Wyciekły zapisy z tajnych obrad PiS-u w odpowiedzi na spadające notowania w stosunku do PO, jako pierwszy zamieszczam wam fragmenty:
PISOWCY: Nie damy się Unii Europejskiej!!!
MACIEREWICZ: Wydusili z nas wszystko, dranie zabrali nam wszystko i nie tylko nam, ale naszym ojcom i ojcom naszych ojców.
KRYSTYNA PAWŁOWICZ: ...i ojcom, ojców naszych ojców.
KACZYŃSKI: Tak!
KRYSTYNA PAWŁOWICZ: ...i ojcom, ojców, ojców naszych ojców.
KACZYŃSKI: Dobra Krystyna, wystarczy! a co dali nam w zamian?
KAMIŃSKI: Dotacje!
KACZYŃSKI: Co?
KAMIŃSKI: Dotacje!
KACZYŃSKI: No tak masz racje.
PISOWIEC #3: ...i inwestycje zagraniczne.
KRYSTYNA PAWŁOWICZ: Właśnie - dotacje, Jarku. pamiętasz jak kiedyś tu było?
KACZYŃSKI: Zgoda przyznaje, że dotacje i wzrost inwestycji zagranicznych to dwie rzeczy jakie otrzymaliśmy od Unii.
CZARNECKI: ...i drogi...
KACZYŃSKI: Jasne, o drogach nawet nie trzeba wspominać... ale oprócz dotacji, inwestycji i dróg
PISOWIEC: ...a możliwość pracy zagranicą
KAMIŃSKI: Fundusze strukturalne?
PISOWIEC #2: Płatności bezpośrednie dla rolników
KACZYŃSKI: Racja
PISOWIEC #1: ...a także wino
TERLECKI: O tak tego na prawdę by nam brakowało, gdyby Unia odeszła.
PISOWIEC: Edukacja zagraniczna - ujednolicili dokumenty itp
KRYSTYNA PAWŁOWICZ: ...a także granice, znieśli wewnętrzne granice.
TERLECKI: Potrafią ułatwić podróżowanie, a kiedyś nie było to proste.
KACZYŃSKI: Dobra, ale oprócz dotacji, inwestycji zagranicznych, dróg, możliwości pracy i edukacji zagranicą, funduszy strukturalnych, dopłat do rolnictwa, Układu z Schengen - co ta Unia dla nas zrobiła?!
KAMIŃSKI: Zaprowadziła pokój!
KACZYŃSKI: A tam pokój! Zamknij się!!! A wino było już wcześniej!
Mazio
#157 | Dziś - 05:26
No i cycki mi opadły jak ręce! Bo jak tu mówić, kiedy już wszystko zostało powiedziane?
Cycki tobie opadly......no rece faktycznie opadaja po takiej wypowiedzi niby faceta. Chociaz po ostatnie eurowizji, hm-wszystko jest mozliwe.
A broda czasem nie podniosla sie tobie do góry?
Skoro sobie wspominamy:
W Warszawie nie pamiętam żadnego targu w okolicy. Natomiast w Radomiu, gdzie jeździłem do rodziny, o, tam to był targ! Jak z początku ubiegłego wieku. Babcia przynosiła domowej roboty masło i biały ser zawinięte w gazę, pieczony na miejscu chleb wielkości koła od wozu. A na targu same cuda i dziwy: drewniane zabawki - np. motyle na długim patyku i kółkach, ruszające skrzydłami gdy się nimi jeździło, domki z których na pogodę wysuwał się chłop, a na deszcz baba, drewniane karuzele. A wszystko ręcznie malowane i pięknie tandetne, jak z taniej bajki. Teren przed targiem zajmowali handlarze gołębi przeróżnych ras o fantazyjnych kolorach i kształtach, tuż obok sprzedawców szczeniaków i kotów w worku, zupełnie jak w filmie "Sami swoi". Wozy konne zajeżdżające z workami zboża, krzyczących przy targowaniu sie chłopów, targ świń,krów i koni ryczał i kwiczał, a kobiety drące pierze przekomarzały się ze sobą lub śpiewały. I całe sfory ludzi stojących w rzędach na pobliskim placu i sprzedających z ręki różne dobra z zagranicy. Mężczyźni najczęściej zarośnięci, śmierdzący tanimi papierosami. Kobiety umalowane jak pisanki. Zawsze czujni, gotowi umykać na pierwszy widok milicyjnego munduru, wyglądali jak ptaki, które obsiadły targowisko. W nos biły zapachy potraw sprzedawanych z wielkich kanek - bigosu, pyz i co tam jeszcze się udało zrobić, na straganach piętrzyły się obwarzanki, rogale, hałasowali sprzedawcy waty cukrowej i pańskiej skórki. Moje pierwsze "adidasy" były kupione właśnie na Korei (bo tak się nazywał ten targ), choć to było już wiele lat później. Babcia mieszkała dokładnie obok niego, więc co czwartek byłem tam stałym gościem i jako mieszczuch zawsze miałem powód do zdziwienia. Obok targu był plac, gdzie przyjeżdżał czasem cyrk w dawnym stylu, który zawsze mnie nieco przerażał i zawsze bardzo śmierdział, wesołe miasteczko pełne tandetnych strzelnic i karuzel, a nawet objazdowe ZOO z Czechosłowacji z niezawodnymi jeżozwierzami, które drażnione strzelały w nas paskowanymi kolcami, długimi na łokieć.
