Ech ci faceci… żyją sobie spokojnie w tych swoich związkach, aż tu nagle, w okolicach czterdziechy dopadają ich kryzysy. I to bynajmniej nie finansowe, bo z reguły na tym etapie życia w tej dziedzinie osiągają akurat najwyższą formę. Tu jest spokój, ale na innych płaszczyznach, ho ho ho… dzieje się czasem i to ostro. Buchający testosteron, codzienna małżeńska monotonia wypełniona tymi samymi domowymi obowiązkami, wyzwalają w samcach ciekawość świata, wpychają w ramiona kolegów z pubu lub podwórka, a często również w ramiona innych kobiet. Dreszczyk emocji, towarzyszący ewentualnym romansom, dodaje podstarzałemu misterowi sporo adrenaliny. No bo przecież takie, (często sponsorowane) aksamitne młode ciało, bardziej przyciąga, niż nieco przywiędnięta jego zdaniem skóra ślubnej.
Kryzys wieku średniego. Znudzenie dotychczasowym życiem, domem, rodziną. Chęć szukania odskoczni, czegoś nowego… czegoś co nadało by pokrywającej się szarością rzeczywistości, większego kolorytu. Przypomniał mi się od razu film,… ba, nawet klasyk – „American Beauty” z dwutysięcznego roku, w którym główny bohater, czterdziestodwuletni Lester Brunham, przechodzi ten jakże trudny samczy okres. Kończy się on dla niego tragicznie, ale idealnie ukazuje objawy tego „powtórnego wieku dojrzewania”. Bunt w domu, w pracy, fajki, prochy, szybkie furki, sporty ekstremalne i młoda kobieta – koleżanka własnej córki… Hm… może i trochę przejaskrawiony scenariusz, ale właśnie ta jaskrawość najlepiej pokazuje problem.
Miałem na uczelni profesora. Facet w średnim wieku. Zajęcia na pierwszym roku… Podczas każdego spotkania, opowiadał nam o swoim wielkim szczęściu. Ukochanej żonie, dwóch wspaniałych synach i cieple domowego ogniska. Rozckliwianiu się nad tą miłością nie było końca. Co poniedziałek, witał nas, tą samą rodzinną słodziutką sielanką. Lata mijały, studia zmierzały do nieubłagalnego końca. Na piątym roku, los chciał, że znów natknęliśmy się na zajęcia z „kryzysowym”, jak się okazało profesorem. Tym razem o rodzinie nie było słowa… cichy zamknięty, po prostu nie ten człowiek. Okazało się, że dwa lata wcześniej, ukochana małżonka i potomstwo go znudziło. Odnalazł swój młodzieńczy wigor i temperament, w ramionach młodej studentki. W „nagrodę” za tak skuteczne poszukiwanie świeżej krwi, żona wystawiła jego walizeczki za próg. Mógł utrzymywać swoją młodą zdobycz, ale z rodziną rozstał się na dobre.
Ta sytuacja przypomniała mi też byłego premiera – Kazia Marcinkiewicza. Och, jaki był z niego ułożony, oddany rodzinie „krejzol”. Nie było dnia, żeby nie lansował się z synkami, w którymś z tabloidów. To grywał w piłeczkę, to jezdził na nartach w blasku fotograficznych fleszy…Ale cóż, kadencja się skończyła, Kazio wyjechał do Anglii, i odnalazł swoją nową „miłość” – mistrzynię intelektu i ciętej riposty, powszechnie znaną poetkę i blogerkę - ISABEL. Szczęściu Kazia nie było końca, a że w swoim rodzinnym mieście został uznany powszechnie za persona non grata, to już zupełnie inna bajka.
Zastanawiam się, czy każdy facet w średnim wieku, jest skazany siłą rzeczy na takie kryzysy. Rozmyślam o tym dlatego, bo mi na przykład nie zdarzył się okres młodzieńczego buntu, który ponoć jest tak powszechny (no chyba że ten bunt rozłożył się na lata i różnie dozowany w kolejnych stadiach trwa do dziś). Fakt, w sumie jeszcze zdarzyć mi się nie mógł, bo do wieku średniego, trochę tych wiosenek mi jednak brakuje, ale aż strach myśleć, co kiedyś mogę odstawiać, gdy testosteron zacznie szaleć.
Czy są mężczyźni, którzy w hormonalnym spokoju dożywają spokojnej starości, wiodąc stabilne, szczęśliwe życie ułożonych ojców i dziadków? Chyba tak, tylko… po co się na nich skupiać? Są znacznie mniej ciekawi od gniewnych czterdziestoletnich buntowników, przed którymi świat staje w pewnym momencie otworem.
Chcialam sie podzielic z Wami, podczas czytania usmiech nie ustepowal z mojej zazwyczaj gradowo pochmurnej twarzy:
Facet doskonały jest przystojny. Ale nie za bardzo, żeby się inne nie oglądały. Po drugie starannie ogolony. Z dwudniowym zarostem. Kolejna sprawa: oczy. To ważne. Oczy muszą być jasne, przejrzyste, uczciwe, najlepiej czarne. Włosy? Długie gęste kręcone, dokładnie przystrzyżone. Blond o zdecydowanej kasztanowej barwie, z lekką łysiną.
Niezbyt wysoki, dwa metry. Szczupły, wysportowany, z brzuchem. Totalny luzak w garniturze. Wydepilowany niczym małpa. W łóżku delikatny jak bestia. Wrażliwiec, poeta, umięśniony jak Schwarzenegger.
Szarmancki. Nieznajomy w podróży powinien taszczyć bagaże. Ale niezbyt ochoczo, bo wyjdzie, że złodziej. Powinien się serdecznie uśmiechać, półgębkiem, najlepiej wcale. Sprawiać wrażenie miłego, stonowanego, odpowiedzialnego wariata.
Świetnie, gdyby był lekarzem. Artystą. Księgowym. Kierowcą rajdowym. Żeby miał psa. To znaczy kota. Świnkę morską. Rybki. Żadnych zwierząt!
Co jeszcze? Musi być inteligentny. Tylko żeby się nie mądrzył! Miły. Ale nie jakiś milutki. Dowcipny, ale nie wesołek. Taki trochę zadziorny, zawadiacki. Hm, typ spod ciemnej gwiazdy… Ale z kryształową przeszłością! Chodzi o to, żeby nas po rękach całował, w drzwiach przepuszczał i rachunki płacił. I nie puszył się tym męskim szowinizmem, z cmokaniem w dłoń nie wyskakiwał. I niech pamięta, że jesteśmy niezależne, w końcu stać nas na zapłacenie rachunku! O, żeby mówił komplementy. Tylko, niech nie przesadza. Właściwie, lepiej niech się w ogóle nie odzywa.
Ma być wierny. I zazdrosny jak talib. Niech się jednak nie wtrąca w nasze sprawy, bo i tak ich nie zrozumie. Choć, oczywiście, jest cudownie wyrozumiały.
Podsumowując, Facet idealny to piekielny macho, sto procent mężczyzny, chodzący testosteron. Świetnie gotuje, robi zakupy, zajmuje się dziećmi. Ba! On karmi je piersią.
Sylwia Kubrynska