Imagine a year without Christmas. No crowded malls, no corny office parties, no fruitcakes, no unwanted presents. That’s just what Luther and Nora Krank have in mind when they decide that, just this once, they’ll skip the holiday altogether. Theirs will be the only house on Hemlock Street without a rooftop Frosty; they won’t be hosting their annual Christmas Eve bash; they aren’t even going to have a tree. They won’t need one, because come December 25 they’re setting sail on a Caribbean cruise. But, as this weary couple is about to discover, skipping Christmas brings enormous consequences–and isn’t half as easy as they’d imagined.
A classic tale for modern times, Skipping Christmas offers a hilarious look at the chaos and frenzy that have become part of our holiday tradition.
Show More
Show Less
Dla przykladu, szukam Cieniu Wiatru:
http://www.amazon.co.uk/s/ref=nb_sb...
Pierwszy wynik z gory, 357 pozycji uzywanych, kazda za £0.01 :))
Bohaterem książki jest baron Cosimo di Rondo, który jako młode chłopię po kłótni z ojcem pewnego dnia (a dokładniej 15 czerwca 1767 roku) wchodzi na drzewo, by nie zejść na ziemię już do końca swych dni. Koleje jego arborealnego żywota opisuje nam jego młodszy brat Biagio - całkiem ułożony, konwencjonalny i daleki od jakichkolwiek ekstrawagancji. Nie schodząc z drzew, Cosimo przeżywa płomienny romans z impulsywną Violą, walczy z piratami, obserwuje (nie bez pewnego uczestnictwa) przemarsz wojsk napoleońskich przez Włochy, koresponduje z największymi umysłami epoki i tworzy własne traktaty o urządzeniu świata.
Ten zupełnie fantastyczny punkt wyjścia staje się zupełnie oczywisty i naturalny dzięki błyskotliwie zastosowanej przez Calvino konwencji i narracji. Wykorzystuje on z jednej strony strukturę powieści łotrzykowskiej opisując niezwykłe perypetie Cosimo, często oddając głos jemu samemu, aby mógł się on w pełni oddać swojej bufonadzie. Jednocześnie, choćby przez liczne wzmianki o filozofach oświeceniowych, nadaje całości wydźwięk powiastki filozoficznej, co bierze całą fabułę niejako w nawias. O ile jednak np. Calvino "Jeśli zimową nocą podróżny" odebrałem jednak jako dzieło mocno chłodne i intelektualne (co oczywiście nie jest żadnym zarzutem), "Baron drzewołaz" jest dziełem bardzo wzruszającym, opisując Cosima samotność wśród ludzi, którzy trochę go podziwiają, trochę traktują jak wioskowego głupka, a trochę - jak narrator - podejmują ogromny wysiłek aby go zrozumieć.
Fragment książki "Baron drzewołaz"
Pewnego popołudnia Cosimo siedział na gałęzi orzecha i czytał. Od niedawna zaczął tęsknić za książkami: czatowanie całymi dniami, z fuzją gotową do strzału, na byle ptaszka, w końcu może się znudzić.
Czytał właśnie "Gil Blasa" Lesage'a, w jednej ręce trzymając książkę, w drugiej strzelbę. Ottimo Massimo, który nie lubił, jak jego pan czyta, kręcił się w pobliżu, szukając jakiego bądź pretekstu, żeby go od lektury odciągnąć; zaczynał na przykład ujadać na motyla, spoglądając, czy też pan ruszy strzelbą, czy nie.
Nagle na ścieżce górskiej ukazał się biegnący mężczyzna - brodaty, niechlujny, zdyszany, bez broni, a za nim dwóch zbirów z dobytymi szablami, krzycząc:
- Łapać go! To Gian z Puszczy! Wytropiliśmy go nareszcie!