Ale jakoś nie pamiętam, żebym chodził głodny w tamtych czasach. Marzyło się o wszystkim tym, czego u nas nie produkowano i było luksusem. Do dziś pamiętam jak obiecywaliśmy sobie z kuzynami przy wigilijnej kolacji, że jedlibyśmy tylko banany. Dziś nie mogę na nie patrzeć... Szczytem moich dziecięcych marzeń byli mali żołnierze, ich paczuszka z wymarzonego "Airfixu" czy "Matchboxu" kosztowała ponad pół mamy pensji. Każda zdobyta sztuka była więc dniem zapamiętanym, a bitwy toczone na wielkiej donicy z palmą, prawdziwym lądowaniem na Okinawie. Nie, nie gloryfikuję komuny, a raczej uśmiecham się do szczęśliwego dzieciństwa. I brew mi się marszczy jak przygłupie dzieciaki dzisiaj piszą o głodzie w tamtych czasach. A czytuję to ostatnio poniekąd codziennie.
Tak przy okazji, byłem w Radomiu podczas tych zamieszek, gdy pracownicy ZREMB-u protestowali przeciw komunie. Przeniosły się do miasta i przerodziły w okradanie sklepów. Do dziś pamiętam typa, który szedł szybkim krokiem i prowadził dwa nowe rowery. Pamiętam nerwowo biegających ludzi, a po chwili - milicję z wyciągniętymi pałkami, która przebiegła obok ich śladem. Chwilę potem babcia zabrała mnie do domu. Miałem parę lat, nie chce mi się sprawdzać, który to był rok. Dobra. Muszę sobie krzyknąć z tego wszystkiego pierwsze co przychodzi mi do głowy: NIECH ŻYJE PIERWSZY SEKRETARZ! :)
Raz tylko rzucałem się brukowcami przy Smyku na demonstracji, krzycząc wraz z tłumem: NA Ka-Ce! Fajnie było, bo zomowcy odrzucali, więc było ryzyko i zabawa. Ale to działo się parę lat wcześniej niż 25 temu. i znacznie później niż radomskie targi. No i niewiele w tym było świadomości politycznej, raczej rozrywka rozwydrzonego małolata nabuzowanego testosteronem, który wreszcie znalazł ciekawsze gry, niż trzepak i ślepiec. Ogólnie na politykę miałem wyrąbane przez wiele lat, może dlatego nie mam dziś takiego spaghetti we łbie jak wielu. "W dupie byli, gówno widzieli, gówno wiedzą i gównem tryskają" - jak mawiał nasz pan od wuefu. Może trzeba było w młodości wyrzucić z siebie trochę tej agresji i frustracji, to by dziś łatwiej było troszczyć się o życie nieco mniej globalnie i na spokojnie. Bo z mojego doświadczenia wynika, że przychodzą kolejne wybory, zmieniają się kolejne rządy, kolor włosów na głowie i rozmiar w pasie, a wszystko co ważne zostaje takie samo jak długo człowiek nie weźmie się do pracy nad sobą. A nie od razu nad światem. Ba, spora część z pyszczących małolatów nie pamięta osobiście ani przemian, ani komuny. Aż sobie musżę krzyknąć z melancholii: NIECH ŻYJE PIERWSZY SEKRETARZ! :)
Zawsze w którymś sklepie coś było do kupienia, trochę jak loteria, trochę jak łamigłówka. Nawet w najgłębszym kryzysie można było kupić pieczywo i nabiał, choć i po te rzeczy trzeba się było po prostu się nastać. Chleb kosztował 4 złote, połówka 2, a ćwiartka 1. Kto dziś jeszcze kupuje i sprzedaje ćwiartkę chleba? Ze smakołyków - oranżada w proszku, skondensowane mleko w tubce, krówki, wyroby czekoladopodobne. Do picia oranżada w butelce a'la Grolsch w zieleniaku, albo "Cytroneta" w sklepie. Potem pojawił się "Ptyś", o to był dopiero rarytas! Do tego, w szkole obiady kosztowały grosze, często nawet z mięsem. Często też był szpinak, bueee! W szkolnym sklepiku były pączki. I nie pamiętam, żebym kiedykolwiek chodził głodny. Owszem, szynka była rarytasem, mięso nie zawsze było na obiad. Ale jak nie było mięsa - mama robiła naleśniki z serem, na kolacje zamiast wędliny - racuchy, twarożek na słodko, który zresztą uwielbiam do dziś. I jakoś sobie dawaliśmy radę.
