kijevna 14 969
#10132Dziś - 20:25
"Bo szittasma bedzie finansowana już ze środków lokalnych - bardzo ekono rozwiazanie;) No i cieżej ukraść"
W temacie "ciężej ukraść" (już to kiedyś wklejałem)- 3.08.2018, około południa, autostrada A2, kilkanaście kilometrów od niemieckiej granicy, pierwszy punkt obsługi podróżnych po polskiej stronie (Stacja Orlen, MOP Sosna) i moje pierwsze zetknięcie po latach z polską rzeczywistością:

Myśliwi nie strzelają „w klatkę piersiową”, tylko „na komorę”, którą „sztuka” (zwierzę łowne) „podaje” (pokazuje). Dla nich strzał w trzewia sarny przez odbyt to „trafienie w talerz”. Odstrzelona noga to „utrącona cewka”. Źle trafiony jeleń, czyli „postrzałek”, nie krwawi, uciekając, ale „zaznacza strzał”. Jeśli po takiej ucieczce pada martwy, łowcy nie mówią, że padł po strasznych katuszach, ale że – uwaga – „doszedł”.
https://www.newsweek.pl/polska/odrazajacy-obludni-z-piorkiem/hm7ezxe
Kniejowa eugenika polega na starannym wybieraniu sztuk do trafienia. Wybiera się nie słabe i chore zwierzęta, jak publicznie podkreślają łowcy, ale największe i najpiękniejsze. Piszą o tym i sami członkowie braci łowieckiej: „Bardzo ważnym aspektem łowieckiej pasji jest trofeistyka. Każdy myśliwy chce się pochwalić swoimi zdobyczami, aby z jednej strony okazać w ten sposób szacunek upolowanej zwierzynie, z drugiej zaś wykazać się swoim szczęściem i kunsztem łowieckim. Zapraszamy do udziału w konkursie na najcięższe poroże byka jelenia! Życzymy udanego rykowiska!” – czytam na jednej ze stron myśliwskich.
(...)
Myśliwi szczycą się też swą prawością. Jak mówią, nie strzelają do zwierzyny z nadmiernej odległości. Starają się nie kaleczyć „kładzionych sztuk” i nie rozpłoszyć tokujących cietrzewi – choć właśnie podczas toków najczęściej na nie polują. Czysta schizofrenia. Ale myśliwego, który strzela do wszystkiego, co się w lesie rusza, czeka straszna kara środowiskowa – zostaje okrzyknięty pogardliwym słowem „strzelacz”. To jakby na psychopatycznego kapo powiedzieć z wyrzutem „łapserdak”.
Bo to mydlenie oczu i uszu, ta obłudna gra językowa przypomina jako żywo język Trzeciej Rzeszy, który w sławnej książce „LTI” zanalizował Victor Klemperer. Tam bezpardonową obławę na Żydów nazywano „rejwachem”, masowy mord – „ostatecznym rozwiązaniem”. W obozie koncentracyjnym „likwidowano tyle a tyle sztuk (sic!) więźniów”… I stosownym raportem podsumowywano ową likwidację. A myśliwi nie zabijają, lecz „pozyskują”, a zamiast raportu mają swoje „otrąbianie kniejówką”.
Matkowski zestawia wręcz cechy myśliwych i nazistów. Jedni i drudzy na przykład czerpią radość z zabijania, organizują się w hierarchiczne zrzeszenia, posługują się tajemnym językiem, są dumni ze swych zbrodni.
Autor „Polowaneczka” rozprawia się z każdym mitem, jaki produkują myśliwi. Jego zdaniem nie są elitą, rycerskim bractwem – tylko żałosnym reliktem, który nie umie żyć bez rozlewu krwi. Nie dają zwierzynie szans, bo nie idą samotnie na dzika z gołymi rękami, ale tchórzliwie, całą zgrają, strzelając z ukrycia i z daleka. Jedyne, co ryzykują, to obtarcie nóg, jak pisze Matkowski. Nie kochają lasu, tylko siebie i swoje zbrodnicze obrzędy. Kochają chwilę, gdy pada strzał. I nawet – jak pisze Matkowski – w większości zanim zabiją, zadają straszne cierpienia, bo nie umieją porządnie trafić.
Z zabijania bezbronnych istot uczynili sport, przebierankę, teatralno-sekciarski obrzęd, do jakiego nie posunęliby się nawet pracownicy rzeźni. Zwierzęta traktują jak rzutki na strzelnicy, tylko trochę trudniejsze do zestrzelenia, bo obdarzone instynktem (i wrażliwością na ból, czego już myśliwi nie chcą przyznać). Przepisy łowieckie to dla nich listek figowy, za którym mogą uprawiać swój proceder. To ludzie żądni rytualnego mordu, którzy gardzą tymi, co na polowanie założą czapkę z pomponem zamiast kapelusika z piórkiem, co mówią „krew” zamiast „farba” czy „posoka”, „jelita” zamiast „miękkie”.
By zaś operlić ten tekst szczyptą łowieckiego humoru, przytoczę na koniec dwie anegdotki z książeczki Matkowskiego. Jedna pani myśliwa podekscytowana opowiada: „I ten lis tak piszczał, tak jazgotał i kręcił się w kółko, pewnie dostał śrutem w jądra! Ha, ha, ha!!!”. Inna zaś, zresztą wynajęta „dla towarzystwa” prostytutka, słysząc zaś, że gęś odleciała, bo ktoś jej tylko urwał strzałem łapy, zapytała: „To jak będzie mogła wylądować?”. Odpowiedzią był rechot miłośników zwierząt. Takimi to krotochwilnymi żartami zabawiają się rycerze św. Huberta, czekając na transport...
Sokole
#10153Dziś - 17:04
#152
"... i panie doktorze, zrob pan tak zeby przestalo bolec ale opuchlizna zostala..."
..........................................................................................................................................
To całkiem możliwe nawet bez udziału pana doktora. Delikwent pozbywa sie uczucia bólu a erekcja zostaje.
Dodam, ze pozbywa sie na zawsze :D
Babisz odpowiedział wówczas: "Polska według naszej opinii nie ma realnej szansy na uzyskanie reparacji od Niemiec, ponieważ nie może dochodzić tych praw przed żadnym sądem"
https://fakty.interia.pl/swiat/news-premier-czech-powojenny-porzadek-nie...
Wobec wielu wydarzen Emito bezwstydnie milczy - pomoz innym byc na biezaco z istotnymi wydarzeniami dnia/ tygodnia.