Do góry

"Londyńczycy" - koniec prac na planie

Niedawno ekipa filmowa "Londyńczyków" skończyła kręcenie ostatniej sceny w Londynie. Joanna Cielecka rozmawia z młodymi, utalentowanymi aktorami, laureatami prestiżowych konkursów – Małgorzatą Buczkowską-Szlenkier i Leszkiem Żurkiem. W tym roku oboje zostali nominowani do najważniejszego aktorskiego wyróżnienia w Polsce, Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego.

Leszek Żurek w serialu "Londyńczycy"

Twój pierwszy fish and chips Gosiu?

Na Covent Garden, obok domu Monty Pythona.

Lubisz seriale?

Oczywiście, bo dają mi pracę. To jedyna możliwa odpowiedź.

Uważasz, że "Londyńczycy" to ważny film dla Polaków?

Tak! Wczoraj to odkryłam. Oglądając drugi odcinek żałowałam, że się skończył. Aktorzy są świetni, nie tacy niezgrani jak w Polsce. Oglądalność wzrosła do 4,5 mln, a producenci cieszyliby się już z trzech. To głos naszego pokolenia, to właśnie nas łączy – "Wielka Emigracja".

Ten serial pojawił się w ważnym momencie, kiedy narastają nastroje antyemigranckie. Wiesz jak jest odbierany przez Anglików?

Byliśmy zaskoczeni, kiedy na planie pojawiło się BBC.

Twoja ulubiona scena w "Londyńczykach"?

Kiedy mój mąż, którego gra Marcin Tyrol, kupuje starą ciężarówkę i próbuje mnie przekonać, że to auto naszych marzeń.

Miałaś okazję zobaczyć coś w teatrze angielskim?

Ekipa pracuje po 12 godzin na dobę, więc niestety nie.

Grasz w Teatrze Jaracza w Łodzi. Często gra się w Polsce komedie?

Nie, my lubimy "przysadzić" na smutno. Nawiązując do filmu "Statyści", w którym grałam – tam Chińczycy wybierają Polskę, by kręcić swój dramat, bo jest to w ich opinii kraj, w którym ludzie mają najsmutniejsze twarze. Dla mnie to maska, którą zakładamy. Poczucie humoru Polaków jest absurdalne.

Podobnie jak Anglików. Może dlatego tu przyjechaliśmy. Wracając do twoich doświadczeń zawodowych...

Mam nadzieję, że najważniejsze są przede mną. Każdy spektakl to cegiełka, prowadząca mnie dalej. Moje dotychczasowe osiągnięcia skumulowały się w spektaklu "Blask życia" w reżyserii Mariusza Grzegorzka. Dostaliśmy za niego mnóstwo głównych nagród – zarówno indywidualnie, jak i jako zespół.

A filmy?

Mój debiut to nieduża rola, choć charakterystyczna, w filmie "Mam na imię Justyna". Zagrałam wariatkę, dziewczynę z małego miasteczka z tipsami, wielkim kolczykami. Potem była "Oda do radości" z Akson Studio. Trochę się śmieję, że "Londyńczycy" to remake tego filmu. Potem byli wspomniani "Statyści", absurdalna komedia. Bardzo lubię tę rolę dziewczyny, która nie wie, czego chce, ale jest w niej coś ładnego, naiwnego. Ostatnio zrobiłam trzy filmy z gwiazdami: Frycz, Tomek Kot, Jacek Prusiński z kabaretu Mumio, Michał Bajor, Kasia Figura. Niebawem jest premiera w Polsce – "To nie tak jak myślisz, kotku". To brytyjski humor, mam nadzieję, że będzie to komedia ze smaczkiem. Potem komedia Juliusza Machulskiego "Ile waży koń trojański". Ostatnia moja rola to film "Jestem twój" Mariusza Grzegorzka na podstawie sztuki Judith Thomson.

Co myślisz o szkołach teatralnych w Polsce?

Mam wrażenie, że to zły system nauczania. Brak szkołom przewodników duchowych, kiedyś w Krakowie kimś takim był Tischner. Każdy młody człowiek, który się tam pojawia, jest białą niezapisaną karteczką i napotyka na wielkich aktorów, trudne relacje i jest zmuszany do grzebania w sobie, co jest niebezpieczne. W takiej szkole powinien być sztab psychologów. Nie wiesz nic o życiu, jeśli 4 lata spędzasz od 7 rano do 12 w nocy w szkole.

Zamknięta w czarnej przestrzeni.

W czarnych kotarach, w czarnym ubraniu. A na przykład w rosyjskiej i francuskiej szkole w ciągu dnia przez dwie godziny robi się obserwacje, wybierasz sobie postać z ulicy, którą masz przenieść na scenę.

W Anglii istnieje system LAMDA, który zapewnia wymierną edukację aktorską. Szkoły tutaj przyjmują osoby w różnym wieku, o różnym wyglądzie. Może ta ponura, niekomediowa maska dominująca w polskim teatrze jest wynikiem tego, co aktorzy wynoszą ze szkół?

Nie tylko aktorzy, ale i reżyserzy.

Co sądzisz o emigracji?

Podziwiam. Wiem, jak jest ciężko, sama mieszkałam w Stanach i w Japonii. Nieważne, jak długo się jest na emigracji, zawsze gdzieś na dnie pozostaje świadomość, że nie łączy nas kod językowy, na przykład to, że razem oglądaliśmy "Krecia".