Wokół mnie nigdy nie słyszałem, żeby ktoś był głodny. Może gdzieś w Bieszczadach, gdzie nawalał transport, może gdzie indziej, ale w Warszawie człowiek dawał sobie radę, chyba głównie z powodu ilości sklepów. Zresztą w Radomiu było podobnie, a miałem tam sporo rodziny. Mama pracowała w biurze, jako urzędnik niższego szczebla w szpitalu klinicznym. Ojciec był żołnierzem Wojsk Obrony Powietrznej Kraju, sierżantem sztabowym, w funkcji mundurowego, na początku lat osiemdziesiątych odszedł na rentę wojskową. Jedyne benefity z jego pracy - służbowe mieszkanie i leczenie wojskowe w "Cepeleku". Nie mieliśmy więc żadnych specjalnych warunków. A, zapomniałbym o wczasach i koloniach, ale przecież wtedy wszyscy mieli jakiś do nich dostęp. Oj zjeździło się Polskę wzdłuż i wszerz. Lidzbark Warmiński, Wiry pod Poznaniem, Limanowa, Szydłowiec - to tylko parę nazw kolonii gdzie byłem, a ile wczasów nad morzem - ciężko byłoby wyliczyć gdzie nie byliśmy: Mrzeżyno, Pobierowo, Łazy i więcej zapomniałem. Jeszcze w Solinie! Pamiętam jak się zdobywało wtedy miejsca w pociągu. Ojciec nieraz skakał tuż przed nim na dworcu, żeby otworzyć drzwi od drugiej strony, wtedy szybciej można było zdobyć przedział. Jak się nie udało to można było 9h jechać siedząc na korytarzu na walizce. Przygoda! Nie zawsze było na miejscówki czy kuszetki, choć pamiętam też taki wyjazd, do Kołobrzegu. Wojskowe wczasy były podobono lepsze od zwykłych w czasach kryzysu, ale podoficerowie nie zażywali luksusów. Przynajmniej ja ich nie pamiętam. Z pewnością nie mieliśmy żadnego dostępu do zamkniętych sklepów, poza nielicznymi Bonami PKO, na które uciułali rodzice, jako bilet wstępu do Peweksu raz na ruski rok, jak do lepszego świata...
I pamiętam tasiemcowe kolejki, sytuacje gdy zabrakło towaru tuż przed nami, polowanie na lepsze produkty jak "rzucili", cyrk z papierem toaletowym czy pastą do zębów, kredkami na rozpoczęcie nowego roku. Jak były zeszyty w kratkę, to w linie nie dowieźli, jak chciałeś ołówki, to były akurat gumki myszki. Klasyka. Każdy produkt potrafił być poszukiwany. Głupia gazeta z nazwiskami kolarzy na Wyścig Pokoju, czy kolorowe czasopismo z plakatem Beatlesów, potrafiły sprawić, że ganiało się po dzielnicy od kiosku do kiosku. Szczególnie w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych trwał cyrk z zaopatrzeniem. Ale pamiętam też okoliczne "zieleniaki" - budki z polskimi warzywami i owocami, w których zawsze były ziemniaki, włoszczyzna, jabłka i w miarę pory roku nowalijki i przeróżne owoce (trzy kolory porzeczek czy agrest!) i cały ten śmieć dla królików na sałatki, które chowałem na talerzu pod ziemniaki. Albo prawdziwe mleko pod drzwiami domu - ze srebrnym, albo ze złotym kapslem. Zaprawdę - może było biednie, ale nie było głodno. To, że w sklepach był tylko ocet to stereotyp.
