O niezwykłej historii 76-letniego Romana Żółtowskiego, który od 35 lat graweruje nazwiska na trofeach wręczanych zwycięzcom jednej z najbardziej prestiżowych imprez sportowych świata, piszą z uznaniem brytyjskie media.

Pan Roman trafił na Wyspy jako dziecko. W 1947 r. wraz z rodziną opuścił Polskę po tym, gdy komunistyczne władze zajęły jego dom rodzinny.
Pracując dla tworzącej wimbledońskie trofea firmy jubilerskiej Halfhide otrzymał propozycję grawerowania na nagrodach zwycięskich nazwisk.
Podjąwszy to wyzwanie raz Roman Żółtowski nieustannie - od 1979 r. - kontynuuje swą pracę dla organizatorów Wimbledonu. Robi to pomimo, iż w 1995 r. zdecydował się wrócić do Polski, wykupić stary dom rodziców i związać z krajem resztę życia.
Nazwisko zwycięzcy turnieju musi zostać wyryte w nagrodzie niezwłocznie po zakończeniu finałowej rozgrywki. Pan Żółtowski musi więc osobiście pojawiać się każdego roku na londyńskich kortach. Ze względu na to, że linie lotnicze zakazują przewożenia na pokładzie samolotów sprzętu grawerskiego, wsiada do swojego 52-letniego kabrioleta MG i rusza w 850-milową podróż do stolicy Wielkiej Brytanii.
Dla pana Romana ta praca jest prawdziwą pasją. Jak sam mówi, jego rok dzieli się na dwie części: przed i po Wimbledonie. Moment gdy do jego rąk trafia trofeum, w którym zaraz będzie grawerował nazwisko zwycięzcy, nazywa zaś wyjątkowym.
O historii Romana Żółtowskiego piszą m.in. The Times oraz Daily Mail.
Źródło: Tom Kelly and Louise Ecclest, Will he carve Andy’s name again this year? Polish engraver makes annual Wimbledon trip to mark winners’ identities on trophies, dailymail.co.uk


Komentarze
Zgłoś do moderacji