Tutaj o "Kremiku" też mało kto słyszał...

Podziwiam ludzi, którzy wyjeżdżają i radzą sobie z pracą i ze sobą, bo to jest najtrudniejsze. Znaleźć pracę to jedno, ale żyć w zgodzie ze sobą, być szczęśliwym i dawać szczęście innym – to jest duże osiągnięcie.

A ty Leszku, czy lubisz seriale?

Nie oglądam.

A ten lubisz?

Dobrze mi się w nim pracuje.

Odpowiada ci angielska kuchnia?

Nie. Jest ciężka i tłusta, dobra tylko jako podkład pod piwo. Za mało warzyw.

Ile masz lat?

29. Wiem, że nie wyglądam. Mój bohater Andrzej jest kilka lat młodszy.

Andrzej pracuje w pubie, na budowie. Zostawia go dziewczyna, która woli bogatszych Anglików. Co się z nim dzieje? Przeżywa depresję?

Kryzys. Nie nadąża za zmianami. Ten związek był już bardzo zepsuty, ale on dopiero na emigracji zaczyna go analizować.

Czyli rozpad związku na emigracji może być też zmianą na lepsze? Polacy muszą spojrzeć na stereotypy i odkryć swoje potrzeby emocjonalne?

To może się dziać wszędzie, ale wyjazdy temu sprzyjają.

Wracając do filmu, jak postać, która grasz, ma się do innych z twojego repertuaru?

Jest bardzo blisko dwóch innych bohaterów z filmów Kena Loacha i z „Ody do radości” – to też są emigranci, też w Londynie, ale bez żadnych obowiązków, podczas gdy Andrzej musi tu być.

Jaka jest główna różnica między graniem u Loacha a w „Londyńczykach”?

Przede wszystkim w fabule pracuje się wolniej – jedna scena dziennie, a tu zdarzało się i osiem. Wszystko jest bardziej dopracowane, ale jest to różnica między każdym filmem a każdym serialem – na film jest wszystkiego więcej, więc efekt też jest ciekawszy.

Inne twoje role?

U Janusza Morgensterna w filmie „Mniejsze zło”. Świetny reżyser, mistrz dla aktorów. Lata osiemdziesiąte. Wcześniej grałem w „Małej Moskwie”, w tym roku w Gdyni ten film dostał Złote Lwy. Legnica, lata 60-te, główna kwatera wojsk radzieckich na kraje stowarzyszone. No i miłość „w czasach zarazy”, w ’68, kiedy wojska z tej bazy wyruszają na Czechosłowację. Miłość między żoną rosyjskiego pilota a polskim oficerem. Niewiele z niej wychodzi oprócz tego, że rodzi się dziecko. Grałem tego polskiego oficera. Ciekawa historia.

Jak ci się podoba Londyn?

Zimno tu.

Masz na myśli ludzi?

Nie, architekturę. Ale czym bardziej się go poznaje, tym może być bliższy.

Ulubione miejsce?

Doki św. Katarzyny przy Tower Bridge.

Angielskie poczucie humoru...

Podoba mi się. Kojarzy mi się z Loachem. Jest pełne pikanterii, odpowiada mi też sposób opowiadania z dystansem, nie śmiejąc się. Podobne do polskiego.

Co myślisz o polskiej edukacji teatralnej?

Niewłaściwy jest stosunek uczeń-mistrz, bo w pracy jesteśmy partnerami. Nie odpowiada mi stawianie ocen. Aktorstwo jest tak niewymierne... To jest tak, jak z malarstwem, jakby Matejko oceniał Wyspiańskiego. Wszystko jest względne. Oceny to wymóg biurokracji.

Co sądzisz o emigracji?

Za wcześnie, by ją ocenić.

Ale teraz wszystko przyspiesza. To już nie jest XIX wiek.

Tak, ale naprawdę dość blisko jest z Warszawy do Londynu.

Ale dość daleko od sąsiada do sąsiada albo na drugą stronę ulicy.

To jest cecha naszych czasów. Ludzie wyemigrowali, bo Polska nie jest w stanie utrzymać 38 milionów ludzi, tylko 25. W filmie Loacha pierwszą sceną był nabór polskich robotników do pracy w Wielkiej Brytanii, ostatnią nabór ukraińskich robotników. Macki kapitalizmu sięgają coraz dalej...

Katalog firm i organizacji Dodaj wpis

Komentarze 2

MakasUK
78 454
MakasUK 78 454
#128.12.2008, 13:43

Śmieszy mnie wypytywanie aktorów o sprawy bardzo odległe od ich zawodu. W wywiadach często traktuje się ich jak wyrocznie bo są "osobami publicznymi" ale zwykle ich wiedza nie odstaje od średniego poziomu. Za to ego maja wielkości sporego słonia...

Polonus
7 734
Polonus 7 734
#228.12.2008, 17:04

@ Tomek L. - masz rację, a szczególnie rozbawiły mnie te 2 końcowe "perełki" :)

"... To jest cecha naszych czasów. Ludzie wyemigrowali, bo Polska nie jest w stanie utrzymać 38 milionów ludzi, tylko 25. ..."

"... Macki kapitalizmu sięgają coraz dalej ..."