Rozbójnik odbił się na pewien niewielki dystans od goniących, ale biegł jakoś niepewnie, jakby bał się zmylić drogę czy wpaść w jakąś pułapkę; wyglądało na to, że za chwilę prześladowcy będą mu już znowu deptać po piętach. Drzewo, na którym siedział Cosimo, miało pień gładki, bez punktów oparcia dla kogoś, kto chciałby się nań wdrapać, ale chłopiec miał przy sobie linę, jedną z tych, które zawsze nosił, żeby sobie nią pomagać przy trudniejszych przejściach. Szybko zrzucił jeden jej koniec na ziemię, drugi uwiązując mocno do gałęzi. Rozbójnik zobaczył sznur spadający mu nagle z góry przed samym nosem, przez krótki moment szarpał niezdecydowanie własne palce, potem jednak uchwycił linę rękami i zaczął się szybko wciągać, okazując się człowiekiem z gatunku "niezdecydowanie impulsywnych", którzy, zdawałoby się, nigdy nie potrafią uchwycić właściwego momentu, a w rzeczywistości zawsze utrafią jak należy.
Nadbiegli tamci dwaj. Lina była już wciągnięta na górę, a Gian z Puszczy siedział skulony obok Cosima, kryjąc się w gałęziach orzecha. Ścieżka rozdwajała się w tym miejscu, jeden ze zbirów ruszył w prawo, drugi w lewo, potem spotkali się znowu i nie wiedzieli, co dalej. W tej niepewności natknęli się na jamnika, który myszkował po ziemi, wesoło merdając ogonkiem.
- Ejże - odezwał się jeden ze zbirów do drugiego - czy to nie będzie psiak młodego barona, tego, co to mieszka na drzewach? Jeżeli chłopak jest tu gdzieś w pobliżu, może się czegoś dowiemy od niego.
- Tu jestem! - zawołał Cosimo. Ale wołał już nie z orzecha, na którym dopiero co siedział i gdzie dał schronienie rozbójnikowi; zdążył już przenieść się cichaczem na kasztan po drugiej stronie ścieżki, tak że zbiry zadarłszy głowy w jego kierunku nie spojrzeli na inne drzewa.
- Dzień dobry, Wasza Wielmożność - odezwali się - nie widział tu panicz przypadkiem bandyty, Giana z Puszczy?
- Kto to był, nie wiem - odparł Cosimo - ale jeżeli szukacie człowieczka, który tędy dopiero co przebiegał, to skręcił tam, w stronę strumienia...
- Człowieczka? To kawał chłopa, taki, że strach popatrzeć...
- Cóż, stąd, z góry, wszyscy wydajecie się mali...
- Dziękujemy, Wasza Wielmożność! - i popędzili w dół, ku wodzie.
Cosimo wrócił na orzech i zabrał się znowu do czytania "Gil Blasa". Gian z Puszczy wciąż jeszcze siedział przyciśnięty do pnia, blady, o ile można to było dostrzec poprzez rudą szczecinę włosów i brody, pełną sterczących suchych liści, kolczastych łupin kasztanowych i sosnowych igieł. Wpatrywał się w Cosima niepewnym spojrzeniem zielonych, okrągłych oczu. Brzydki był, bardzo brzydki.
- Poszli? - zdecydował się wreszcie zapytać.
- Tak, tak - odrzekł Cosimo uprzejmie. - Pan jest rozbójnikiem, Gianem z Puszczy?
- Skąd mnie panicz zna?
- Tak sobie, ze słyszenia.
- A panicz to ten, co nigdy nie schodzi z drzew?
- Tak. Skąd pan wie?
- Cóż, także ze słyszenia.
Popatrzeli na siebie uprzejmie, jak dwie znaczne osobistości, które spotkały się przypadkiem i miło im, że wiedzą o sobie nawzajem.
Cosimo nie wiedział, co by tu więcej rzec, powrócił więc do swojej lektury.
- Co panicz ładnego czyta?
- To "Gil Blas" Lesage'a.
- Ładne?
- Owszem.
- Dużo paniczowi zostało do skończenia?
- Dlaczego? No, ze dwadzieścia stron.
