąd nazywanie góry “łysą”) i często tonie on gęstych chmurach. Dzisiaj jej niezwykłe właściwości wykorzystuje się w wyścigu Tour de France, którego jeden z etapów, iście morderczy, ma miejsce właśnie na czubku olbrzyma.
Ponad sto lat temu odkryli Prowansję dla malarstwa francuscy impresjoniści i ich młodsi koledzy - malujący światłem, ale w duchu bardziej dekadenckim postimpresjoniści. Inspirowane jej pejzażami obrazy zmieniły raz na zawsze sztukę i szturmem weszły do jej historii. Do dziś znane są milionom i reprodukowane w tysiącach egzemplarzy w kalendarzach, na pocztówkach i ikeowskich plakatach.
To tu, pod rozprażonym prowansalskim niebem malował swe tętniące kolorem i lśniące słonecznym blaskiem obrazy Paul Cezanne, który pewnego styczniowego dnia przyszedł na świat w Aix de Provence. W Prowansji artysta spędził także większość swego życia, uwieczniając na płótnach jej krajobrazy, w tym z dużym upodobaniem górę Sainte Victoire. Wielki wpływ wywarła Prowansja na twórczość Vincenta Van Gogha, który wprawdzie mieszkał tu zaledwie dwa lata, jednak to właśnie w Prowansji namalowane dzieła zyskały mu nieśmiertelną sławę. To tu powstały słynne na cały świat “Sypialnia w Arles” czy “Taras kawiarni nocą” (znany także jako “Nocna uliczka w Arles”) i przede wszystkim “Słoneczniki”. Inspirowała także m.in. Renoire’a, Matisse’a, Pabla Picassa (który od 1919 r. regularnie przyjeżdżał na wakacje na Lazurowych Wybrzeżu, a wreszcie zamieszkał tu na stare lata), czy Moneta, którego pola maków na płótnach wyglądają całkiem jak dzisiejsze łąki krwistoczerwonych “coquelicot”
Opisywali Prowansję pisarze - by wspomnieć mniej znanego w Polsce francuskiego autora Marcela Pagnola, który o krainie swego słonecznego dzieciństwa opowiedział w “Chwale mego ojca” i “Zamku mojej matki” (powieści stanowią dwie pierwsze części cyklu „Wspomnienia z dzieciństwa”- Souvenirs d’enfance). Lepiej zapewne znany współczesnym czytelnikom jest już Anglik Peter Mayle: piętnaście lat temu pisarz przeżył swój pierwszy “Rok w Prowansji”. Jego wspomnienia - opis życia wiedzionego przez autora i jego żonę w tej francuskiej krainie, która, znana im poprzednio tylko z wakacyjnych wyjazdów stała się wreszcie ich domem - wdarły się szturmem na szczyty list bestsellerów na całym świecie. Dzięki książce jej główna bohaterka - Prowansja - stała się znowu podróżniczym przebojem.
Tak naprawdę nigdy jednak nie wyszła z mody. W końcu to tu znajdują się znane wszystkim perły Lazurowego Wybrzeża - Nicea, Cannes czy wspomniane już Saint Tropez. To ostatnie było oczkiem w głowie pisarki Colette (autorki skandalizującej “Klaudyny”, opisującej świat przedwojennej francuskiej prowincji, w tym szkołę dla nie całkiem niewinnych dziewcząt). Collete poznała Prowansję już jako dorosła kobieta, jednak - jak wielu-zakochała się bez pamięci. Za przyczynkiem artystki i kierowanego przez nią komitetu odbudowano i odrestaurowano zniszczone wojną Saint Tropez, które stało się prawdziwą perełką.
To tutaj, w zamku Chateu d’If uwięziony był hrabia Monte Christo. Tutaj “tańczyli panowie, tańczyły panie, na moście w Awinion”, o których pisał Krzysztof Kamil Baczyński. Tutaj wreszcie mieszkał sam słynny… Nostradamus.
Prowansja i prowincja - czyli zamki, bastides i celebryci
Najlepsza metoda na Prowansję to powolne jej przemierzanie, z dala od utartych szlaków. Na północ od Aix de Provence rozciąga się kraina takich właśnie zapomnianych przez czas miejsc. Jeśli poruszamy się samochodem z GPS warto ustawić trasę turystyczną! Podróż może będzie wolniejsza, ale przecież o to chodzi: wąskie, wiejskie drogi wiodą wzdłuż najpiękniejszych krajobrazów. Trasa cieszy oczy widokami winnic i wzgórz, na które wspinają się średniowieczne miasteczka w pomarańczowym kolorze. To ochra - barwnik, który przez wieki wykorzystywany był do kolorowania, produkcji farb, malowania domów i obrazów. Jej złoża znajdują się w prowansalskim Roussillon. Wydobycie odbywa się metodą odkrywkową, więc kopalnia wygląda jak wielka piaskownica, wypełniona pomarańczowym piaskiem. Wzgórze ochry zwieńczone jest zielonym pasem sosen.
