Wyobraźmy sobie, że jest połowa lat 40 XX wieku. Wyobraźmy sobie, że część naszej rodziny zginęła lub zaginęła. Wyobraźmy sobie, że nie mamy już swojego domu. Że nie mamy się gdzie podziać. Że nie znamy jutra. Że strach jest chlebem powszednim.
Dr Jan Mokrzycki
Na skutek migracji wojennych na Wyspy trafiło około 220 tysięcy Polaków. Ludzie ci nie mogli wrócić do kraju z powodów politycznych, ponieważ albo nie chcieli wracać do "Czerwonej Polski", albo powrót oznaczałby dla nich więzienie, czyli pewną śmierć lub wywózkę na Sybir. Dla wielu także nie było powrotu wcale, ponieważ po przesunięciu granic ich domy znalazły się poza Polską.
Ówczesna emigracja (chociaż to nie najodpowiedniejsze określenie, ponieważ ludzie ci nie mieli wcale, albo mieli bardzo ograniczony wybór migracyjny, a słowo emigracja kojarzy się z wyborem), składała się z osób pochodzących z różnych środowisk, nierzadko była to inteligencja, jak oficerowie, lekarze, ludzie wszechstronnie wykształceni. Albo zwykli młodzi ludzie, jak żołnierze.
Prezes Zjednoczenia Polaków w Wielkiej Brytanii, dr Jan Mokrzycki, który ponad 60 lat temu wraz z matką trafił do Anglii, wspomina te czasy: "Po wojnie, nawet i w Wielkiej Brytanii panował głód. Wszystko było na kartki. Owszem, istniał czarny rynek, ale tylko dla bogatych. Generalicja, jako wykształcona kadra oficerska, miała trudności ze znalezieniem odpowiedniego zajęcia, stąd imali się wszelakich zajęć, między innymi wymagających ogłady, manier, prezencji, jak na przykład praca w charakterze portiera. Kobiety zaś, uprzednio damy na salonach, posiadające przed wojną służbę, zmuszone były nieraz do zajęć fizycznych, czego jednak wcale się nie wstydziły. Z czegoś trzeba było żyć, a czasy do lekkich nie należały" – podkreśla.
Ówczesne porządki
Istniała wówczas instytucja tzw. Labour Exchange, czyli Urzędu Pracy, z tym, że działająca nader skutecznie, ponieważ rzeczywiście ograniczająca bezrobocie. Każda osoba szukająca pracy miała obowiązek się zgłosić i przyjąć jakąkolwiek ofertę, choćby miała zostać zwolniona po tygodniu, należało wtedy wrócić i otrzymywało się kolejną. To umożliwiało utrzymanie ciągłości zatrudnienia. I oczywiście nie pozwalało na życie na koszt państwa - w przeciwieństwie do czasów obecnych, gdzie system zabezpieczeń socjalnych rozleniwia ludzi i zabija wszelką motywację.
Jak podkreśla Jan Mokrzycki, Anglią rządziła wówczas Partia Pracy, która jako lewica, uznawała porządki Stalina we wschodniej części Europy. Nie przepadała za Polakami wierzącymi w Andersa, ani za całą koncepcją rządu polskiego na obczyźnie. Niechętnie zatem widziano Polaków na Wyspach. Podobny stosunek reprezentowaly związki zawodowe. Otóż pracownicy, rodowici Wyspiarze, jak dziś, nie pochwalali tempa i standardów pracy Polaków. Stąd ich skargi, stąd niezadowolenie, ponieważ stawiało to ich w złym świetle, jako pracowników. A związki zawodowe musiały dbać o interesy pracowników, ale przede wszystkim tych "swoich".
"Negatywne nastawienie dotyczyło głównie warstw niższych i uboższych, czyli średniej klasy robotniczej. Ludzie ze sfer wyższych mieli szersze pojęcie zarówno o świecie, jak i choćby o historii, pamiętali także zasługi lotników polskich podczas bitwy o Anglię."
Wiedza o Polakach w społeczeństwie jako takim była marna, za co obarczyć winą można angielski system oświaty, gdzie nauka geografii i historii ograniczała się tylko do Imperium Brytyjskiego. Dopiero w latach 70. Wyspiarze zaczęli podróżować trochę po Europie i wtedy poszerzyli swoje horyzonty - opowiada prezes ZPwWB.
Skuteczna asymilacja
Ludzie, którzy osiedlili się tutaj całe lata temu, wychowali swoje dzieci, a teraz wychowują swoje wnuki; nie tęsknią za ojczyzną już tak jak kiedyś. Stali się pół-Brytyjczykami. Ich dzieci, mówiące płynnie po angielsku, który jest już ich raczej pierwszym językiem, mówią jeszcze po polsku, ale już z wyraźnym obcym akcentem. Ci, których było na to stać, zabierali swoje dzieci na wycieczki do Ojczyzny, by kolejne pokolenie nie straciło zupełnie swej polskości.
Ponieważ było ich wtedy stosunkowo niewielu, zmuszeni byli mocniej się asymilować. W tej chwili można właściwie, śladami przybyszy z Azji, izolować się od reszty świata i żyć w wąskim gronie swoich, których wokół nie brakuje. Do wyboru mamy rodaków pochodzących z wszelkich środowisk, o wszelkim wykształceniu i upodobaniach, z wszelkich rejonów itp.