- Bo jak już panicz skończy, to prosiłbym, żeby mi panicz tę książkę pożyczył - rzekł tamten uśmiechając się trochę zmieszany. - Widzi panicz, całe dni siedzę w ukryciu, nic nie mam do roboty. Dobrze byłoby mieć czasem choć książkę. Raz zatrzymałem karetę, niewiele się tam obłowiłem, ale była książka, to ją zabrałem. Zabrałem do siebie, schowaną pod kapotą; całą resztę łupu byłbym chętnie oddał, byle tylko zatrzymać tę książkę. Wieczorem zaświecam latarnię, zabieram się do czytania... a to było po łacinie! Nie rozumiałem ani słówka... - potrząsnął głową bezradnie. - Widzi panicz, ja nie umiem po łacinie...
- No, cóż, łacina nie jest łatwa - rzekł Cosimo czując, że mimowolnie przybiera ton wyższości. - Ta książka jest po francusku...
- Francuski, toskański, prowansalski czy hiszpański, to wszystko znam - powiedział Gian z Puszczy. - Umiem trochę i po katalońsku: Bon dia! Bona nit! Esta la mar mólt alborotada *.
W pół godziny Cosimo skończył książkę i pożyczył ją Gianowi.
W taki sposób nawiązały się stosunki między moim bratem a słynnym rozbójnikiem. Zaledwie Gian z Puszczy skończył książkę, przybiegał zwrócić ją Cosimowi i pożyczyć inną, po czym zaszywał się na powrót w swojej kryjówce i pogrążał się w czytaniu.
Książek dostarczałem Cosimowi ja, czerpiąc je z biblioteki domowej, a po przeczytaniu zaraz mi je oddawał. Ale teraz zaczął przetrzymywać książki dłużej, gdyż najpierw czytał je sam, a potem dawał Gianowi, tak że wracały nieraz w wytartych okładkach, z plamami pleśni i smugami ślimaczego śluzu - Bóg wie, gdzie je rozbójnik przechowywał.
W pewne dni Cosimo i Gian z Puszczy spotykali się na umówionym drzewie, wymieniali książkę i każdy szedł w swoją stronę, gdyż las był wciąż przetrząsany przez zbirów. Ta transakcja, tak przecież prosta, była dla obu stron bardzo niebezpieczna: bo i memu bratu niełatwo byłoby się wytłumaczyć z tej zażyłości ze znanym przestępcą! Ale Giana z Puszczy ogarnęła taka pasja do lektury, że połykał powieść za powieścią i spędzając całe dni na czytaniu w swojej kryjówce, potrafił w jeden dzień pochłonąć książkę, na którą mój brat zużył tydzień albo i więcej. A skoro przeczytał, nie było rady, domagał się nowej, a jeśli nie był to właśnie dzień umówiony, wyruszał i przetrząsał całą okolicę w poszukiwaniu Cosima, siejąc postrach wśród wieśniaków i stawiając na nogi całą żandarmerię Ombrosy.
Teraz więc Cosimowi, nieustannie nagabywanemu przez rozbójnika, nie wystarczały już książki, które ja mogłem dla niego zdobyć - musiał rozejrzeć się za innym jeszcze dostawcą. Zawarł znajomość z pewnym żydowskim księgarzem, niejakim Orbecche, który dostarczał mu nawet wielotomowe dzieła. Cosimo pukał do jego okna siedząc na gałęzi drzewa świętojańskiego i wręczał mu świeżo upolowane zające, drozdy i kuropatwy w zamian za książki.
Ale Gian z Puszczy miał swoje wyraźne gusty, nie można mu było dawać książek jakich bądź - wracał wtedy nazajutrz do Cosima i żądał czegoś innego. Mój brat był w wieku, kiedy zaczyna się nabierać upodobania do poważniejszej lektury, ale musiał być ostrożny, od czasu kiedy Gian odniósł mu "Przygody Telemaka" ostrzegając, że jeśli jeszcze raz Cosimo da mu książkę tak nudną, on podpiłuje pod nim drzewo.
Cosimo byłby najchętniej oddzielił zupełnie te książki, które chciał sobie sam spokojnie przeczytać, od takich, które zdobywał wyłącznie dla Giana; ale cóż, musiał każdą z nich i tak chociaż pobieżnie przejrzeć, gdyż rozbójnik stawał się coraz bardziej wymagający i nieufny; zanim wziął książkę, chciał, żeby mu pokrótce opowiedzieć treść, i biada Cosimowi, jeśli się zdradził ze swą nieświadomością. Mój brat próbował dawać mu lekkie romanse, ale rozbójnik wracał wściekły, pytając, dla jakiej to kobietki przeznaczona była ta lektura. Nie sposób było odgadnąć, co mu się spodoba.
