Dofinansowywane przez państwo żarówki energooszczędne, których cena w pewnym momencie spadła do 10 pików za sztukę.
Słój nescafe (fakt, że różniącej się smakiem) do nabycia za walającego się często po chodnikach jednego funta. ;)
Bylo minelo, teraz zarowy energo po £3/szt.
Kawa za panda to chyba byla ostatnio raz w 2007.
Ceny rzeczy porownujesz RRP czy sale 70%?
Bus, piszę o 2007 i 2008 roku- temat dotyczy początków. :)
Z żarówami- tak, było mineło, ale to właśnie były moje początki w UK. Także odkrywane wówczas Poundlandy. ;)
I niech mi nikt nie pierniczy, że nigdy w życiu nie robił zakupów w takim przybytku. ;)
Co jeszcze...
Pamiętam wojny na Szkocja.net, gdzie największym pociskiem było "a ty robisz zakupy w lidlu" a największym obciachem- przyznać się do robienia tam zakupów. ;)
Po latach okazuje się, ze lidl to nie tylko szajs, ale niezłe marki własne i całkiem niezłe owoce. ;)
Co do pytania o ceny... bus, jakoś tak prawie wszystko jest tutaj w "half prajsie"- ta RPP to na ogół ściema. ;)
Większym zaskoczeniem było dla mnie przeszczepianie na brytyjski grunt pewnych nawyków, rzeczy, przed którymi wielu z nas uciekło.
Kolejne zdziwienie: tłumek swojsko wyglądających łysoli w kolorowych dresikach, przewalający się Leith Walkiem, a każdy z nich z dwoma telewizorami pod pachami, tłumek, który zmienił kraj cholera wie po co- zamykający się w polskim kurwidołku, spędzający czas jedynie na integracyjnych spotkaniach przy flaszce, żyjący z dnia na dzień tylko po to, aby się napierd**ić, zupełnie nie integrujący się z otoczeniem, a raczej wyróżniający się na jego tle- niestety niezbyt pozytywnie... i coś jakby uczucie wstydu, ze co drugi z nich dumnie wypina pierś obleczoną w t-shirt z napisem "Polska".
Miałem jakąś taką wyidealizowaną wizję UK jako kraju, do którego całe tałatajstwo nie przywlecze się "za mną" i pozostanie tam, tu zaś przyjadą jedynie zajefani, rozgarnięci i ogarnięci ludzie... naiwna utopia. ;)
;)
Kolejne spore zaskoczenie- funcica niektórych. Tak, wiem, że większość wyjechała za kasą, rozumiem, że wielu chce odłożyć na to czy tamto i wracać, jednak...
W następnym mieszkaniu poznaję współlokatora, który po dwóch latach zamieszkiwania tutaj zna dorgę na przystanek (autobus do pracy) i do tesco (lidl to już jakaś pozaprzestrzeń, oddalony o kwadrans spaceru- przecież można się zgubić).
Koleś to uczciwy i dobry chłopak, muszę przyznać, jednak nie ogarniam, jak można zwozić z pracy (recykling) do domu jakieś odrapane resoraki bez kółek, aby co jakiś czas wysyłać je dzieciom do domu. Jak można znosić do chałupy kilometry jakichś kabli a potem godzinami obierać je z izolacji- bo gdzieś na skupie płacą za to jakieś pikacze.
Jakakolwiek druga praca na part-time'a przyniosłaby o wiele większe profity... No cóż: zbieractwo- najstarszy zawód świata. ;)
Przepraszam, ale jeżeli piszemy o zaskoczeniu związanym z początkami pobytu tutaj, nie sposób nie wspomnieć i o tym- byłoby to jakieś fałszowanie obrazu rzeczywistości.
Oczywiście nie jest to normą, mam świadomość, że to margines- żeby nie było, że znów pluję na rodaków. ;)
ja pamietam pierwsze ladowanie, praca i mieszkanie w Fife....slynny z ciezkiego szkockiego akcentu ...
i pierwsza ososba ktora do mnie przemowila po szkocku ....strasza bezzebna landlorka...
lzy w oczach...10 lat nauki jezyka poszlo sie pasc....
a i w pierszy dzien pracy babka powiedziala helo hen.....
czy ona wlasnie nazwala mnie kura????:)
Masz racje esha_ co do funcicy, jeszcze dzis zdarza mi sie poznawac rodziny mieszkajace z dwojka dzieci w jednym, wynajmowanym pokoju... I wcale nie chodzi o to, ze nie stac ich na wynajem normalnego flatu, gdzie dzieci moglyby miec miejsce do zabawy i nauki. Chodzi o... wlasnie, o co?
Zainspirowal mnie temat z dyskusji ogolnej: 'jechac czy nie jechac?'. Pamietacie Wasze pierwsze dni po przyjezdzie na Wyspy? Jakie bylo to miasto? Jaka robota? Jakie mieszkanie? Jakie wrazenia?