Ile krajów udało Wam się do tej pory zobaczyć? W dobie niedrogich lotów, boomu na turystykę nie - i zorganizowaną oraz powszechnej mody na zwiedzanie świata pewnie całkiem sporo. Ale mało komu udało się dokonać tego, czego dokonał Ogórek z Zielonej Góry. Całkiem jak w starej powieści Broszkiewicza “Wielka, większa i największa” każda kolejna podróż Ogórka przerastała poprzednią. A następna - będzie po prostu gigantyczna. Posłuchajcie!

Zielony ogórek w podróży
… to zjawisko, o którym mógłby napisać chyba tylko Mistrz Konstanty i to w wierszu. Dlatego my opiszemy je prozą. Oto historia Ogórka, który nie tylko przejechał niemal całą Europę, ale przeprawił się także promem do Afryki, ujrzał wrota Sahary, wysłał setkę kartek pocztowych z Maroka i nawet jeszcze miał siłę wrócić do Zielonej Góry.
Ogórek wziął się… No, nie ze stoiska z włoszczyzną. Na pierwszy jego ślad natrafiliśmy drogą elektroniczną. Parę miesięcy temu na adres naszej redakcji przyszedł mail. Autorka informowała nas o grupie młodych podróżników, których sponsoruje jej firma. Zachęcała do zaproszenia młodzieży na spotkanie, może wywiad? Zadzwoniliśmy pod podany numer telefonu. Podróżnicy przystali na rozmowę “twarzą w twarz”. Obiecali nas odwiedzić. Ponieważ telefon miał miejsce w czwartkowe popołudnie nie spodziewaliśmy się naszych gości zbyt prędko: gdy odebrali w tle słychać było turystyczny gwar - zwiedzali właśnie wieżę w Yorku. Że zaś do Edynburga beretem stamtąd trudno dorzucić, stąd i nasze powątpiewanie. Gdy więc w piątek rano, w kolejnej rozmowie młodziaki zapowiedziały się “za godzinę” wpadliśmy w popłoch. Młodzież podróżowała w tempie błyskawicy. Mimo, że Ogórkiem.
Gdy przybyli okazało się, że istotnie pasują do nich określenia “atmosferyczne” (z “błyskawicą”, “tornadem” i “trąbą powietrzną” na czele). Gdyby zliczyć okazałoby się, że gości była piątka. Tymczasem, od chwili gdy przekroczyli próg nie opuszczało nas wrażenie, że jest ich trzy razy tyle: w ciągu dwóch minut zdążyli przedstawić się, zapytać o parking (czy na pewno bezpieczny i za darmo), uścisnąć nam dłonie (niektórym po dwa razy), wyciągnąć sprzęt (laptopy, aparaty, kamery i mikrofony oraz statywy i kable), rozstawić go, rozsiąść się przy stole, pochłonąć co na nim stało do jedzenia i picia i zacząć mówić. Po negocjacjach udało się nie tyle zapanować nad żywiołem, co uzgodnić by mówiła tylko jedna osoba naraz. Udało się, choć ekipa składająca się ze studentów z Zielonej Góry na kilka godzin odebrała redakcji spokój. I to w senne, piątkowe przedpołudnie.
O swoim projekcie opowiadali co drugie zdanie wtrącając, że najważniejsze są marzenia. I faktycznie, paliwem Zielonego Ogórka jest nie tylko szaleństwo, ale i marzycielstwo - Mariusza, Maćka, Wojtka, Pawła i Pauliny. Jedno i drugie jest zaraźliwe, więc niektórzy musieli ustąpić po drodze miejsca kolejnym i tak Paweł i Paulina zakończyli wyprawę mniej więcej w połowie drogi, w Paryżu. Ich miejsca zajęły Joasia i Marta. A wszystko “zaczęło się od marzeń”.

