Mijamy ich na ulicy, odwracamy wzrok, bo lepiej jest nie budzić spokoju sumienia. Zaciekawienie wzbudza w nas polskie słowo, które pada z ust kogoś, kto z plastikowym kubkiem w ręku prosi o drobne. Wtedy najczęściej myślimy sobie: I po co taki tu przyjechał, stoczył się i tylko psuje dobre zdanie o Polakach. W takiej chwili łatwo zapomnieć, że za każdym takim człowiekiem stoi jakaś historia pisana tragedią losu.

Dorota Haremska pracuje z bezdomnymi w Londynie od ponad dziesięciu lat.
- Zaczynałam od pracy jako wolontariuszka w jednym z angielskich kościołów, gdzie pomagałam głównie imigrantom z Europy Środkowo-Wschodniej. Nie znali języka angielskiego, więc kontakt z nimi był bardzo utrudniony.
Dorota podkreśla, że obraz jaki zastała w kościelnej jadłodajni głęboko nią wstrząsnął ale równocześnie zdeterminował do dalszej pracy. Już po krótkim czasie okazało się, że byli otwarci i chętni do rozmowy.
- Ludzie ci pozbawieni adresów, uzależnieni i żyjący w ekstremalnej nędzy nie przyjechali tu podziwiać architekturę Londynu – mówi – ale w poszukiwaniu lepszego życia i pracy. Najczęściej zostali tu brutalnie oszukani, wykorzystani przez nieuczciwych pracodawców. Ograbieni ze wszystkiego, często nawet z dokumentów lądowali na ulicy, która od tej chwili stała się dla nich domem.
Latem bezdomni śpią w parkach, przy głównych ulicach w centrum miasta. Na squatach można spać przez cały rok. Zimą otwierane są tzw. Winter Shelters, ale tylko wtedy, gdy temperatury spadają poniżej zera. Takie shelters, to najczęściej kościoły, w których osoby bezdomne mogą spędzić noc, rano zjeść posiłek, po którym muszą opuścić to miejsce. Ważne jest również to, że osoba bezdomna nie może sama pójść do takiego shelter i poprosić o pozwolenie na nocleg. Wcześniej musi ją spotkać grupa terenowa (street worker), która skieruje ją do winter shelter. Najczęściej jest też tak, że osoby takie muszą spędzać kolejne noce w innym miejscu. Takie rozwiązanie ma przyczyniać się do tego, żeby ludzie nie przyzwyczajali się do takich rozwiązań, tzn. darmowych noclegów. Winter Shelters są zamykane z końcem marca i wtedy osoby, które korzystały z takich miejsc, znowu lądują w parkach lub na ulicach.
Co ciekawe, dostęp do hosteli mają jedynie osoby otrzymujące zasiłki, z których taki hostel jest opłacany. Wielu bezdomnych z krajów A10 nie posiada dokumentów, nigdy nie pracowali w UK legalnie i tym samym nie posiadają dostępu do pomocy socjalnej.
Piotr mieszkał na ulicach Londynu przez siedem lat.
- Nikt nie wybiera życia na ulicy dobrowolnie mówi - To życie podejmuje za ciebie taką decyzję, a ty ulegasz jej, bo nie masz innego wyjścia. Mnie też tak się kiedyś wydawało. A ulica bardzo wciąga. Zaczynasz spać w parku na ławce i wydaje ci się, że jest OK, jakoś da się żyć. Ktoś da ci koc, ktoś inny powie gdzie można się umyć i dostać ciepłą zupę. I zaczynasz tak żyć i myślisz, że dasz radę, nie jest źle. A prawda jest taka, że średnia przeżywalność na ulicach Londynu to cztery lata. Zabija cię alkohol i samotność, bo kiedy masz atak, to nie ma nikogo obok ciebie, kto zadzwoni po karetkę.
Dziś Piotr jest innym człowiekiem. Wiele lat temu dał się namówić pracownikom Barki UK na powrót do Polski. Przeszedł długa terapię, odtrucie alkoholowe, pojechał do jednego z domów wspólnotowych Barki w Polsce i stanął na nogi. Dwa lata temu otrzymał propozycję powrotu do Londynu jako pracownik Barki UK. Ktoś, kto sam przeszedł cały proces wydaje się najlepszą rekomendacją dla innych, którzy są na życiowym zakręcie.
- Pochylam się na kimś, kto śpi na ławce i mówię do niego: słuchaj, żyłem tak jak ty i tez nie wierzyłem, że z tego można wyjść. Ale widzisz udało mi się, I tobie też się uda. Tylko musisz mi zaufać i dać sobie pomóc.
Piotr mówi, że to nie jest łatwa praca. Trudno jest wzbudzić w ludziach zaufanie, nie wierzą w ratunek, który Barka chce im ofiarować. Są tak załamani, że jedyna rzecz, o jakiej marzą to łyk alkoholu.
Rozmowa z Agnieszką Baczkiewicz z Barki, która walczy o przetrwanie Barki UK od ponad dwóch lat.
Londyński oddział polskiej organizacji Barka odnosił duże sukcesy na polu pomocy rodakom, którzy znaleźli się w trudnej, wręcz dramatycznej sytuacji życiowej. Jak twierdzi prezes Barki, Ewa Sadowska od 2007 roku udało się pomóc ponad 2500 osobom z całej Europy Środkowo-Wschodniej. 80% tej liczby stanowią Polacy.
Dzięki działalności Barki UK na ogromną skalę, problem bezdomności wśród Polaków w niektórych dzielnicach został praktycznie zlikwidowany. Niestety, to nie oznacza końca problemów. Bezdomni zawsze będą się pojawiać na ulicach Londynu. Niestety kryzys spowodował, że dotacje finansowe zostały mocno okrojone. Brak funduszy pomocowych osłabia organizację i może spowodować najgorsze: zamknięcie organizacji.
Agnieszka Baczkiewicz: - Nie wolno nam do tego dopuścić. W Londynie jest cała masa dobrze sytuowanych Polaków, którzy zajmują wysokie stanowiska. To właśnie do nich chciałabym zwrócić się z apelem o szczodrość i odrobinę dobrego serca dla rodaków, którzy mieli mniej szczęścia. Chciałabym, aby wiedzieli, że jest w Londynie organizacja, która pomaga Polakom wrócić do normalnego życia. Nie chodzi wyłącznie o wsparcie finansowe, które jest bardzo ważne, ale również o zmianę nastawienia bogatej Polonii do problemu, z jakim boryka się Polonia biedniejsza. Nie wstydźmy się pomagać komuś, kto tego naprawdę potrzebuje. Jest wielu Polaków z wielkim sercem, którzy z sobie wiadomych powodów wolą wspierać finansowo wielkie zagraniczne organizacje pomocowe, zapominając przy tym, że są również polskie fundacje, które liczą na pomoc i wsparcie. Warto zaznaczyć, że jesteśmy jedyna organizacją w Wielkiej Brytanii, która zajmuje się problemem bezdomności nie tylko wśród Polaków ale również innych obywateli Europy Środkowo- Wschodniej.
Na co przeznaczane są pieniądze przekazywane Barce UK?
AB: - Naszym największym zadaniem jest program Powroty, który pozwala bezdomnym Polakom wrócić do kraju. Najpierw musimy przekonać osobę bezdomną, że najlepszym rozwiązaniem jest powrót do kraju, gdzie wśród zaprzyjaźnionego środowiska, jaki oferują liczne domy wspólnotowe Barki w Polsce, można wrócić do normalnego życia. Jeżeli bezdomny jest uzależniony, najpierw musimy skierować go na odtrucie do angielskiego szpitala i opłacić jego detoks. Następnie opłacamy dla takiej osoby bilet powrotny.
Dlaczego powrót do Polski jest taki ważny?
AB: - Bo Anglia to mimo wszystko jest dla nich obca ziemia. Nie nauczyli się tu języka, co automatycznie przekreśla szanse na znalezienie jakiejkolwiek pracy. Poza tym Anglia w ich przypadku kojarzy się z porażką. Przecież ktoś, kto wylądował na ulicy nie zrobił kariery i nie spełnił marzeń swoich ani swojej rodziny. Brak znajomości angielskiego przekreśla też możliwość przeprowadzenia terapii, której każdy bezdomny bezwzględnie wymaga. Jednym z powodów powrotu jest brak języka, ale wiemy, że jest tu sporo ludzi, którzy języka nie znają, a mimo to dobrze sobie radzą. Wśród osób bezdomnych największym problemem są uzależnienia, wśród obywateli CEE jest to głównie alkohol. Osoby bezdomne w znacznej mierze przywiozły ze sobą problem uzależnienia, ale tutaj, na obcej ziemi, w obcym środowisku, te uzależnienia szybko sie rozwijają. Przebywając na ulicy, ludzie łączą się w grupy, żeby było im raźniej. Takim grupom zawsze towarzyszy alkohol, który pomaga zapomnieć i oszukać samego siebie.
Jakie są szanse na przeprowadzenie odtrucia alkoholowego osoby bezdomnej na terenie Wielkiej Brytanii?
AB: - Niewielkie. Po pierwsze trzeba mieć dostęp do zasiłków. Następna kwestią jest to, że chcąc skorzystać tylko z detoksu (odtrucia), trzeba mieć dostęp do lokalu. Nie można odtruć osoby i wypuścić ją na ulicę, ponieważ może się to zakończyć dla niej śmiercią. Ktoś taki wróci do swojego środowiska, najprawdopodobniej zacznie pić, a zbyt duża dawka alkoholu może spowodować szybką śmierć. Barka UK ma kontakty z ośrodkami leczenia uzależnień w całej Polsce. Leczenie jest darmowe. Po leczeniu można pozostać w hostelu lub wrócić do rodziny. Są też ośrodki Fundacji Barka oraz inne partnerskie placówki, w których można podwyższać swoje kwalifikacje, uczestniczyć w różnych kursach i zakładać spółdzielnie socjalne. Zawsze można również wrócić do Anglii, ale już z innej perspektywy. Po leczeniu I z nowymi siłami.
Co dzieje się w przypadku, gdy bezdomny stracił dokumenty?
AB: - W takim przypadku może również liczyć na naszą pomoc. Chciałabym tu podkreślić wspaniałą postawę Konsulatu RP w Londynie, który poczuwa się do solidarności z obywatelami w potrzebie. Konsul RP zawsze gotowy jest do współpracy z nami i bezpłatnie wydaje naszym podopiecznym jednorazowe paszporty wyjazdowe. Tak zwana zjazdówka ważna jest kilka tygodni i pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że w ciągu tego czasu nas podopieczni nie zmieni zdania.
Czy trudno jest przekonać taką osobę do powrotu?
AB: - Bardzo. Po pierwsze dlatego, ze życie na ulicy wciąga, a w zamroczeniu alkoholowym jest takiemu komuś po prostu wszystko jedno. Co roku na ulicach Londynu umiera około 450 osób. Umierających Polaków jest coraz więcej. My chcemy tych ludzi ratować, a jedynym ratunkiem, w naszym przekonaniu jest powrót do Polski.
Tylko jak tu wrócić z takim bagażem doświadczeń.
AB: - Najtrudniej jest pokonać w sobie wstyd i zażenowanie. Przed żoną, która została w kraju, przed dziećmi, przed rodzicami, a na samym końcu przed samym sobą. Trzeba na nowo odzyskać szacunek do samego siebie i zawalczyć od początku. A to nie jest łatwa droga. Dużo łatwiej jest załamać się i spać na ławce. Tylko, że to jest droga w kierunku przepaści, która bez odpowiedniej pomocy nigdy nie skończy się pozytywnym zakończeniem, ale tragedią.
Bezdomność może spotkać każdego z nas.
AB: - To prawda. Najczęstszą przyczyną bezdomności Polaków w Wielkiej Brytanii jest zmiana sytuacji życiowej. Może to być brak pracy, choroba czy depresja. Bez wsparcia rodziny, z dala od rodzinnego kraju bardzo szybko można sięgnąć dna. Nie każdy jest na tyle zaradny, by zabezpieczyć się przed taką sytuacją lub z nią walczyć. Od pewnego czasu działa nasza infolinia, która jest często pierwszym ogniwem pomocowym dla osób w potrzebie. Nasza bezpłatna Helpline 0800 171 2926 jest obsługiwana przez osoby mówiące w języku polskim, rosyjskim i angielskim. Czekamy na telefony codziennie od godz. 9.00 do 16.00.
Kto do was dzwoni?
AB: - Ze smutkiem muszę stwierdzić, że coraz częściej są to telefony od polskich rodzin, którym grozi eksmisja lub od samotnych matek, które w wyniku różnych tragedii znalazły się z dziećmi bez dachu nad głową, a angielski urząd odmawia im pomocy. Przy tej okazji chciałabym podkreślić z całą stanowczością, że polscy obywatele powinni z determinacją walczyć o swoje prawa. Urzędnicy angielscy są bardzo powolni i opieszali, często robią wszystko, by zniechęcić do korzystania z pomocy, która nam przysługuje. Walka z urzędnikami wymaga czasu, którego nie ma ktoś bez dachu nad głową.
