Do góry

Złodzieje czy filantropi?

Londyńskie British Museum słynie na całym świecie z jednej z największych na świecie kolekcji starożytnych artefaktów. Gromadzone przez ponad 250 lat zabytki nie zawsze jednak trafiały na Wyspy za zgodą ich prawowitych właścicieli. Ostatnimi czasy coraz częściej można usłyszeć głosy domagające się ich zwrotu.

Do kogo właściwie należą okazy, wystawiane w najsłynniejszych muzeach świata? Fot. Bordas (CC BY-SA 2.0)

Jedną z pierwszych myśli, jakie przychodzą do głowy po odwiedzinach British Museum, jest pytanie, gdzie można w nim trafić na brytyjskie artefakty? Tych oczywiście nie brakuje, jednak żeby je znaleźć, dobrze jest przy wejściu wyposażyć się w mapę. Bez żadnego za to problemu już po chwili trafiamy na słynny Kamień z Rosetty.

Niepozorna, pokryta drobnym pismem bazaltowa płyta znajduje się tuż obok wejścia do lewego skrzydła budynku i jest właściwie jednym z pierwszych okazów, od których zaczynamy zwiedzanie placówki. Nic w tym zresztą dziwnego - Kamień z Rosetty to jedna z najsłynniejszych pamiątek z czasów starożytnych, jakie przetrwały do naszych czasów.

Dzięki temu, że umieszczoną na nim informację zapisano równolegle w trzech wersjach i dwóch językach, na początku XIX wieku możliwe stało się w końcu odczytanie egipskiego pisma hieroglificznego. Właśnie dlatego tablica uważana jest za jedną z największych atrakcji British Museum.

Drugą są Marmury Elgina, czyli rzeźby, które zdobiły kiedyś ateński Partenon. Co roku obydwie atrakcje przyciągają przynajmniej kilka milionów turystów. Nie tylko zresztą one. Jeśli na zwiedzanie zarezerwujemy sobie odpowiednio dużo czasu, możemy tu za darmo odbyć wycieczkę przez wszystkie epoki historyczne i odwiedzić większość znanych nam kultur.

Niestety, ten sielankowy obraz sprawującej pieczę nad pamięcią ludzkości placówki coraz częściej burzą głosy, że przynajmniej część zgromadzonych w salach wystawowych British Museum eksponatów została, mówiąc kolokwialnie, ukradziona.

Indiana Jones w czerwonej kurtce

Historię Kamienia z Rosetty bez problemu można by przerobić na scenariusz sensacyjnego filmu z Harrisonem Fordem w roli głównej. Jedyna różnica polegałaby na tym, że Indiana Jones, zamiast swojego słynnego kapelusza i bicza, założyć musiałby czerwoną kurtkę brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego.

Historia zaczęła się w 1798 roku, kiedy Napoleon Bonaparte wyruszył na swą słynną wyprawę do Egiptu. Razem z 40-tysięczną armią w Tulonie na statki zamustrowanych zostało również 160 naukowców, przed którymi postawiono zadanie opisania podbitej ziemi i zgromadzenia możliwie największej ilości cennych historycznych artefaktów. Kolekcja zaczęła rosnąć już pierwszego dnia po wylądowaniu francuskich oddziałów w Aleksandrii.

Na najcenniejsze znalezisko, jak się miało później okazać, natrafiono jednak dopiero dwa tygodnie później, podczas budowy fortyfikacji w pobliżu wsi Rosetta. 15 lipca porucznik Pierre-François Bouchard zauważył w jednym z wykopów fragment pokrytej niezrozumiałymi dla niego napisami płyty.

Wkrótce potem, po przewiezieniu do Kairu i po dokładnych jej oględzinach przeprowadzonych przez przebywających tam członków Institut d’Égypte okazało się, że zapisana trzema rodzajami pisma w dwóch językach inskrypcja może stać się kluczem do odczytania niezrozumiałych do tej pory hieroglifów.

La Pierre de Rosette, jak już wtedy zaczęto nazywać artefakt, dołączył do innych zgromadzonych przez Francuzów przedmiotów i oczekiwał na transport do Paryża. Najprawdopodobniej tak by się właśnie stało i Kamień z Rosetty oglądalibyśmy dzisiaj w Luwrze, gdyby w marcu 1801 roku w pobliżu Aleksandrii nie wylądowali Brytyjczycy.

Po przegranej bitwie resztki francuskiej ekspedycji zmuszone zostały do poddania się, a zwycięski generał John Hely-Hutchinson zażądał od nich między innymi wydania całej kolekcji , w tym historycznych artefaktów, próbek biologicznych, notatek, planów i rysunków zebranych przez przywiezionych przez Napoleona uczonych.