Początki
Pierwsze marzenie - wakacyjny wypad nad Balaton. Przekonali rodziców, by zgodzili się ich puścić. Wrócili w komplecie i zdrowi, choć dwa tysiące kilometrów na Węgry pokonali 25-letnim golfem. Zwycięstwo ducha nad materią (volkswagena) wzięli za dobrą monetę. I tak się urodził Zielony Ogórek. To znaczy pomysł na Zielonego Ogórka z Indeksem w Podróży. Bo młodzież dorosła i dostała studenckie indeksy.
Urosły też plany i golf był już dla nich za malutki. Musieli zaopatrzyć się w inne auto. Marzył im się Volkswagen Transporter T1, ale studenckie konta nie były w odpowiednim stanie. Limit mieli ustawiony na trzy tysiące złotych (maks). Wydawało się niemożliwe, ale… znaleźli. Zamiast baku miał kanister, tłumik przypominał flet, a wnętrze świadczyło o budowlanej przeszłości. Ale i tak go kupili, bo: najważniejsze są marzenia. No jeszcze marketing.
“Jeśli pójdziesz do sponsora i powiesz mu, że wybierasz się w podróż (którą on ma w twoim wyobrażeniu zasponsorować, bo nie masz pieniędzy), ale samochodu też nie masz - tłumaczy Maciek – to pokaże Ci drzwi. - Nam się to zresztą już i tak parę razy zdarzyło”.
Szybko odkryli, że marzenia marzeniami, ale trzy tysiące, które zapłacili to było “o trzy tysiące za dużo”. Samochód zepsuł się już w trakcie drogi do domu. Po naprawieniu… też się psuł. Do tej pory zainwestowali w niego kilkakrotnie więcej, niż kosztował, a psuje się nadal i raczej się to już nie zmieni. Swoje podróże liczą więc między innymi ilością razy, kiedy Ogórek (bo Volkswagen Transporter T3 plus zielona farba) wymagał pchania. A było tego sporo. Na tyle, że do ostatnich drogowych buntów Ogórka zaczęli wreszcie podchodzić już ze stoickim spokojem. O ile na początku, gdy odmawiał znienacka posłuszeństwa np. na niemieckiej autostradzie, wpadali w panikę, to już jako prawdziwi weterani ruszania na “pych” zaczęli je uważać co najwyżej za zabawną przygodę.
“Trochę śmiechu, ktoś wysiada i po paru minutach auto rusza” - opowiadał Mariusz.

Volkswagen zresztą doszedł do całkiem niezłej formy (tę zwyżkę zawdzięczali pewnemu miłemu sąsiadowi, który baardzo wiele pomógł w naprawach). I tak, o ile w pierwszej podróży Ogórka kluczowymi elementami każdego noclegu był bezpłatny parking (bo mało pieniędzy), jakaś toaleta (bo mycie) i górka (bo trzeba odpalić Ogórka), to dzięki upgrade’om poczynionym przez “miłego sąsiada” w tym roku już nie potrzebowali górek, a Transporter był w stanie rozwinąć zawrotną prędkość 108 km na godzinę.
Pierwsza wielka podróż Ogórka
Wbrew znanej prawdzie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu pierwsza wielka podróż zawiodła Ogórka do Grecji (pchanie: 93 razy). Może wiedział, że to ona była prawdziwą kolebką cywilizacji?… Na miejscu okazało się, że faktycznie ma wiele zalet, a wśród nich niezaprzeczalną - brak opłat za zwiedzanie, przysługujący ogórkowej młodzieży z racji studiowania. A że do Grecji dostać się drogą lądową i ominąć inne kraje nie sposób, przy okazji zwiedzili także Europę Środkową i Wschodnią oraz Bałkany - łącznie 14 krajów. Ogórek też tam był.
W podróży notowali wrażenia. Na przykład, że w Bratysławie późnym popołudniem nie ma co liczyć na zakupy czy otwartą knajpkę. (Nasi południowi sąsiedzi najwyraźniej zamiast w świątyniach konsumpcji wolą czcić domowe ogniska.) W Rumunii z kolei odkryli, że wbrew powszechnemu mniemaniu hrabia Drakula nie mieszkał wcale w złej sławy zamku w górach Transylwanii: arystokracie przypisuje się bowiem co najmniej cztery różne siedziby i wcale nie wiadomo, która z nich jest tą prawdziwą (wiadomo: ta, którą nakręcił Coppola). Po raz kolejny potwierdziła się stara prawda, a nawet dwie, że po pierwsze - podróże kształcą, a po drugie - człowiek całe życie się uczy.