Z drugiej zaś strony, starsze pokolenie chętniej zrzeszało się wokół polskich klubów towarzyskich i sportowych, kościołów. Charakter tej integracji był nieco odmienny niż teraz. Skupiano się wokół kultury, tradycji; chcieli pielęgnować polskość w najlepszym jej wydaniu. "Stara emigracja" znalazła się w miejscu, gdzie nie było nic polskiego, więc zbudowała polskie domy, parafie, organizacje, które do dziś istnieją, i z których wszyscy mogą korzystać, i pomimo różnic pokoleniowych w Anglii, udaje się żyć w zgodzie, mówić jednym głosem, co pomaga w naszych stosunkach z władzami tak brytyjskimi, jak i polskimi.
Ponadto ludzie ci po dziś dzień posługują się znakomitą polszczyzną. Faktem jest, że wielu z nich pochodzi z rodzin inteligenckich, ale mimo wszystko, po tylu latach spędzonych poza granicami Polski, ich język jest pozbawiony akcentu, gramatyczny, czysty i bez zarzutu. Niestety rodacy przybyli do kilku lat wstecz zaczynają już kaleczyć język niemiłosiernie. Wtapiając angielskie słowa, zapominają nagle polskiego albo używają bezpośrednich tłumaczeń z angielskiego, tworząc dziwaczną nowomowę. Zdarza się i nawet, że po kilku miesiącach nabierają idiotycznego akcentu.
... swego nie znacie
Motywy, dla których poprzez kilka ostatnich lat ludzie opuszczali granice naszego kraju diametralnie różnią się od tych, które przyświecały naszym rodakom w połowie lat 40.
Jesteśmy narodem narzekającym i kto wie, może nawet bardziej niż Brytyjczycy, uchodzący przecież za czołówkę w rankingu malkontentów narodów. Wielu z nas, wyjeżdżając z Polski, powiada, że nie chce żyć w kraju, gdzie jest chaos, gdzie nie można znaleźć pracy za godziwe pieniądze, że rząd nie dba o młodych, nie widać szans na uczciwie usamodzielnienie i życie na przyzwoitym standardzie. Wielu z nas nie wraca z tych samych powodów, twierdząc, że nic się nie zmieniło po wstąpieniu do Unii.
Zastanówmy się jednak, czy tak jest w rzeczywistości? Na chwilę obecną, zdaje się, Wielka Brytania przeżywa podobne bolączki, z którymi borykaliśmy się w kraju od dłuższego czasu, czyli rosnące bezrobocie, brak perspektyw dla młodych, wykształconych ludzi itd. Istnieje pewne powiedzenie w Polsce "cudze chwalicie, swego nie znacie", które w wolnym tłumaczeniu ma angielski odpowiednik "the grass is always greener on the other side", które mogłoby pomóc poszerzyć nieco nasz kąt patrzenia na rzeczywistość.
Docenić, co jest
Dr Jan Mokrzycki odpiera zarzuty, jakoby nic nie zmieniło się w Polsce od 2004, a tym bardziej od 1989 roku i jest zdania, że w Polsce nastąpiły wielkie zmiany na lepsze w stosunkowo krótkim czasie, pomimo bałaganu politycznego u nas panującego. I choć z perspektywy kraju być może tego nie dostrzegamy widać, że nie trwonimy pieniędzy z Unii.
Postęp, jakiego doświadczamy od roku ‘89 można porównać z tym międzywojennym, jeśli chodzi o tempo rozwoju. Motywy natomiast i cele przyświecające twórcom i reformatorom są zgoła inne. Kiedy w 1918 roku zaczęła istnieć wreszcie Polska, jako kraj widniejący na mapie, a którego brakowało ponad 100 lat, rodził się w ludziach duch patriotyczny, budowali z sercem nową, odrodzoną Polskę. Po upadku komunizmu natomiast, zmienił się tylko system, a kraj jako taki istniał, nie było więc w ludziach tego optymistycznego zrywu patriotycznego. Polacy zachłanni byli wtedy na wszystkie dobra, które były dotąd niedostępne, a nagle okazały się w zasięgu ręki. Chcieli zachłysnąć się bogactwem, które znali z podróży, czy z opowiadań.
Fakt faktem, że "gadające głowy" w Polsce być może i jednak próbują zrobić coś dobrego, by żyło nam się lepiej, wszystkim. I aby ci, którzy wyjechali w poszukiwaniu lepszej rzeczywistości wrócili i odnaleźli się wreszcie w Ojczyźnie. Oby. Miejmy taką nadzieję!
Nie narzekajmy zatem, bo mimo wszystko, żyjemy we względnie naprawdę dobrych czasach. Czy nauczmy się wreszcie doceniać to, co jest nam dane?



Komentarze 11
Zastanówmy się jednak, czy tak jest w rzeczywistości? Na chwilę obecną, zdaje się, Wielka Brytania przeżywa podobne bolączki, z którymi borykaliśmy się w kraju od dłuższego czasu, czyli rosnące bezrobocie, brak perspektyw dla młodych, wykształconych ludzi itd.
Pani Doroto
cyt. ze Shreka dla Pani----"...krowy doic..."
http://i1.ytimg.com/vi/hAI3K61mS70/...
http://www.youtube.com/watch?v=hAI3...
Czy nauczmy się wreszcie doceniać to, co jest nam dane?
Tu nikt nikomu nic nie daje za darmo do jasnej cholery
Edmudd
moze zmienisz owies ?
naprawde dobry artykul, jestem pozytwnie zaskoczony