Rokowania trwały wiele dni, a w ich trakcie Francuzi grozili nawet spaleniem całej kolekcji. W końcu jednak skrzynie załadowane zostały na pokład przejętej przez Brytyjczyków fregaty HMS Egyptienne i w lutym 1802 roku dotarły do Portsmouth.

Kamień z Rosetty to jedna z najsłynniejszych pamiątek czasów starożytnych. Fot. mRio (CC BY 2.0)

Łomem po zabytkach

Mniej więcej w tym samym czasie do sprzymierzonej z Anglikami Turcji przybył, mianowany na ambasadora Wielkiej Brytanii w Imperium Otomańskim, hrabia Elgin Thomas Bruce. Arystokrata miał zamiar swoją wyprawę do Stambułu wykorzystać również do prywatnej inicjatywy. Hrabia Elgin budował w tym czasie w Szkocji swoją nową siedzibę. Żeby zaimponować sąsiadom, postanowił ozdobić ją kopiami starożytnych greckich rzeźb.

Mając to w zamyśle po drodze na placówkę zatrzymał się na Sycylii, gdzie wynajął zespół złożony z malarzy, architektów i specjalistów w sporządzaniu odlewów gipsowych. Ekipa wyruszyła do Aten, natomiast sam hrabia udał się do Stambułu, aby załatwić odpowiednie pozwolenia na dostęp do, będącego w tym czasie turecką twierdzą, Akropolu.

Jak okazało się już na miejscu, słynny Partenon znajdował się w opłakanym stanie. Ponad sto lat wcześniej (w 1687 r. ), kiedy weneckie statki ostrzeliwały Ateny jedna z kul trafiła w świątynię wywołując eksplozję składowanego tam prochu. Kiedy na miejsce przybyli wysłani przez Elgina “konserwatorzy”, ich oczom ukazała się ruina. Fragmenty słynnych rzeźb, które ponad dwa tysiące lat wcześniej wyszły spod dłuta samego Fidiasza, leżały na poły zakopane w otaczającej budowlę ziemi.

Hrabia uzyskał wówczas drugi “firman”, w którym dotychczasowe jego uprawnienia rozszerzone zostały na prowadzenie wykopalisk na terenie Akropolis i zabieranie “fragmentów kamienia ze starymi inskrypcjami lub rzeźbami”. Bardzo dopomogła mu w tym zresztą sprzyjająca koniunktura polityczna. Jak już wiemy, w tym samym czasie w Egipcie połączone brytyjsko-tureckie siły pokonały wojska Napoleona Bonaparte i władze Imperium Osmańskiego wciąż jeszcze żyły złudną nadzieją, że Zjednoczone Królestwo odda im we władanie utraconą przed kilku laty prowincję.

Jak się okazało arystokrata zezwolenie zinterpretował na swój własny sposób. Jego ludzie po barbarzyńsku wyłamywali z ruin świątyni ocalałe rzeźby, piłowali je i w końcu odłamywali niepotrzebne, ich zdaniem, fragmenty. Pozyskiwaniem płaskorzeźb zajął się włoski malarz Giovani Batista Luccielli. Jego listy ukazują brutalność, z jaką przystąpił do realizacji powierzonej mu misji: “By zmniejszyć rozmiary wielkiego fryzu, musiałem użyć trzech czy czterech pił o długości 6 metrów, inaczej nie załadowalibyśmy go na statek. Na szczęście pękł w miejscu, w którym nie znajdowało się nic ważnego”.

Transport rzeźb był kilkakrotnie ponawiany, aż do 1810 r. Po drodze zatonął jeden ze statków, na którego pokładzie znajdowała się część kolekcji. Potem wszystkie obiekty wydobyte przez nurków stopniowo przewieziono do Anglii.

Obecnie większość brytyjskich historyków stara się przekonać światową opinię, że hrabia Elgin od samego początku zamierzał marmury przekazać Koronie Brytyjskiej. Nie bardzo jednak wskazuje na to fakt, iż przez pierwsze sześć lat rzeźby przechowywane były w wilgotnej szopie na terenie jego szkockiej posiadłości. Dopiero w 1816 roku doprowadzony swoim przedsięwzięciem do bankructwa, zmuszony został do zaoferowania władzom sprzedaży marmurów.

Oddajcie nasze zabytki

Już w czasach hrabiego Elgina legalność i etyczna strona jego przedsięwzięcia budziły w Brytanii wątpliwości - w znacznej mierze w wyniku popularności opublikowanego w roku 1812 r. poematu lorda Byrona “Wędrówki Childe Harolda”, w którym piętnował on wywóz marmurów jako “plądrowanie krwawiącego kraju”.