Wyprawa się udała, 8 tys. kilometrów dróg zleciało jak z bicza strzelił, a wakacje skończyły. Trzeba było wracać na ziemię (to znaczy Ogórek musiał wrócić do garażu, gdzie kisił się całą zimę). Okazało się jednak, że jeden sukces pobudził głód kolejnego, a ogórkowa młodzież poznała prawdę znaną wszystkim obieżyświatom: kto raz wszedł na szlak już zawsze będzie odczuwał swędzenie nóg, które znowu chcą wyruszyć w drogę. Zaczęli kombinować znowu. I wykombinowali. A że Europy było im mało, stwierdzili jednogłośnie: Afryka! I tak urodziła się Ogórkowa Maroko Trip 2013.
Najbardziej doniosłym celem kolejnej podróży było ujrzenie “Wrót Sahary”. Ale że świat robi się coraz mniejszy, a podróżowanie coraz prostsze i do najdalszych zakątków ziemi dotrzeć może nawet dziecko, prawdziwy globtrotter może mieć spory kłopot w dziedzinie przykuwania uwagi otoczenia (w tym sponsorów i… mediów). Ogórkowcy uznali, że ich wyczyn może nie być dostatecznie wyczynowy i że do “Wrót Sahary” trzeba dorzucić coś jeszcze. Wpadli więc na pomysł, że najpierw przejadą Europę na wylot - z północnego czubka aż na samo południe, by następnie przeprawiwszy się promem triumfalnie wjechać do Afryki. Postanowiwszy, zaczęli wcielać swój plan w życie.
Przygotowania
O ile swoją ateńską wyprawę przygotowywali trzy miesiące, “Maroko Trip” zajęło im niemal trzykrotnie więcej. Wydaje się, że to mnóstwo czasu. Nic bardziej złudnego. Trzeba było zdobyć Ogórkowych sponsorów, zgromadzić pieniądze, zorganizować sprzęt, zespół i jeszcze poradzić sobie ze studiowaniem. Na szczęście uczelnie były dla podróżników dość wyrozumiałe i nie stawiały przeszkód np. co do wcześniejszego zdawania egzaminów. Rektor uniwersytetu w Zielonej Górze był nawet na tyle wspaniałomyślny, że dorzucił nieco do Ogórkowej puli - a w liczącej kilkanaście tysięcy kilometrów podróży każdy grosz się liczy. Liczyli skrzętnie.

Starannie też wywiązywali się z obowiązków wobec sponsorów, nawet jeśli wymagało to poszukiwania darmowego wi-fi o trzeciej w nocy i relacjonowania wydarzeń danego dnia z parkingu pod supermarketem - jak zdarzyło im się już nieraz w związku z napiętym planem dnia. Ot, cena sławy. Fajnie jest bowiem ruszać na wyprawę w blasku fleszy, ale trzeba za to swoje zapłacić. Walutą jest… praca. W podróży sypiali najwyżej 5-6 godzin na dobę. Tyle bowiem zostawało, gdy przebyło się zaplanowany na dany dzień odcinek trasy, znalazło darmowy nocleg, zrobiło obowiązkową relację dla prasy, radia i telewizji, podreperowało Ogórka i wrzuciło coś na ząb.
Po doświadczeniach z Aten wiedzieli już lepiej, jak podzielić obowiązki, dzięki czemu stało się znośnie. Ale i tak najbardziej doceniali, gdy… nic się nie działo, to znaczy był święty spokój. Ogórek jechał, kilometry mijały, ktoś pilnował mapy, reszta… spała. A już gdy znalazła się jakaś dobra dusza, która zoczywszy Ogórka i usłyszawszy jego historię zaoferowała podróżnikom kolację, spanie czy dostęp do łazienki, wspominali ją rzewnie całymi kilometrami. Jak artystę (musicalowego aktora) - Grzegorza z Holandii - który ugościwszy i nakarmiwszy załogę Ogórka zapisał się w jej wdzięcznej pamięci głębiej, niż nawet sam Amsterdam - zbyt głośny i chaotyczny, jak na ich zmęczony już w wyniku podróżowania gust. Miasto było dla nich także zdecydowanie zbyt… rozpustne. Kipiące erotyką wystawy i ulice wcale nie zrobiły na nich dobrego wrażenia. - Jeden wielki chaos - ocenił Wojtek.
Z podróży w sumie w ogóle najbardziej chyba pamiętają właśnie ludzi - życzliwych, dobrych, przyjacielskich. I takich, którzy cieszą się widząc Ogórka, a w nim ciekawą świata polską młodzież. Jak starszy pan, który na ulicy w Brukseli przywitał ich niepewnym, ale radosnym “Dżen dobry”. Albo młody Taj, na tyle ciekaw Polski, o której opowiadała mu nauczycielka rosyjskiego, poznana gdy studiował w byłym Kraju Rad, że postanowił sam przekonać się, jak wygląda ów egzotyczny kraj. Spotkania z takimi osobami, rozmowy (i kolacje ze śniadaniami) - są dla nich niezapomniane.

