Chińska rzeczywistość w wielu aspektach różni się od tej znanej nam na co dzień. Odwiedzający Państwo Środka turyści muszą zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, z którymi nie było im dane stanąć twarzą w twarz w swojskiej Europie. Jedną z największych trudności jest odnalezienie się w gąszczu opisanych dziwnymi znakami ulic i sklepów. Zagubiony w miejskiej dżungli obcokrajowiec często próbuje ratować się, przyglądając się porozstawianym w mieście tablicom z informacją turystyczną, które nie dość, że posiadają mapę, to jeszcze zawierają kilka przetłumaczonych na język angielski zdań. A przynajmniej tak wygląda to w teorii…

W 1956 roku wprowadzono do chińskich szkół oficjalną wersję języka narodowego – tzw. putonghua, czyli “język codzienny”, – którym porozumiewa się dziś prawie miliard obywateli. Tylko o rok młodszym bratem oficjalnego języka CHRL jest zhongshi yingyu – “język angielski o charakterze chińskim”, popularnie zwany chinglishem. Jak sama nazwa wskazuje, jego istotą są polegające na dosłownych przekładach fraz, niepoprawnych z punktu widzenia semantyki czy gramatyki i (co częste) niemające większego sensu błędy w tłumaczeniach.
Ku uciesze Anglosasów chinglish jest w Chinach wszechobecny – można go znaleźć na stronach internetowych, w ulotkach banków, reklamach telewizyjnych, stacjach kolejowych, lotniskach i wspomnianych już informacjach turystycznych. Okraszone nimi tabliczki od lat są dla przyjezdnych zabawną ciekawostką, a w najgorszym wypadku wymagającą nie lada zdolności detektywistycznych łamigłówką.

Znaki oznajmujące: “Wypadkowe parkowanie” i “Jazda na rowerze surowo zakazana szpital” w konkretnym kontekście mniej więcej spełniają swą rolę, ale co robi tabliczka z informacją “Pływanie może być twoim hobby; żadne pływanie musi być ostrzeżenie tutaj!” pośrodku morza… trzcin? Zastanawia mnie to po dziś dzień. Jeśli przyjdzie Wam kiedyś spróbować zrozumieć sens tego rodzaju informacji, mogę posłużyć się jedynie kolejnym, witającym na chińskiej autostradzie kierowców sloganem: “Good lucky to you!”.
Znajdująca się w sąsiadującej z Szanghajem “Wenecji Wschodu” – mieście Suzhou – chińska restauracja “Najsmaczniejsze delikatesy z Fenghuang” dzięki chinglishowi przybiera dla obcokrajowców nazwę “Pierwsze smaczne jedzenie z Fenghuang”. Zamówić w niej można wiele tradycyjnych potraw, których nazwy nie zawsze przetłumaczone są we właściwy sposób. O ile za pozycją “Wątróbka wieprzowa” rzeczywiście stoi znany nam delikates, to już za “Mięso drobiowe” uchodzą tam pokryte skórą kości kurczaków. Chińczycy nie widzą w tym nic dziwnego, twierdząc, że mięso smakuje najlepiej, gdy gotuje się je razem z kośćmi. Zastanawia mnie jednak, dlaczego w potrawach z drobiem w nazwie nie uświadczyłem nigdy ani kawałka chwalonego przez nich mięsa.
Osobiście uważam chińską kuchnię za jedną z najsmaczniejszych na naszej planecie. Równocześnie mam świadomość tego, że zamawianie czegokolwiek z restauracyjnego menu osobom o delikatnych żołądkach za każdym razem przypominać może grę w rosyjską ruletkę. Nawet osoby potrafiące odczytać chińskie znaki mogą mieć problemy z odgadnięciem jakie danie kryje się za enigmatyczną nazwą. Na przykład popularne Gulaorou to dosłownie “ćwierkające mięso”. Tylko wtajemniczeni wiedzą, że nazwę tę przypisano nieprzyzwoicie smacznym kawałkom wieprzowiny w sosie słodko-bardzo kwaśnym.
Sztandarowym przykładem tego, że znajomość znaków nie zawsze naprowadza na właściwy trop w trakcie rozszyfrowywania potraw jest danie o nazwie Yuxiang rousi. Można je zamówić w każdym zakątku Chin i chociaż w poszczególnych prowincjach jego skład nieznacznie się różni, nazwa niezmiennie zwodzi kulinarnych odkrywców na manowce.

Jej najbardziej mylącym elementem jest pierwszy znak – yu, czyli “ryba”, – której na talerzu nie sposób uświadczyć. W zamian dostaje się drobno posiekaną wieprzowinę lub drób (rousi z końca nazwy to “poszatkowane mięso”). Xiang oznacza “aromatyczny” i na ogół zastosowanie go w nazwie: yuxiang rousijest w pełni uzasadnione. Dosłowne tłumaczenie tej potrawy powinno więc brzmieć: “Poszatkowane mięso aromatycznej ryby”, tymczasem znaleźć w niej można ryż, zieloną paprykę, marchewkę, wieprzowinę lub drób, odrobinę czosnku i grzybów mun. Trochę mylące, prawda? Cóż, najwidoczniej w yuxiangrousi i wieprz ryba!
Jacek 木人 Adamus - japonista z wykształcenia, podróżnik i wnikliwy obserwator rzeczywistości (szczególnie tej orientalnej) z zamiłowania. Prowadzi bloga o podróżach i życiu w Chinach: http://niebogwiazdzistenademna.blogspot.com/


Komentarze 7
chinszczyzna najsmacsniejsza kuchnia na swiecie?
roznorodnosc smakow zaiste ciekawa ale jak dla mnie to w chinskiej kuchni zbyt duze prawdopodobienstwo natkniecia sie na mikroczipa jakiegos domowego zwierzecia.
:)
kumpel pyta raz chinczyka czy wieprzowina jest robiona z psow, a chinczyk odpowiada: Za psa to trzeba jeszcze doplacic...
zgadnij co oferuja w budach w moim miescie rodzinnym...
Golebie?
Podobno bardzo zdrowe mieso ;)
nie żebym próbował ale łabędzie mięso też podobno też smaczne.
:D