Z utratą bezcennych marmurów od samego początku nie chcieli się również pogodzić Grecy. Starania o odzyskanie rzeźb rozpoczęły się właściwie natychmiast po wyzwoleniu kraju spod osmańskiej władzy w 1833 roku. Do sprawy wracano także w roku 1924 - w setną rocznicę śmierci Lorda Byrona, w czasie II wojny światowej, a w roku 1983 minister kultury Grecji Melina Mercouri wystosowała do rządu Wielkiej Brytanii oficjalne żądanie zwrotu zabytków, które zostało zresztą poparte przez UNESCO.

Wniosek podważał legalność transakcji Elgina i jego intencje ratowania marmurów przed zniszczeniem. Wskazywał, że cała operacja przeprowadzona została w sposób barbarzyński podczas okupacji Grecji. Podkreślał, że marmury stanowią integralną część Partenonu, a Akropol jest ich autentycznym kontekstem, w którym badacze i zwiedzający będą mogli wyrobić sobie obraz pierwotnej całości. Najważniejsze zaś, że stanowią nieodłączną część ateńskiego monumentu, który jest niemożliwym do zastąpienia symbolem greckiej cywilizacji klasycznej, drogi Grekom w sposób szczególny, ale także stanowiący wyjątkowy zabytek kulturalnego dziedzictwa światowego.

Akropol - rekonstrukcja. Fot. Rafael Gomez - http://micamara.es (CC BY-ND 2.0)

Muzeum na straży tradycji

Władze brytyjskie od lat bronią się twierdząc, że przewiezienie rzeźb do British Museum uratowało je od niewątpliwego zniszczenia. Faktem jest, że pozostawione na Akropolu fragmenty rzeźb przez kolejne lata dewastowane były przez stacjonujące na jego terenie wojska tureckie, a w latach 50. i 60. ubiegłego wieku ucierpiały również od padających na Ateny kwaśnych deszczy. Grecy jednak pozostałe w ich rękach dzieła Fidiasza już dawno zdemontowali i umieścili pod dachem oddalonego o 100 metrów od ruin świątyni muzeum.

Z kolei sami Brytyjczycy też nie za bardzo mogą czuć się dumni ze sposobu, w jaki opiekowali się zabytkiem. Podczas prac renowacyjnych w 1937 roku wszystkie przywiezione przez Elgina rzeźby zostały wyszorowane miedzianymi szczotkami. Kustosze przekonani byli, że oczyszczają je w ten sposób z brudu. W rzeczywistości była to miodowo zabarwiona patyna. W dodatku w tym czasie wiedziano już powszechnie, że do czyszczenia takich eksponatów można używać jedynie wody z mydłem. Inny taki wypadek miał miejsce w 1984 r., kiedy oskarżono muzeum o przyśpieszanie erozji marmurów przez pokrycie powierzchni rzekomo ochronną folią plastikową.

Do tej pory starania Grecji poparł już Parlament Europejski i Międzynarodowa Rada Muzeów. Co więcej, za oddaniem zabytku jego prawowitym właścicielom są również sami Brytyjczycy. Z przeprowadzonego dekadę temu sondażu wynika, że chce tego 56 proc. poddanych królowej Elżbiety II, a tylko 7 proc. stanowczo chciałoby, by pozostał on w Londynie. Od czasu do czasu po stronie Greków opowiadają się nawet brytyjscy politycy. W 1997 roku w trakcie kampanii wyborczej dziesięciu późniejszych ministrów gabinetu Tony’ego Blaira podpisało się pod wnioskiem o restytucję marmurów, po to zresztą, by o tym zapomnieć w chwili utworzenia rządu.

Władze brytyjskie bronią, że rzeźby pozostawione na Akropolu przez lata niszczały. Fot. olgaberrios (CC BY 2.0)

Prawo na straży muzeum

W 2003 roku, wykorzystując okazję obchodów 250-lecia British Museum, o swoje upomnieli się również Egipcjanie. - Jeśli Brytyjczycy chcą być dobrze pamiętani, jeśli chcą zadbać o swoją reputację, powinni dobrowolnie zwrócić Kamień z Rosetty, ponieważ to jest ikona naszej egipskiej tożsamości. Zabytki ukradzione z Egiptu muszą tutaj wrócić - tłumaczył dziennikarzom ówczesny sekretarz generalny Najwyższej Rady Starożytności Zahi Hawass.

Dwa lata później w Paryżu nazywany egipskim Indianą Jonesem Hawass przedstawił znacznie dłuższą listę. Oprócz Kamienia z Rosetty znalazły się jeszcze na niej popiersie Nefretete z Egipskiego Muzeum w Berlinie, posąg Hemiunu z Roemer und Pelizaeus Museum w Hildesheim, Zodiak z Dendery z Luwru oraz Popiersie Anchhafa z Muzeum Sztuk Pięknych w Bostonie.

Jak się można tego było spodziewać, apel odbił się bezgłośnym echem po salach muzealnych zachodnich placówek. Na najbardziej szczodry gest w stosunku do Hawassa zdobyli się Brytyjczycy, którzy w 2005 roku podarowali mu… wierną replikę Kamienia z Rosetty. W tym samym czasie nadzieję na zwrot swoich zabytków stracili również Grecy, jak również właściciele wielu innych, składowanych w British Musemu, artefaktów.

W maju 2005 roku brytyjski Sąd Najwyższy wydał opinię w sprawie czterech okazów z kolekcji Artura Feldmanna: liczący ponad 750 pozycji zbiór rysunków dawnych mistrzów był znany na całą przedwojenną Europę. W roku 1939 r. po wkroczeniu nazistów do Czechosłowacji jego właściciel po długich torturach został zamordowany przez Gestapo. Niedługo po wojnie cztery prace trafiły do British Museum, którego kustosze nie ukrywali, że pochodzą ze słynnej zaginionej kolekcji.

W odpowiedzi na żądanie zwrotu, wysunięte przez spadkobierców Feldmanna, placówka wyraziła chęć zwrotu skradzionych przez nazistów dóbr. Chcąc się jednak zabezpieczyć przed możliwą falą dalszych roszczeń, jej władze zwróciły się ze stosownym zapytaniem do Sądu Najwyższego. Ten w swojej opinii powołał się na uchwaloną w 1753 r. i poprawioną w 1963 r. ustawę British Museum Act. Zgodnie z jego literą British Museum nie wolno pozbywać się zgromadzonych w nim obiektów.

Sędzia wydając wyrok zastrzegł również, że jakiekolwiek roszczenia ze strony domniemanych właścicieli będą możliwe dopiero po zmianie wspomnianego przepisu. Wydaje się więc, że od tego czasu ostatnią deską ratunku dla chcących odzyskać swoje zabytki Egipcjan i Greków są politycy. A ci, jak to już było napisane powyżej, najbardziej lubią składać obietnice przed wyborami. Po nich jakoś o tym zapominają.

Katalog firm i organizacji Dodaj wpis

Komentarze 3

tetis
8
tetis 8
#114.08.2013, 12:51

Niczym nie różnią się od Niemców czy Rosjan którzy, ograbiali polską ziemię podczas wojen.

tetis
8
tetis 8
#214.08.2013, 12:52

Brytyjczycy niczym nie różnią się od Niemców czy Rosjan którzy, ograbiali polską ziemię podczas wojen.

Mazio
10 209 1
Mazio 10 209 1
#314.08.2013, 18:31

Pozwolę się nie zgodzić - w czasach gdy zaczęli zbierać swoją kolekcję w wielu miejscach skąd pochodzą zbiory nie traktowano ich wcale jako dziedzictwa ludzkości. Część z nich nie przetrwałaby do dziś w wyniku wojen i grabieży, inne znalazłyby się w zamkniętych kolekcjach. Świadomość państw, które dziś żądają ich zwrotu, w kwestii ich wartości historycznej budowała się właśnie na skutek zrozumienia, że ktoś jest zainteresowany ich zbieraniem.

Patrząc na to przez pryzmat Egiptu można dodać, że to co było wartościowe dla lokalnych społeczności i łatwe do znalezienia i sprzedania zostało zagrabione najczęściej już w starożytności. Reszta uznana za bezwartościową niszczała przez tysiąclecia. Duża część zbiorów to również odkrycia raczkującej archeologii, która również nie powstała w krajach, gdzie znajdowano te zbiory, a właśnie tam, gdzie się one dziś znajdują. Można oczywiście założyć, że część państw skąd pochodzą zgromadzone eksponaty dojrzała już do ich zwrotu, ale z pewnością nie wszystkie.

Myśląc zaś ze strachem o toczącej się właśnie w Egipcie wojnie ortodoksyjnych muzułmanów o przejęcie władzy sądzę, że dziedzictwo Starożytnego Egiptu może spotkać los posągów Buddy w Bamianie. Dlatego uważam, że Londyn to dobre miejsce, aby przechowywać te zbiory, szczególnie że żadna z głównych starożytnych cywilizacji nie zachowała swojej świetności, a ich dziedzictwo jest dorobkiem całej ludzkiej cywilizacji, a nie tylko zamieszkujących ich dawnych ziem współczesnych ludów. Moim zdaniem - oczywiście. Porównywanie zaś tego wszystkiego do zachowań z 2 Wojny Światowej jest co najmniej nadużyciem. ;P