Wkrótce, wobec natarczywych wymagań rozbójnika, czytanie stało się dla Cosima już nic rozrywką na pół godzinki, lecz głównym zajęciem, najważniejszym i wypełniającym całe niemal dni. I w miarę jak wertował coraz więcej i więcej książek, jak wydawał o nich sądy i porównywał, jak odkrywał coraz nowe, w rozterce między koniecznością dobierania lektury dla Giana i wzrastającą wciąż potrzebą lektur własnych, Cosima ogarniała coraz potężniejsza namiętność do słowa pisanego i do całej dostępnej ludziom wiedzy; nie wystarczał mu już czas od wschodu do zachodu słońca i czytał jeszcze po zapadnięciu ciemności, przy świetle latarki.
Na koniec odkrył powieści Richardsona. Gianowi spodobały się na szczęście. Ledwie skończył jedną, domagał się następnej. Orbecche dostarczył cały stos tomów. Rozbójnik miał co czytać co najmniej przez miesiąc. Cosimo odetchnął i rzucił się chciwie na "Żywoty" Plutarcha.
Tymczasem Gian z Puszczy, leżąc na swym barłogu, ze szczeciną rudych włosów pełną suchych liści, z czołem zmarszczonym i zielonymi oczyma czerwieniejącymi z wysiłku, czytał i czytał, zawzięcie poruszając szczęką, z poślinionym palcem przygotowanym zawczasu do obrócenia kartki. Przy czytaniu Richardsona wydobywało się na jaw z dawna ukryte na dnie duszy pragnienie, coraz bardziej uporczywe: pragnienie spokojnego, domowego życia, rodzinnej bliskości i przyjaźni, zwykłych ludzkich cnót i odraza do występku. Wszystko, co go otaczało przestało go obchodzić, a nawet napełniało niechęcią. Nie opuszczał już wcale swojej kryjówki, chyba że biegł do Cosima po nową książkę, zwłaszcza jeżeli czytał powieść w kilku tomach i musiał przerwać czytanie w toku akcji. Żył tak w całkowitym odosobnieniu, nic nie wiedząc, że tymczasem nad jego głową zbiera się burza; bo nawet najbardziej zaufani spośród jego dawnych leśnych kompanów dość już mieli takiego rozbójnika, który nic nie robił, a ściągał im na karki całą okoliczną żandarmerię.
Dawniej skupiali się wokół niego w okolicy wszyscy, którzy mieli jakieś porachunki ze sprawiedliwością, od drobnych kradzieży, popełnianych przez wędrownych naprawiaczy rondli poczynając, a kończąc na poważnych przestępstwach i bandyckich napadach. Przy każdej kradzieży czy rabunku ludzie ci korzystali z autorytetu i doświadczenia swego herszta, a nawet posługiwali się jak tarczą jego imieniem, które krążąc z ust do ust pozostawiało ich imiona w dyskretnym cieniu. A i ci, co w rabunkach i wyprawach złodziejskich nie brali udziału, czerpali z nich pośrednio korzyści, gdyż leśne kryjówki napełniały się łupami i wszelkiego rodzaju towarami z przemytu; niejedno trzeba było przetopić, inne znów rzeczy odprzedać, i wszyscy, którzy z tym mieli do czynienia, mogli coś niecoś zarobić. A nawet ci, co uprawiali rozbój na własną rękę, bez wiedzy Giana z Puszczy, posługiwali się tym budzącym trwogę imieniem, by sterroryzować napadniętych i jak najwięcej od nich wydobyć: ludzie żyli w wiecznym strachu, w każdym podejrzanym włóczędze widzieli Giana z Puszczy albo kogoś z jego bandy, i skwapliwie, bez oporu, rozsupływali sakiewki.