Porozrzucane po wzgórzach miasteczka kryją wąskie i strome uliczki, kamienne domki, stare jak samo chrześcijaństwo romańskie kościoły i opuszczone zamki, po których za dnia hula wiatr, a nocą błąkają się duchy. Czyje, zastanawiam się patrząc na ruiny Lacoste (!) - zamku, który wieki temu należał do samego markiza de Sade. W latach rewolucji francuskiej, jak wiele innych wówczas, został splądrowany i doprowadzony do niemal zupełnej ruiny. W 2001 r. kupił go sam Pierre Cardin, który zaczął remont posiadłości i corocznie organizuje w nim festiwale muzyczne. Cóż za niezwykła kolej rzeczy…


Z zamku roztacza się rozległy widok na dolinę Calavon. Strzeże jej Łysy Olbrzym, czyli Mont Ventoux. U jego stóp przycupnęły rozsypane wśród winnic miasteczka. Wśród ich kamiennych domów mieszkają nie tylko duchy uwiedzionych przez de Sade’a dziewic, ale także jak najbardziej żywi ludzie. Prowansja jest nie tylko duża i gęsto zaludniona, ale także bardzo popularna wśród turystów, celebrytów, twórców, tak filmu i estrady, jak i wszelkiego rodzaju niebieskich ptaków. Miejscowi nieraz zżymają się na ceny, windowane w górę turystycznym popytem oraz… korki. Co to bowiem kogo obchodzi, że “tak tu ślicznie” - oni chcą punktualnie dojechać do pracy, czy szybko zrobić codzienne zakupy, słyszymy od mieszkańców Luberon.
Dla nich otaczające “okoliczności przyrody” są kompletną normalką i bez mrugnięcia okiem przyjmują fakt, że np. w przydomowych ogrodach w maju widać już na drzewach zawiązki fig, a w gałęziach pinii uganiają się kolorowe ptaki, wypisz wymaluj przypominające papugi. To kolorowe jak tęcza żołny. Gdyby były ludźmi lubiłyby tajską kuchnię - żołna to ptak, który lubi naprawdę ostre dania: żywi się bowiem… osami i pszczołami. Jak jednak wynika z badań, tak naprawdę żołna zjada wyłącznie owady schwytane w locie, czyli wtedy gdy nie mogą się one posłużyć żądłem.
Nawet jednak wyjątkowo zblazowani i znudzeni ochami i achami turystów Prowansalczycy mają parę słabostek, które są w stanie (lekko) ich podekscytować. Jedną z takich rzeczy jest wieść, że oto ktoś nie jest zwykłym śmiertelnikiem, lecz właścicielem bastide. Bastide (w Ameryce Południowej nazwano by ją “hacjendą”, w Wielkiej Brytanii - “mansion”) to rodzaj domostwa - tradycyjna wiejska posiadłość, która w dawnych czasach należała do zamożnej rodziny (a i dzisiaj na jej kupno pozwolić sobie może tylko bogacz). Wznosi się z reguły na zboczu wzgórza, z rozległym widokiem na dolinę i otoczona jest sporym kawałkiem ziemi. Wewnątrz bastide mieści się z reguły eleganckie patio, a na zewnątrz otacza ją ogród. Wiele bastide oferuje dzisiaj luksusowe apartamenty wakacyjne. Jedną z najbardziej znanych jest posiadłość, w której latami wypoczywał pisarz Marcel Pagnol, nie ma jednak wątpliwości, że i dzisiaj niejedna prowansalska posiadłość należy do gwiazdy. Omijając blichtr Saint Tropez wiele sław wybiera bowiem dyskretny wypoczynek w wiejskich posiadłościach: pamiętajmy, że jesteśmy we Francji i prywatne zamki (chateaux) nie są tu niczym niezwykłym.


Gwiazdami miejscowi przejmują się jednak znacznie mniej i już np. wieść, że oto w pobliskiej wsi mieszka znany aktor czy pisarz wzrusza ich w sumie niewiele. Zwłaszcza, gdy jest to… Amerykanin, jak John Malkovich (który podobno ma swój wakacyjny dom oraz winnicę w Bonnieux), czy Angelina Jolie i Brad Pitt, którzy kupili w Prowansji posiadłość wartą ponad 40 mln dolarów. Bardziej uciążliwi niż sami celebryci są zresztą paparazzii oraz wielbiciele. Ci ostatni spowodowali m.in., że swój pierwszy prowansalski dom Peter Mayle musiał sprzedać. Hałas i zamieszanie, które wywoływali jego czytelnicy sprawiły, że życie tak pisarza, jak i jego sąsiadów stało się nieznośne i jednym rozwiązaniem okazała się przeprowadzka. Nowego adresu Mayle przezornie już nie zdradza.
Saint Tropez
Gdy natomiast nie wiemy, gdzie szukać celebrytów, a mamy nieuleczalną ochotę otrzeć się o otaczający ich blichtr, pozostaje nam wycieczka do Saint Tropez. Warto wybrać się na nią malowniczą trasą wzdłuż wybrzeża, wiodącą serpentynami tuż nad brzegiem (chwilami zdecydowanie zbyt blisko, jak podpowie wam przyspieszony na niektórych odcinkach puls) Morza Śródziemnego. Niektórzy spierać się będą, czy Lazurowe Wybrzeże to jeszcze Prowansja (rozważania te przytoczone zostały już w zeszłym tygodniu, w poprzedniej części przewodnika). Niezależnie od klasyfikacji geograficznej tak turystycznie, jak cenowo lokuje się ono na jednej z najwyższych europejskich półek.
W podróży warto zajrzeć do Cassis. Miasteczko zamyka najsłynniejszy na Cote d’Azur 20-kilometrowej długości szlak calanques, zaczynający się na wysokości Marsylii). To, znane z pocztówek czy filmów, malownicze błękitne zatoki, którymi w białe skaliste wybrzeże wcina się Morze Śródziemne. Jeśli zaś z Cassis skierujemy się trasą nad brzegiem morza do La Ciotat będziemy mieli szansę zobaczyć je w całej okazałości, ze wzniesienia, na które wspina się droga. Jej budowniczy zdawali sobie sprawę z niezwykłych walorów trasy i choć sama droga jest wąska, stroma i kręta nie brak przy niej miejsc do bezpiecznego zaparkowania samochodu, można więc wysiąść z auta i dowolnie długo podziwiać widoki. Z parkingu na szczycie wzniesienia roztacza się widok na wybrzeże Morza Śródziemnego; w wielkiej oddali widać Chateau If - zamek na wyspie, w którym uwięziony był hrabia Monte Christo.
Saint Tropez na pierwszy rzut oka nie oszałamia przepychem. Jego rozmiar dociera do mózgu stopniowo - gdy dociera się do portu i widzi, że zacumowane w nim jachty to ogromne luksusowe jednostki, warte pewnie nieraz i kilkanaście milionów euro. Przy niektórych słowo “jacht” to zresztą duże niedopowiedzenie - wyglądają raczej jak statki. Wychodzą z nich luksusowo ubrani pasażerowie; młode kobiety siadają w restauracyjnym ogródku i zamawiają szampana i ostrygi. Spacerujący koło mnie prawnik przez telefon uzgadnia szczegóły kontraktu na dostawę ropy naftowej. Nawet zegar w porcie nosi napis Rolex.



Na szczęście dla zwykłych śmiertelników są także i wszędobylskie stragany z turystyczną tandetą. Za kilkanaście euro można więc zakupić kalendarz i wracać do domu z triumfalnym poczuciem, że zrobiło się zakupy w Saint Tropez. Spacerując mijamy luksusowiczów, którzy łażą po butikach, rozsianych po ciasnych i krętych uliczkach dawnej rybackiej wioski. W jednym z zaułków kryje się Gendarmerie, czyli posterunek policji. Jaka szkoda, że nigdzie nie spotkaliśmy żandarma z Saint Tropez! Smutek powstały w naszych wnętrzach z tej przyczyny leczymy lodami, które mają prawdziwie luksusową cenę - 9 euro za gałkę.