A co do upadku komuny, czy ja napisałem, że to źle, że upadła? Może to mój brukowiec sprawił, że upadła szybciej? Ja tylko nie lubię, gdy dorobek kilku pokoleń ludzi w całości miesza się z błotem. W końcu, wykształciliśmy się darmo, w odbudowanej po wojnie Polsce, w której pomimo komuny żyli szczęśliwi ludzie. Prawie każdy miał swoje problemy, ale nie przypominam sobie, żeby moi rodzice, sąsiedzi, rodzina, rodziny znajomych z klasy chodzili ciągle ze spuszczonymi głowami mieląc w ustach: precz z komuną. Słońce wschodziło na Wschodzie, zachodziło na Zachodzie, a my żyliśmy jak się najlepiej dało. Dziś, dla wielu nawiedzonych durniów, to jedynie czasy martyrologii i walki z komuną. "Raz sierpem, raz młotem"... A godność wielu tych, którzy w dobrej wierze tworzyli tamtą rzeczywistość wraz z całym ich życiem, dorobkiem i wspomnieniami - na śmietnik i do rynsztoka.
I nie, nie chce umniejszyć, zapomnieć i zbagatelizować ofiar reżimu. Wiem, że zginęli za to w co wierzyli. Ja po prostu dość mam już stawiania znaku równości między światem jaki pamiętam, a złem. Bo to zupełnie dwie różne sprawy...
Dlatego na przekór, na pohybel, z premedytacją, z głupoty i z radości, że pamiętam i noszę w sobie tamten świat, który choćby mnie nie upodlił i nie zrobił ze mnie złego człowieka krzyknę po raz ostatni w życiu:
NIECH ŻYJE PIERWSZY SEKRETARZ!
I jajko na twardo! ;)
To ostatnie, niech będzie ukłonem dla kapitana Vimesa.
Mazio
#173 | Dziś - 05:12
Skoro sobie wspominamy:
"W Warszawie nie pamiętam żadnego targu w okolicy. Natomiast w Radomiu, gdzie jeździłem do rodziny, o, tam to był targ! Jak z początku ubiegłego wieku. Babcia przynosiła domowej roboty masło i biały ser zawinięte w gazę, pieczony na miejscu chleb wielkości koła od wozu."
____________________________________________
Potem nastała Wolna Polska i babcie okazały się oszustkami podatkowymi skubiącymi państwo, plagą zanieczyszczającą chodniki, oraz trucicielkami, ściganymi z mocy prawa przez straż miejską i sanepid.
* * *
"Marzyło się o wszystkim tym, czego u nas nie produkowano i było luksusem. "
____________________________________________
A teraz luksusem jest wiejskie, nieostemplowane jajo i pietruszka z przydomowego ogródka.
;) :P
#173
cyt.
" który choćby mnie nie upodlił i nie zrobił ze mnie złego człowieka ..."
Nie tobie oceniac samego siebie...
Jestes zlym czlowiekiem, który nie raz, bezskutecznie próbowal mnie obrazic ... a tego nie robia dobrzy ludzie.
Dobrzy sa po prostu dobrzy, i tyle.
Tyle sil wlozyles w swój post #88... który byl tak serdeczny i ociekal taka dobrocia ze w efekcie moderacja wyciela go za obrazanie uczestników forum.
To na razie wstep do tego co chce napisac, poczekam na twoja odpowiedz mazio i nie próbuj, jak ostatnio w tym temacie szargac swojego imienia bo szkoda by bylo znowu wycinac twój bezcenny wpis.
niezla schizofrenia. mohery sugeruja ze PRL byla koszmarem, ludzie glodowali, byl terror, gineli ludzie, a z drugiej strony pisza ze PRL sie nie skonczyl, ba, niektorzy pisza ze dzis jest gorzej niz kiedys.
jedyne co w PRLu naprawde mi sie podobalo to... ludzie. wszyscy byli biedni ale wiekszosc dzielila sie tym co miala. w sklepach nie bylo nic, ale ludzie zawsze potrafili sobie cos zorganizowac, wymienic sie z kumplem, przywiezc od rodziny ze wsi i jakos lecialo. ludzie byli znacznie bardziej towarzyscy i przyjacielscy. domowki odbywaly sie regularnie, na stole stawiano jajka w majonezie, salatke i sledzia, do tego wodka i bylo wesolo. dzis niemal kazdy jest zawistny, egocentryczny i ma w dupie dobro rodziny i tych ktorzy kiedys byli przyjaciolmi. wiezi spoleczne niemalze obumarly.
Na kazdym zebraniu jest taka sytuacja, ze ktos musi zaczac pierwszy: