Każdy inaczej reaguje na emigrację. Jedni wszystko załatwiają, a kiedy się nie uda, zamykają się w sobie. W ciemnym kącie przeżywają swoje życie na obczyźnie, lękając się kolejnego dnia, niespodziewanych sytuacji, mówienia dziwnymi sylabami, gestykulacji i prób zrozumienia niesprawiedliwej decyzji szefa, który znów poparł Anglika. Lękiem reagują na niesprawiedliwość.

Odpoczywają, kiedy idą do polskiego kościoła albo do polskiego sklepu, albo do polskich znajomych. Wtedy nabierają pewności siebie, a kolejny kieliszek sprowadza jasność na umysł i obietnicę, że jutro to szef się nasłucha… Już nie pamięta co, ale tak mu powie, że popamięta.
Czego najbardziej boi się człowiek na emigracji? Utraty pracy, partnera, zdrowia, zdrowego rozsądku. Tak, to są powody do strachu. Najbardziej jednak na emigracji człowiek boi się… rozmowy z tubylcem przez telefon. W krajach zachodnich, w których interakcja “face to face” zanika z dnia na dzień, jedyną możliwą drogą załatwienia pilnej sprawy jest droga telefoniczna. Idziesz do Urzędu Podatkowego, bo pilna sprawa. Jakby nie była, nie czułbyś oddechu skarbówki na plecach.
Przemiła pani z uśmiechem na ustach radzi petentowi: – Proszę, oto numer telefonu naszego doradcy. Linia czynna od poniedziałku do piątku, od dziewiątej do piątej. Dziękuję.
Idziesz do banku, bo zablokowali ci kartę, albo ją, nie daj Boże, ukradli. Przemiła pani z uśmiechem na ustach tłumaczy, że numer telefonu znajdziesz na odwrocie tej, nie daj Boże, skradzionej karty.
Gaz się ulatnia, chcesz podłączyć kablówkę, zmienić dostawcę prądu. Ufff… A ty dzwonisz, denerwujesz się, bo automatyczna pani w słuchawce, zapewnia cię co sekundę, że twój telefon jest cenny dla ich instytucji, ale proszę poczekać, bo jesteś w kolejce innych cennych telefonicznych klientów. Czekasz więc te pięć minut. W końcu w słuchawce odzywa się głos ludzki i wierzysz, że to koniec, bo Mozart i automatyczna pani już nie na twojej linii.
Upewniasz się, czy już idziesz na żywo, wsłuchując się w stukot klawiatur, szum rozmów i wyczerpany, ale zadowolony myślisz: “No, wreszcie, ktoś mi pomoże”. O, jakże się mylisz, drogi dzwoniący. Pan/i doradca będzie się konsultować z innymi panami/paniami doradcami z innych oddziałów firmy. Będą cię przerzucać między sobą, jak piłeczkę na zawodach tenisowych, łączyć, przełączać, obiecywać, że zadzwonią za 10 minut. O, naiwności dzwoniącego! Pozostaje ci już tylko czekać na rachunek telefoniczny.
Kolejna przeprowadzka, jedna z kilkunastu przez ostatnie trzy lata. Zastanawiam się, jak zareagowałaby Lena. To ją najbardziej irytowało w życiu emigracyjnym – niekończące się przeprowadzki. Wściekała się na swojego chłopaka, kiedy ten rozpoczynał rozmowę o kolejnej przystani. Kończąca się umowa o wynajem, nierówno położona posadzka, wilgoć dobierająca się do ubrań czy ukochanych głośniczków, komputerków i innych elektronicznych cudeniek zalegających nasze pokoje to główne przyczyny poszukiwania nowego lokum.
Emigranci mają jednak i inne powody zmiany mieszkania, takie na przykład, jak niewygodni znajomi posiadający nasz adres, kłopotliwi sąsiedzi albo ucieczka przed płaceniem niewygodnych rachunków.