Te piękne czasy długo trwały; Gian z Puszczy doszedł do przekonania, że może już sobie pozwolić na życie z procentów i stopniowo niedołężniał, rozleniwiał się. Zdawało mu się, że wszystko będzie samo szło dawnym trybem, a tymczasem wiele się zmieniło i jego imię nie budziło już ani grozy, ani szacunku.
Komuż i na co mógł się jeszcze przydać Gian z Puszczy? Siedział przecież w swojej jamie, załzawionymi oczyma czytając bez końca powieści, wypraw zbójeckich nie podejmował, łupów nie dostarczał, w lesie nikt już nie mógł zajmować się spokojnie swoimi sprawami, dzień w dzień myszkowali żandarmi szukając słynnego herszta i ktokolwiek wydał im się podejrzany, zabierali go ź sobą i pakowali do aresztu. A jeśli jeszcze dodać pokusę owej ceny wyznaczonej na głowę Giana z Puszczy - jasne jest, że jego dni były policzone.
Dwóch innych rozbójników, młodych chłopaków, przez niego zaprawionych do bandyckiego rzemiosła, nie mogąc się pogodzić z utratą tak znakomitego przywódcy, umyśliło dać mu okazję do rehabilitacji. Zwali się oni Ugasso i Bel-Lore i w swoim czasie należeli do bandy złodziejaszków grasującej po sadach owocowych. Teraz, już młodzieńcy, byli bandytami w całym tego słowa znaczeniu.
Odszukali Giana z Puszczy w jego jaskini. Leżał tam na legowisku ze słomy. No, co tam? - mruknął nie podnosząc oczu znad książki.
- Chcemy ci coś zaproponować, Gianie z Puszczy.
- Mmm... Co takiego? - i czytał dalej.
- Wiesz, gdzie jest dom Costanza, poborcy?
- Tak, tak... Hę? Co? Co za poborca?
Bel-Lore i Ugasso wymienili spojrzenia pełne troski. Dopóki nie zabierze mu się tej przeklętej książki sprzed oczu, nie zrozumie ani słowa z tego, co się do niego mówi. - Zamknij no na chwilę książkę, Gianie z Puszczy, i wysłuchaj nas.
Gian z Puszczy chwycił oburącz książkę, dźwignął się na kolana przyciskając ją otwartą do piersi, ale pragnienie czytania było w nim silniejsze ponad wszystko: nie wypuszczając książki z mocnego uchwytu rąk uniósł ją w górę na tyle, by móc z powrotem wetknąć w nią nos.
Bel-Loremu błysnęła świetna myśl. Była tam pajęczyna z wielkim pająkiem pośrodku. Bel-Lore ostrożnym ruchem zdjął pajęczynę razem z pająkiem i wrzucił ją pomiędzy nos Giana a jego książkę. A ten nieszczęśnik Gian z Puszczy tak już skapcaniał, że zląkł się nawet pająka! Poczuł na nosie gmeranie małych łapek, na twarzy łaskotanie pajęczyny i, nim jeszcze zrozumiał, co się dzieje, wydał okrzyk wstrętu i przestrachu, wypuścił książkę z rąk i jął machać nimi koło twarzy, plując i przewracając oczyma.
Ugasso błyskawicznie rzucił się na ziemię i chwycił książkę, zanim Gian z Puszczy zdążył postawić na niej nogę.
- Oddaj mi książkę! - krzyknął Gian usiłując jedną ręką uwolnić się od pajęczyny, a drugą wydrzeć swój skarb z rąk Ugassa.
- Nie, najpierw musisz nas wysłuchać! - rzekł Ugasso chowając książkę za plecy.
- Czytałem właśnie "Klaryssę". Oddajcie mi! Najciekawsze miejsce...
- Posłuchaj! Dziś wieczór nosimy drwa do domu poborcy. W jednym z worków zamiast drew będziesz ty. Kiedy się ściemni, wyjdziesz z worka...
- Chcę dokończyć "Klaryssę"! - Zdołał już uwolnić się od resztek pajęczyny i próbował walczyć z dwoma na raz.
- Słuchajże... Kiedy się ściemni, wyjdziesz z worka z dwoma pistoletami, każesz poborcy oddać sobie wpływ z ubiegłego tygodnia, trzyma pieniądze w szkatule w głowach łóżka...
- Dajcie mi chociaż dokończyć rozdziału... bądźcie ludźmi...
Obaj młodzi bandyci wspomnieli czasy, kiedy to pierwszemu, który ośmielił mu się sprzeciwić, Gian z Puszczy przytykał dwa pistolety do brzucha. Zalała ich gorycz.
- Weźmiesz woreczki z pieniędzmi, słyszysz? - nalegali wbrew nadziei. - Przyniesiesz nam, a my ci oddamy twoją książkę i będziesz sobie mógł czytać ile wlezie. No, zgoda? Pójdziesz?
- Nie. Nie ma zgody. Nie pójdę.
- Aa, nie pójdziesz... aa, więc nie pójdziesz... no, to patrz! - i Ugasso ujął w palce jedną z końcowych kart książki ("Nie!" - wrzasnął Gian z Puszczy); wydarł ją ("Nie! Stój!"), zmiął ją w kulkę i cisnął w ogień.
- Ach psie! Co robisz! Nie będę wiedział, jak się skończyło! - i Gian rzucił się za Ugassem chcąc mu wyrwać książkę.
- Pójdziesz do poborcy?
- Nie, nie pójdę! .
Ugasso wydarł dwie dalsze kartki.
- Czekaj! Jeszcze dotąd nie doczytałem! Nie możesz tego spalić!
Ugasso rzucił kartki w ogień.
- Psie! "Klaryssa"! Nie!
- Więc pójdziesz?
Ugasso wydarł znowu trzy kartki i rzucił w ogień. .
Gian z Puszczy opadł ciężko na siedzenie, zasłaniając twarz rękami.
- Pójdę - powiedział. - Ale musicie przyrzec, że będziecie na mnie czekali z książką koło domu poborcy.
Bandyta został umieszczony w worku z warstwą drewek na głowie. Bel-Lore niósł worek na plecach, za nim kroczył Ugasso z książką. Raz po raz, ilekroć Gian z Puszczy jakimś ruchem czy pomrukiem wewnątrz worka okazywał, że bliski jest pożałowania swej uległości, Ugasso szeleścił rozdzieraną kartką i Gian uspokajał się natychmiast.
W ten sposób zanieśli go, przebrani za drwali, do domu poborcy i zostawili go wewnątrz. Sami schowali się niedaleko, za rozłożystą oliwką, czekając, aż wykona zadanie i do nich przyjdzie.
Ale Gian z Puszczy zanadto się pospieszył, wyszedł przed zapadnięciem nocy, kiedy jeszcze po domu kręcili się ludzie. "Ręce do góry!" Nie był jednak tym co dawniej człowiekiem, sam na siebie patrzył jak gdyby z zewnątrz i wydawał się sobie trochę śmieszny. ,,Ręce do góry, powiedziałem... Wszyscy, którzy tu są, odwrócić się twarzą do ściany..." Ale cóż? Sam nie wierzył w to, co mówi, udawał po prostu. "Wszyscy tu jesteście?" Nie zauważył nawet, że wymknęła się mała dziewczynka.
Była to robota, którą należało zrobić szybko, nie tracąc ani chwili. On jednak marudził, poborca robił głupiego, długo nie mógł znaleźć klucza, Gian z Puszczy rozumiał, że już nie traktują go poważnie, i w głębi duszy był nawet z tego rad.
Wyszedł nareszcie z domu, obładowany woreczkami pełnymi skudów. Pobiegł, nie kryjąc się, pod umówioną oliwkę. "Oto wszystko, co było! Oddajcie mi teraz «Klaryssę»!"
Cztery, siedem, dziesięć rąk pochwyciło go jednocześnie, unieruchomiło trzymając za ramiona i nogi. Żandarmi unieśli go w górę i obwiązali sznurem jak kiełbasę.
- "Klaryssę" zobaczysz przez kraty - i powiedli go do więzienia.
Więzienie mieściło się w wieżyczce na brzegu morza. Dokoła rosły wielkie rozłożyste pinie. Jedna z nich sięgała prawie okienka celi, w której zamknięto Giana.
Z wierzchołka drzewa Cosimo widział jego twarz za kratą.
Rozbójnik nic sobie nie robił ze śledztwa i procesu; wiedział, że tak czy inaczej powieszą go. Jego jedyną troską było, że ma oto przed sobą puste, więzienne dni bez możności czytania, z myśli ani na chwilę nie schodziła powieść przerwana w połowie. Cosimo wystarał się o inny egzemplarz "Klaryssy" i przyniósł go na pinię.
- Dokąd doczytałeś?
- Jak Klaryssa ucieka z domu złej sławy.
Cosimo przerzucał przez chwilę kartki książki.
- Aha, to tu. No więc - i zaczął czytać głośno, zwrócony w stronę kraty, na której widział zaciśnięte ręce Giana.
Śledztwo ciągnęło się długo, bandyta znosił uderzenia powrozem w milczeniu. Wiele dni upłynęło, zanim zdołano po trochu wydobyć z niego przyznanie się do niezliczonych przestępstw. I co dzień, przed pójściem na badanie i po powrocie, słuchał głośnego czytania Cosima. Kiedy po skończeniu "Klaryssy" Gian najwyraźniej posmutniał, Cosimowi przyszło na myśl, że w tych warunkach, w zamknięciu, Richardson stanowić może trochę przygnębiającą lekturę. Zaczął więc czytać powieść Fieldinga, która swoją żywą fabułą mogła, jak sądził, zastąpić po części Gianowi utraconą wolność. Nadszedł termin procesu, a Gian z Puszczy myślał tylko o kolejach życia Jonathana Wilda.
Nim doczytali powieść do końca, przyszedł dzień wyznaczony na egzekucję. Na wózku skazańców, w towarzystwie zakonnika, Gian z Puszczy wyruszył w swoją ostatnią drogę na tej ziemi. W Ombrosie wieszano skazańców na wysokim dębie pośrodku rynku. Dokoła gromadził się tłum widzów.
Mając już pętlę na szyi Gian z Puszczy usłyszał w gałęziach dębu ciche gwizdnięcie. Podniósł głowę i zobaczył Cosima z zamkniętą książką w ręku.
- Powiedz mi, jak się skończyło - rzekł skazaniec.
- Przykro mi ci to powiedzieć, Gian - odparł Cosimo - ale Jonathan skończył na szubienicy.
- Dziękuję. To tak jak ja. Żegnaj!
Sam odtrącił nogą drabinę i zawisł martwy.
Kiedy ciało przestało drgać, tłum gapiów rozszedł się do domów. Cosimo pozostał aż do zapadnięcia nocy na dębie, siedząc okrakiem na konarze, z którego zwiały zwłoki rozbójnika. A ilekroć nadleciał kruk zęby dziobać oczy lub nos trupa, Cosimo odpędzał go machając czapką.
Boleslaw Prus " Placowka "
Po wysluchaniu pewnej audycji prof.Jaroszynskiego , w ktorej mowil o Slimaku ( nazwisko chlopa z powyzszej ksiazki ) zrozumialem dlaczego powiesc te stracono w najglebsze czelusci zapomnienia . Moim zdaniem " Placowka " powinna byc w pierwszej 10 obowiazkowych lektur .
Udanej nocy :-)
Niedawno skończyłam trylogię Corinne Hofmann czyli ''Biała Masjka'',''Żegnaj Afryko'' i ,,Moja afrykańska miłość''.Książki czyta się jednym tchem.Polecam-przede wszystkim kobitkom:)
Tuż przed tym przeczytałam trylogię ''Millenium', Stiega Larssona-jak dla mnie bomba.Skusiłam się też na obejrzenie filmu ale jak to zazwyczaj bywa film nie umywa sie do książki.
Teraz jestem na etapie czytania księgi drugiej ''Wampiry z Morganville''Rachel Caine.Książka w tematyce podobna do ''Zmierzchu''S.Meyer.Szubko sie czyta.Odkupiłam te książki okazjonalnie bo pochłaniam wszystko,byle po polsku.Bardzo żałuję że nie znam angielskiego na tyle aby czytać w tym języku ale może kiedys to się zmieni...
j/w ;)