Lawenda i lawendyn
Włócząc się po prowansalskich miasteczkach co i rusz natknąć można się na stragany z lawendą, sklepy z lawendą, produkty z lawendą i pola z lawendą. Nie każda jednak lawenda jest nią naprawdę. Roślina nazywana lawendą może należeć do jednej z licznych odmian. Niektóre z nich poddano krzyżowaniu tworząc hybrydę, która jest łatwiejsza w uprawie i bardziej wydajna, a więc w rezultacie i tańsza. Ta hybryda nazywana jest lawendynem (lavandin). W wielu przypadkach to, co znajdziemy w sklepach pochodzi właśnie z przetwarzania lawendynu, robiąc więc zakupy warto zwrócić uwagę, czy napisy na opakowaniach mówią o lawendzie (lavande), czy lawendynie (lavandin). Ten ostatni ma nieco inny, ostrzejszy zapach, co wynika z zawartości pewnej ilości określonych olejków eterycznych (głównie kamfory), co sprawia, że olejek lawendynowy różni się nieco od lawendowego, mającego delikatniejszą, słodszą naturę. Przetwarzanie lawendy jest znacznie droższe, dlatego prawdziwy olejek lawendowy dodaje się raczej do kosztownych produktów, np. markowych kosmetyków.
Słynne na cały świat prowansalskie lawendowe pola pokrywają się kwiatami w okresie lata. Unosi się wówczas nad nimi upajający zapach. Należy jednak uważać ze spacerami po takich pachnących fioletowych kobiercach, a zwłaszcza nie wpadać na pomysł ucinania sobie na nich drzemki: poza reakcją rozgniewanego miejscowego farmera może nas bowiem także spotkać niemiły ból głowy - ilość olejku eterycznego, który unosi się w powietrzu może być zwyczajnie zbyt duża i wręcz szkodliwa. Lawenda jest także podejrzewana o właściwości fototoksyczne (jej olejek sprawia, że skóra staje się nadwrażliwa na światło).





Szczegóły techniczne, czyli podróż na miejsce
Połączenia lotnicze do Prowansji są raczej łatwe do wyszukania i niekoniecznie muszą być drogie. Z UK latają tutaj tani przewoźnicy, jako że są to tradycyjnie wakacyjne rejony dla zmarzniętej północnej Europy - np. linie Ryanair latają do Marsylii, Montpellier oraz Tulonu, Easyjet - do Montpellier, Marsylii i Nicei.
Jeżeli chcemy pozwiedzać, warto rozważyć wypożyczenie na miejscu samochodu. Na lotniskach nie powinno być z tym problemu - wypożyczalnie są powszechne, oferują zróżnicowane ceny i marki, raczej powinno dać się dopasować coś do naszych potrzeb i portfela. Na pewno warto zdecydować się na samochód z klimatyzacją, bo już w maju, z temperaturą na poziomie 27 stopni w cieniu (miejscowi mieszkańcy zapewniali nas, że to “wyjątkowo łagodna wiosna”) trudno byłoby bez niej wytrzymać. Letnie miesiące są jeszcze o wiele gorętsze. Zima natomiast bywa całkiem surowa, jak na tę szerokość geograficzną - sucha i z ostrym powietrzem oraz paskudnym wietrzyskiem - słynnym mistralem, który nazywa się znacznie ładniej, niż prezentuje: lodowaty wicher potrafi dąć dobrych kilka dni, zamieniając tradycyjne w Prowansji kamienne domy w prawdziwe lodówki. Zdecydowanie niesympatyczna potrafi być zima np. w Marsylii czy Tuluzie - z ostrym zimnym powietrzem i silnym wiatrem.
Rzadko za to pojawia się deszcz. Wspomniany już Peter Mayle, rodowity Anglik, pytany przez swych prowansalskich sąsiadów w trakcie pewnego deszczowego dnia “Czy w Anglii też tak okropnie pada?” odparł ze stoickim spokojem: “Nie. Tylko latem”.
Trzeba uważać na słońce i opaleniznę - pamiętajcie o kremach z filtrem oraz odpowiednim nawodnieniu. Francja powszechnie pije wodę z kranu. Jest z reguły smaczna (może z wyjątkiem wielkich miast) i np. w restauracji nie powinno być problemu z zamówieniem dzbanka czystej, chłodnej wody z kranu, która z reguły jest bezpłatna. Nie ma więc potrzeby wydawania dodatkowych pieniędzy na wodę butelkowaną.
Nawet jeśli jedziecie na urlop w ciepłym okresie roku, pamiętajcie o przynajmniej jednym ciepłym okryciu i swetrze, czy polarze. Prowansja to także góry i jeśli macie w planach np. wspinaczkę na Mont Ventoux, na której szczycie bywa jak i na naszych Rysach latem - 10 -12 stopni, ciepłe okrycie to konieczność.



Komentarze 2
kto toprzeczytał? przyznawac się. ja nie dałem rady
Ja tylko obrazki se obejrzałam.P
Zgłoś do moderacji