Mama zawsze mówi mi: – Zmieniasz mieszkania, bo uciekasz przed sobą. Jak jej wytłumaczyć, że uciekam przed wilgocią rządzącą brytyjskim budownictwem, przed grzybem, który codziennie przypomina mi, kto tak właściwie rządzi w mojej łazience? Lena zgadza się z moją mamą. – Wiesz wydaje mi się, że jak już raz zapakujesz walizkę, to potem trudno z tego zrezygnować. Przyzwyczajamy się do tego życia bez zobowiązań, byle do następnej pracy, byle do następnego mieszkania. Emigracja to ucieczka przed życiem.
Wielu z nas mówi, że jeszcze tylko rok, no najwyżej dwa, i wracają. – Też zaczynałem od roku – śmieje się Tomek. – A ile już tutaj jestem? Będzie z sześć lat. Ale wiecie co? Nadal sobie obiecuję, że jak się dorobię, to zjedżam. – Prędzej dorobisz się garbu – kwitujemy.
Problem z wynajmowanymi mieszkaniami jest taki, że ich właściciele ignorują potrzeby, żądania, a tym bardziej prośby wynajmujących. Zawsze można udać się do sądu i wyjaśnić sobie pewne sprawy. Wtedy jest nadzieja, że nasze prośby będą spełnione. Ale kto ma czas na sądy? Stajesz się tylko kłębkiem nerwów. Zawsze można inaczej rozwiązać problem z landlordem – właścicielem posesji.
Dostaję późnym wieczorem telefon od mojego obecnego, ignorującego rozpadającą się posadzkę w kuchni. Ktoś podpalił mu samochód i ma podejrzenia, że to para, która mieszkała w jednym z jego domów. Dzwoni, bo może coś widziałam. Grzecznie przypominam mu, że mieszkam na strychu, na którym większość okien zwrócona jest na niebo. Mam mieszane uczucia, bo wiem, że człowiek ten zazwyczaj ignoruje prośby osób opuszczających jego mieszkania o zwrot kaucji, tłumacząc swoje działanie wypalonymi dziurami w fotelach i na dywanie.
Sąsiad kilka miesięcy temu tłumaczył mu, że nie pali, a dziura była już, kiedy tu przyjechał. W końcu spakował się i dał spokój, bo kto z emigrantów ma czas na czekanie? To na nas czekają nowe przystanie, nowe miejsca pracy.
Dziwne to życie na emigracji. Niby mieszka się tutaj, pracuje, chodzi na zakupy, ale wciąż człowiek interesuje się tym, co zostawił w kraju. Narzeka się na polskich polityków, drożyznę w kraju, plotkuje się ze znajomymi z Polski o innych znajomych, których zostawiło się kilometry za sobą.
Stroną startową w komputerze jest najczęściej strona polska, czyta się polskie wiadomości, ogląda polskie filmy, je polskie jedzenie. Próbuję pocieszać się, że to minie. Przecież życie na walizkach i wspomnieniach nie służy. Jaki ma sens codzienne sprawdzanie pogody w Krakowie, ceny ogórków, pomidorów? Pani
Stanisława “pociesza” mnie: – To nie mija. Jeździ co roku do Polski na wakacje, w swoje rodzinne strony, które zostawiła czterdzieści lat temu. Ma polską kablówkę, zmusza swojego syna do nagrywania jej polskich seriali, których nie jest w stanie oglądać, bo w domu jest tylko jeden telewizor.
Pani Stanisława nie rozumie, jak można przedkładać nudne Coronation Street nad przenudny Klan. Skutecznie zanudza mojego przyjaciela, Bartka, opowieściami o przeszłości. Zawsze wchodzę chyłkiem do domu, bo nie chcę natknąć się na Stasię – tak każe się nazywać ta rezolutna staruszka.

Bartek nie ma nic przeciwko mieszkaniu z panią Stasią. Opowiada jej o tej nowej Polsce, wspólnie porównują przeszłość z teraźniejszością. Jej kilkutygodniowe wizyty w ojczyźnie są niewystarczające.
– Rodzice sprzedali mi romantyczny, wyidealizowany obraz Polski – żali się Jacek, ciężko przeżywając pobyt w Polsce. – No niby wszystko fajnie, ale póki masz pieniądze i jedziesz tylko na urlop.
Centra miast pokryte szczelnie sztuczną taflą nowoczesności i przepychu, a zakamarki dziurami i biedą. – Polska moich rodziców jest jakaś nierealna. Kiedy jesteśmy w Anglii, to tęsknią i wspominają sąsiadów, kolegów, dobre jedzenie babci, a jak tylko tam przyjeżdżamy, to po dwóch dniach chcą wracać tu, do domu, bo nie wytrzymują napięcia. Jeździmy tam chyba tylko po to, żeby tata mógł iść do dentysty, a mama do swojej fryzjerki – złość bije od niego na kilometr.
Jego rodzice nie korzystają z lokalnej polskiej solarki, salonu fryzjerskiego i pani od tipsów na rogu ulicy, żeby się “odpieprzyć na bogato przed wyjazdem do Polandu”, jak mówi Kaśka, tylko spokojnie czekają na kolejną wizytę w Polsce.
– Jeszcze się nabawią raka skóry – komentuje, zaglądając przez firankę i wzrokiem oceniając kolejną klientkę salonu słońca. – Przecież tu o słońce, jak o deszcz na pustyni. Kto się w Polsce złapie na tą sztuczną opaleniznę? – pyta. Wzruszam ramionami, a ona dalej drąży temat: – Przecież teraz w Polsce też jest upalnie, mogą się tam opalić. Znowu wzruszam ramionami i stwierdzam: – Sztuczną czy naturalną drogą zdobyty rak skóry, to chyba żadna różnica?
Niektórzy wrócili, bo babcia Zosia czy ciocia Krysia napisały, że lepiej i żeby nie wierzyć mediom, bo one zawsze przeinaczają. Ci, którzy wrócili, teraz jadą z powrotem do Wielkiej Brytanii. Na nowo szukają mieszkania, pracy, na nowo aklimatyzują się w deszczowym klimacie.
– Wolę się tułać po świecie, niż siedzieć pod dachem z teściową, która mi wszystko wypomina i dziwi się codziennie, że nie mogę znaleźć pracy. Miła była, póki pieniądze na koncie mieliśmy, a jak te się skończyły, zaczęło się piekło, od którego wcześniej już uciekliśmy. No to Adam zadzwonił do kolegi, który załatwił mu pracę. Dla mnie o nią coraz trudniej. Wszędzie emigranci – wzdycha. Oszukuje siebie przez kilka miesięcy, że jest dobrze, a kiedy one miną, znów zaczyna tęsknić i rezerwować bilety lotnicze do Polski.
Fragmenty pochodzą z książki “Wot.4” autorstwa Marii Budacz
Emigrant - nomad z własnego wyboru, czy też skazany wyrokami losu uciekinier? Wielu Polaków co roku wyjeżdża za granicę w poszukiwaniu lepszego życia lub chociaż lepszego zarobku. Zostawiają swoje rodziny, obiecując sobie, że wyjazd jest tylko na chwilę. Jednak dni szybko przechodzą w miesiące, a miesiące w lata.
Książka “Wot.4” to barwna opowieść o polskiej emigrantce, która nęcona lepszym zarobkiem postanawia wyjechać do Anglii. Pełna niepokoju przyjeżdża do obcego kraju, gdzie czeka ją wiele przygód i jeszcze więcej przeprowadzek. Razem z czytelnikiem uczy się życia w nowej rzeczywistości, brnie przez szkoły językowe oraz walczy ze stereotypowymi opiniami na temat Polaków.
Równie ciekawe są historie innych emigrantów oraz Anglików, które gęstą siecią przeplatają historię głównej bohaterki. Znajdziemy tu historie miłosne i ludzkie dramaty, a wszystko to otoczone angielską mgłą.





Komentarze 138
osobie, która to pisała chyba się antydepresanty skończyły
E tam, duzo prawdy w tym artykule mozna znalezc, dam plusa.
ku..a, nastepne rozkladanie emigranta na czynniki pierwsze....bleee. I do tego strasznie depresyjne, jak napisal Neocjator
Marudy z was, zreszta najgorszy typ emigranta to ten co mu bieda w tylek w PL zajrzala a zarzeka sie ze przyjechal tutaj bo mu sie podobalo i takie tam, tacy ludzie mnie draznia.
nie czytałam, ale po tytule widzę - będzie żarło;)