Kraina wibrujących kolorów: błękitnego nieba, zielonych winnic, białych wapiennych wzgórz i czerwonych maków. Mekka spragnionych romantyzmu zakochanych par i szukających inspiracji artystów. Prowansja.

Dla mnie osobista top - three podróżniczych “destynacji”. Kiedy więc nadarzyła się okazja, by w pewien długi weekend “wyskoczyć” na parę dni do Prowansji, decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy! Van Gogh miał na Prowansję dwa lata, Peter Mayle - rok, my mieliśmy cztery dni. Wbrew pozorom, to wcale nie tak mało. W naszej podroży omijaliśmy utarte szlaki, posługiwaliśmy się węchem, podpowiedziami miejscowych i często zbaczaliśmy ze szlaku. Dlatego niniejszy przewodnik będzie subiektywny: oto Prowansja dla wagabundów.
Provence - Alpes - Cote d’Azur
Nazwa krainy ma charakter historyczny i pochodzi prawdopodobnie ze starożytnej łaciny, w której “Nostra Provincia”, tudzież “Provincia Romana” oznaczały po prostu rzymską prowincję na zachód od granic Italii. Geograficznie Prowansja rozciąga się na zachód od granicy Francji i Włoch, na wschód i północ od brzegu Rodanu, na południu sięga zaś Morza Śródziemnego i w zależności od tego, kogo pytać - wlicza się w nią lub nie - Lazurowe Wybrzeże.
Od północy ograniczają ją Alpy, ale to nie jedyne góry, które możemy zobaczyć przy okazji wizyty w Prowansji. Cała kraina podzielona jest na płaską, rozciągającą się na zachód od Marsylii Prowansję rozsądnych winnic i porządnie zaoranych pól. Na wschód od Marsylii Prowansja jest poryta łańcuchami całkiem sporych gór, porośniętych suchą nadmorską roślinnością garrigue, a winnice i plantacje pokrywają mniej strome zbocza. Na łagodnych płaskowyżach wśród gór, na wysokości nieraz 1000 metrów, rozciągają się pola osławionej lawendy.
Krajobraz Prowansji jest więc bardzo zróżnicowany, co odzwierciedla nawet administracyjne określenie regionu: Provence - Alpes - Cote d’Azur, czyli Prowansja - Alpy - Lazurowe Wybrzeże. Ta nazwa jest też dobrą podpowiedzią: faktycznie bowiem na Prowansję składają się tak naprawdę aż trzy przepiękne krainy, warte odwiedzenia i obejrzenia. Aż trudno się na coś zdecydować. Cała Prowansja obejmuje jednak dość duży obszar i jeśli coś zwiedzać - trzeba to “coś” wybrać.


W cieniu platanów
Pierwszy przystanek na naszej trasie to Aix en Provence. Nazwa miasteczka pochodzi od Aquae Sextiae (“sześć wód”) i ma starożytny rodowód. W 123 r. p.n.e. miasteczko założył rzymski konsul Sextus Calvinus, nazywając osadę od tryskających tutaj źródeł wody (stąd “sześć wód”). W 102 r. p.n.e. było ono sceną wielkiej bitwy legionów rzymskich z plemionami Cymbrów i Teutonów. Po zwycięstwie Rzymian pojmane przez nich w niewolę germańskie kobiety popełniły zbiorowe samobójstwo, by uniknąć hańby z rąk wrogów. Bohaterstwo “barbarzyńskich dziewic” przeszło do legendy.