W poznawaniu ludzi bardzo pomagało im to, że byli jedną ekipą, co sygnalizowały m.in. noszone prze nich koszulki. Rzucały się w oczy i budziły ciekawość, a przy okazji ułatwiały nawiązanie kontaktu. Padały pierwsze pytania: kim są, co tu robią, dokąd jadą? - i już pierwsze lody przełamane. Szybko okazywało się, że ludzie są (z reguły) pomocni i życzliwi, a to w takiej wyprawie wielka rzecz. Nie zawsze daje się wszystko przewidzieć, nie zawsze udaje się o niczym nie zapomnieć. Zwłaszcza, że do “Maroko Trip” przygotowywali się po kilkanaście godzin na dobę i kiedy przyszło co do czego, kiedy się w ferworze przygotowań ocknęli, okazało się, że… nie spakowali toreb. Na przygotowanie ubrań mieli dosłownie ostatnie godziny. Życzliwe dusze, zwłaszcza takie z łazienką ( i pralką) bardzo się podróżnikom przydawały.
Maroko Trip 2013
Maroko Trip 2013 zaplanowana została na 14 państw. Po starcie z Zielonej Góry trasa Ogórka wiodła przez Niemcy, Holandię, Belgię, Wielką Brytanię, Irlandię, Francję, Hiszpanię i Portugalię - czyli “z góry na dół” Europy. Po przeprawie promowej do Afryki (wszak to Maroko Trip!) podróżnicy mieli w planach „wschód słońca nad Saharą” i powrót do Europy, tak by po drodze zobaczyć jeszcze Andorę, Monako, Włochy, Szwajcarię i Lichtenstein.
U czubka Europy znaleźli się w odpowiednim momencie, by zahaczyć o wyjątkowo piękne jak na Wielką Brytanię (czy jeszcze je pamiętacie?) lato i Edynburg. To tutaj odwiedzili redakcję emito. Miasto bardzo im się podobało (wiadomo: Edi rulez!), a nam było miło, że choć odrobinkę (zasilając młodzież częściowo… czekoladowo, a częściowo „kartograficznie”) dołożyliśmy się do Wielkiej Przygody. (Udzieliliśmy także porady, by będąc, dajmy na to, w Glasgow spróbowali opanować upodobanie do wyciągania drogiego elektronicznego sprzętu - laptopów, kamer i aparatów - na parkingach podmiejskich dzielnic o trzeciej w nocy, jak to, jak sami się przyznali, nieraz im się zdarzało.) Chyba posłuchali, bo relację z podróży nadawali do samego końca.