Zachęcamy do wspierania Barki UK: www.barkauk.org
Infolinia, Helpline: 0800 171 2926 czynna codziennie w godzinach 9.00 – 16.00, operatorzy rozmawiają w języku polskim, rosyjskim i angielskim.



Komentarze 31
Z cyklu "Luźne rozmowy z luźnymi ludźmi":
Młody chłopak i staruszka
- Pani da na bułkę.
- Nie mam.
- Ale ja śniadania jeszcze nie jadłem a już prawie noc...
- To już nie będziesz jadł.
*****
- Pani da na jedzenie pieniędzy nie mam.
- Nie masz pieniędzy?
- Nie.
- To już nie będziesz miał
*****
- Pan da na chleb.
- Do roboty.
Generalnie nie daje mentom, żulom i cygankom. Żulom ze swojego osiedla czasem winko kupie jak jestem w Polsce. Te dwa funty mnie nie zbawi a moje sumienie od razu staje się spokojniejsze. Po drugie to "nasze żulki" i zawsze pomogą jak trzeba coś ciężkiego przenieść. To na piwko też dostaną.
Dając pieniądze, de facto tylko utrwalasz stan zawieszenia, w którym sie znajdują.
W pozostałychh kwestiach: zaręczam, że w żadnym większym mieście w UK, absolutnie żaden bezdomny nie musi być głodnym, jednak nie każdemu chce się przejść milę czy półtorej po to, aby coś zjeść, bo przecież zawsze moze wyżebrać.
Co do poruszonego w artykule tematu Winter Shelters- uzyskanie skierowania do takich noclegowni poprzez streetworkerów, to chyba tylko w Londynie (lub Anglii)- w Edynburgu wystarczy po prostu stawić się pod drzwiami. Tow szystko. Tak więc, nie precyzując tego dokładnie, artykuł wprowadza w błąd.
Kolejna rzecz- program "powroty". Przeczytałem, ze ogranicza się on na stworzeniu możliwości powrotu do Polski. Wadzic w samolot, odfajkować, odbębnić, wpisać na konto sukcesów. Co dalej- w sytuacji, gdy na wielu z bezdomnych, zwłaszcza uzależnionych, w kraju nie czeka nikt ani nic? Tacy bezdomni po jakimś czasie wracają na brytyjskie ulice- osobiście znam kilkanaście takich przypadków. Po prostu bycie bezdomnym jest łatwiejsze w UK niż w Polsce.
Sorry, ale ten tekst:
"- Pochylam się na kimś, kto śpi na ławce i mówię do niego: słuchaj, żyłem tak jak ty i tez nie wierzyłem, że z tego można wyjść. Ale widzisz udało mi się, I tobie też się uda. Tylko musisz mi zaufać i dać sobie pomóc"
jest cholernie naiwny. Ci ludzie na ogół wiedzą, zę z takich problemów można wyjść. Różnica polega na tym, że oni nie chcą sobie z nimi poradzić.
Po prostu nie można pomóc komuś na siłę, wbrew jego woli.
A tak na marginesie to zdrzaja sie tam pracowac niesamowici ludzie Polacy
taka wlasnie jedna bardzo uparta volontariszka zadala sobie mnostwo trudu by mnie odnalezc I zwrocic mi cos co przypadkiem wyladowalo u nich w koszu
Dawne bardzo czasy
Masz racje Esha ci ludzie nie chca dac sobie pomoc ale z drugiej strony "normalni" ludzie malo co wiedza o uzaleznieniach i dla nich zul jest po prostu zulem. To jest wszystko zbyt skomplikowane. Zycze wszystkim uzaleznionym aby znalezli w sobie sile i starali sie wrocic do normalnego zycia. Bo to ONI musza tego chciec a nie ktos za nich.
#2
#4
"Ci ludzie na ogół wiedzą, zę z takich problemów można wyjść. Różnica polega na tym, że oni nie chcą sobie z nimi poradzić."
bzdura wierutna
wezcie poczytajcie sobie o mechanizmach uzaleznienia oraz o pulapce bezdomnosci