Przed wiekami Aix było stolicą Księstwa Prowansji, które - z uwagi na cudowne położenie i wspaniałe warunki naturalne - zawsze było łakomym kąskiem dla sąsiadujących ze sobą plemion, a potem monarchii i księstw, które długo i zaciekle wydzierały sobie Prowansję z rąk do rąk. Najeżdżali je Wizygoci, Lombardowie, Frankowie a nawet Saraceni. Apetyt na nią mieli i władcy Katalonii i Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, i królowie Burgundii. W XV w. kraina stała się domeną Francji. Ślady niezwykłej przeszłości miasta do dziś widoczne są w jego murach. Niedawne wykopaliska na przedmieściach Aix, w Ville des Tours, odsłoniły nawet rzymski amfiteatr. Także spacerując po najstarszej części miasteczka poczuć można ducha przeszłości - uliczki są wąskie i odzwierciadlają średniowieczną zabudowę.
Miasteczko jest nieduże. Przed siedzibą miejscowego sądu (w tygodniu plac targowy) rozstawiają parasole knajpki. Wytchnienie od upału daje cień, rzucany przez ogromne drzewa o plamistej korze. To stare platany - popularne, zwłaszcza dawniej, drzewa parkowe i miejskie, sadzone powszechnie w całej Europie wzdłuż trotuarów i alei. Słońce przefiltrowane przez duże liście pada na tłumy szukające ochłody w olbrzymich porcjach lawendowych (!) lodów.
Łatwo domyślić się, że - jak i w innych krainach Francji, będącej w sumie zlepkiem historycznych regionów, bardzo od siebie niekiedy odmiennych - także i tutaj nadal widać ślady regionalnej odmienności. Jedną z nich jest provencal - lokalny dialekt. Na miejscowych sklepach i domach tabliczki z nazwami i ogłoszeniami często zawierają podwójne napisy: w języku francuskim i w dialekcie prowansalskim. Języki wydają się na pierwszy rzut oka do siebie podobne (np. nazwa miasteczka w prowansalskim to Ais de Provence), jednak jak twierdzą encyklopedie prowansalski jest odmianą tak zwanego języka oksytońskiego, spokrewnionego z językiem katalońskim i niezbyt mocno powiązany z francuskim. Podobno do dziś provencal mówi ok. 350 tys. osób. Co zadziwiające, choć sam ten język to dialekt - także on sam ma kolejne odmiany (rodańską, śródziemnomorską oraz nicejską).
Jak Francja, to będzie o jedzeniu, czyli Prowansja od kuchni
Prowansja słynie z warzyw i ziół (kto nie zna ratatouille albo “ziół prowansalskich”?) Będąc tutaj na pewno warto spróbować miejscowych potraw bazujących w dużej mierze na bakłażanach, cukinii, pomidorach i oliwkach. No, i obowiązkowej we Francji sałacie. Wszystko przyrządza się na oliwie z oliwek, które są jednym z darów tutejszego klimatu. Dzięki bliskim górom powszechne są kozie i owcze sery oraz jagnięcina, a ciepłe, słone morze obfituje w ryby i małże.
Prawdziwy prowansalski posiłek zamówimy w typowej restauracyjce. W porze obiadu wypełnią ją miejscowi, którzy wpadli zjeść coś w trakcie przerwy w pracy. Uwaga: jesteśmy we Francji, a tutaj jedzenie traktuje się nadzwyczaj poważnie. Przerwa na lunch, znana nam np. z Wielkiej Brytanii tutaj nie miałaby racji bytu, bo byłaby za… krótka. Obiad należy odcelebrować, zjadając tak poczekajkę (np. kromeczki bagietki z masłem, podawane przed obiadem), jak i porządne danie główne. I nikt tu się nie spieszy. Następnie deser, na który można zażądać także… serów oraz, rzecz jasna, kawa. Suma summarum, francuski obiad w trakcie normalnego dnia pracy w środku tygodnia potrwać może ponad dwie godziny.
Prowansalczycy lubią dobrze zjeść. Jadło jest proste, ale smaczne. Jedną z typowych tutejszych potrwa jest daube podobne do gulaszu, robione z wołowiny duszonej z winem, warzywami i czosnkiem. Często dorzuca się do niego oliwki, ale niemarynowane, lecz surowe, o znacznie łagodniejszym, naturalnym smaku. Powszechnie znane francuskie ratatouille także jest z pochodzenia prowansalskie, wywodzi się bowiem z Nicei.
Warzywa są w regionie w ogóle podstawą kuchni - w ciepłym klimacie rosną wyjątkowo dobrze. W knajpkach proponowana jest np. przystawka z grillowanych bakłażanów i cukinii, z dodatkiem serów i ziół. Do jedzenia dostaniemy, rzecz jasna, obowiązkową francuską bagietkę Prowansja jednak powszechnie jada także lokalny wypiek - fougasse - rodzaj płaskiego drożdżowego chlebka, z reguły nadzianego, np. pomidorami i serem, pastą z cebuli, czy grzybami. Miłośnikom włoskiej kuchni skojarzy się pewnie z calzone.
Potrawy są aromatyczne - któż nie znałby zresztą Herbs de Provance - czyli słynnych “ziół prowansalskich”? Wbrew pozorom mieszanka nie musi mieć jednego, jednolitego składu. Prowansja pachnie bowiem zarówno tymiankiem, szałwią, jak bazylią, rozmarynem, czy lawendą. Zioła prowansalskie mogą więc składać się z ich mieszanek, a kupić je można zarówno na straganach dla turystów, jak i zwyczajnie - w sklepie.


Pociecha łasucha
Jak Prowansja, to rzecz jasna także lawenda i to doustnie. Tak, tak - robi się z niej nie tylko pachnący olejek, ale i przyprawę do jedzenia, a nawet… lody! Lekko fioletowe, smakują dość zaskakująco, bo lawenda niekoniecznie kojarzy się z jedzeniem. Warto jednak spróbować. Komu natomiast nie przypadnie do gustu lawenda w lodach może spróbować z pośród dziesiątków innych, bardziej tradycyjnych smaków. Do lawendy jednak jeszcze wrócimy, bo może np. nie wiecie, że lawenda to wcale nie lawenda? Ale o tym później.
Prowansalczycy wyraźnie lubują się w eksperymentach - w czasie naszej podróży mieliśmy także do czynienia z lodami tymiankowymi, a także przyrządzonymi z przetartych płatków kwitnącego maku. Rzecz jasna, popularność lodowych deserów wynika z oczywistej przyczyny - ciepłego, suchego klimatu, który aż prosi się o orzeźwiający deser. Miłośników innych łakoci nie spotka tu jednak nic złego - Prowansja obfituje także i w inne słodkości. Tradycyjne wyrabiane są tutaj od XVII wieku migdałowo-owocowe ciasteczka - calissons. W Aix de Provance można zakupić je w wielu sklepach, na których widok aż ślinka cieknie. Nic dziwnego, że jeden z nich nosi nazwę “Coure de gourmande” (“pociecha łasucha”).
Do deseru można zamówić kawę. Niech Was jednak nie zwiedzie pozorna globalizacja - we Francji niełatwo o kawę z tzw. sieciówki, która zaspokoi nasze pragnienie na “latte”. To, o co możemy poprosić to cafe au lait lub grand creme, co oznacza, że dostaniemy całkiem sporą, jak na klasyczną kawiarnię, filiżankę kawy z mlekiem.
Po posiłku zaś, gdy ciało wzmocnione warto przysiąść nad mapami i zaplanować strawę dla ducha, czyli trasę na następne dni.
cdn.


Komentarze 3
na pierwszy rzut oka to myślałem,ze bedzie o Afganistanie;)
Piekna kraina, mialam okazje spedzic urlop w Uzes. Z kulinariow pamietam pyszne szparagi, roznorodne pomidory, ogromny wybor serow i ryb kupowanych rano na lokalnym markecie pod platanami. Jedyna wada - troche drogo.
Widzac maki, rowniez pomyslalem o Afganistanie :P
Zgłoś do moderacji