Po przejechaniu Europy na wylot dostali się na prom do Afryki i przeprawili przez Morze Śródziemne. W Afryce nie tylko ujrzeli miasto najsłynniejszego filmowego romansu, czyli Casablancę, ale i Marakesz (tło także znanego, acz przez niektórych uważanego za gniota filmu z Kate Winslet), a także dotarli do “wrót Sahary” (kto pamięta filmową “Saharę” z Penelope Cruz?) (w sumie w historii kinematografii cała Afryka była tłem sporej ilości filmów, lepszych i gorszych, ale nie o tym piszemy) i przeżyli niezapomnianą noc w świetle jaśniejących nad nią gwiazd. (Podobno kto nie widział nocnego nieba nad pustynią ten nie wie, co to są prawdziwe gwiazdy. Widok jest ponoć fenomenalny). Z wrażenia… nie mogli zasnąć.
Wiek jednak także im przypomniał, iż ma swoje prawa i równie atrakcyjne, co nocny deszcz gwiazd, okazało się dla ogórkowej młodzieży śniadanie, podane w osadzie pustynnych koczowników. Dwumiesięczna podróż z mocno ograniczoną budżetem konsumpcją sprawiła, że atrakcje kulinarne (jajecznica, kozi ser, tadżin i kuskus, jak pieczołowicie wyliczyli w swojej relacji na blogu) były w zasadzie porównywalne z wizualnymi. Wiadomo, szybszy metabolizm. No i… dopadła ich też swoista wersja zemsty faraona (w tym wypadku chyba właściwsze byłoby określenie “zemsta Beduina”). Odmienna flora bakteryjna, obca kuchnia i… trochę się nasza młodzież pochorowała.
Maroko zapisało się w ich pamięci także za sprawą pocztówek-cegiełek, które zobowiązali się wysłać do kraju w zamian za drobny datek na wyprawę. “Sponsorzy” zamawiający pocztówki prawie jednogłośnie żądali kartek o egzotycznej proweniencji. Ogórkowcy znaleźli się zatem w nie lada kłopocie - w czasie krótkiej wizyty w Maroku musieli znaleźć, zakupić, wypisać i wysłać niemal 100 pocztówek. Pani w okienku poczty sądziła, że sobie z niej kpią.
W sumie Afryka im się całkiem podobała, ale gdy zeszli z promu płynącego do Europy i postawili stopy na Starym Lądzie - poczuli się znacznie bezpieczniej. Tutaj każdy jest już w zasadzie w domu. Już wkrótce okazało się zresztą, że wracając bezpiecznie do Europy mieli sporo szczęścia… Ale o tym dalej.

Katastrofa
W drodze powrotnej, rozpoczętej tym razem u dolnego krańca Europy, Ogórek się zbuntował. Na dobre. Na francuskiej autostradzie zdecydowanie i gwałtownie odmówił posłuszeństwa. Właściwie nie miał wyjścia - po prostu rozsypał się mu silnik. Chyba zaszkodziły mu liczące niemal 3 tys. metrów góry w Andorze. A może saharyjski piasek? A może marokańskie, liczące ponad 50 stopni, upały? A może marszruta, zakładająca zwiedzenie Europy i północnej Afryki w ciągu dwóch miesięcy? W każdym razie na brak silnika nie było mocnych. Ogórkowi podróżnicy wrócili do domu lawetą, co skonsumowało ich budżet do zera, i to absolutnego (czyli wyszło dużo na minusie).
Czy sądzicie jednak ten wypadek sprawił, iż była to ostatnia droga Ogórka? Niekoniecznie. Już w dwa tygodnie po powrocie do domu powstał plan podróży… dokoła świata!
Czy się powiedzie? Czy pojadą i dokąd? Kto weźmie udział w wyprawie? Tego dowiemy się już za niecałe dwa lata, w 2015 r. “Z indeksem w podróży dookoła świata” to kolejny plan - podróży, która potrwać ma półtora roku i prowadzić przez cztery kontynenty i 56 krajów.

Trzymajcie kciuki za tych szaleńców. I za zmartwychwstanie Ogórka.
Zielony Ogórek: nazwa nadana samochodowi, którym poruszała się w swoich wyprawach grupa młodych podróżników z Zielonej Góry, studentów tamtejszych uczelni, realizując kolejne projekty podróżnicze (Ateny 2012, Maroko Trip 2013). Strona internetowa zespołu: zindexemwpodrozy.


Komentarze 6
Ogórkiem to byl nazywany VW T2, który rzeczywiscie może sie z nim kojarzyc. Ten tu na zdjeciach to VW T3. Taki z niego ogorek jak golfa ,w dieslu oczywiscie
Kolor trochę przypomina zieleń ogórkową. I tyle. Za przedpiszącym. Ale brawa z wytrwałość. A może to desperacja??? ;-)
T2 czy T3 bez różnicy , to ogórek czepiasz się NEDD
Ja chce kupić taki jak na fotce , w obojętnie w jakim stanie , bo da się naprawić.
To już nie ogórek... i basta
Podobne do https://www.facebook.com/BusemPrzez....